Rozdział 3
Są takie noce, kiedy przewracasz się z boku na bok jak bąk, a sen wciąż nie przychodzi. I poduszka leży nie tak, i kołdra nie grzeje wszystkich miejsc. A bywa, że zaśniesz, jakbyś zapadł się w pierzynę, i noc mija jak jedna chwila.
Zasnęłam szybko, a rano ni z tego, ni z owego obudziłam się z jasną myślą, że potrzebuję mieszkania. Pilnie! Jakby ktoś postawił mi cel przed oczami. Własnego, choćby tylko na jakiś czas. Ale żeby było z sypialnią, jasną kuchnią, dużym salonem, a na środku salonu dywan — i koniecznie biały! A na nim ja — sułtanka Nataszka Wspaniała! Siedzę na pupie przed telewizorem, w piżamie, z turbanem na głowie, z ogromnym kubkiem herbaty w ręku, oglądam film o miłości i pochłaniam cukierki. Przepyszne! A wokół nikogo. Oj, i śnieg za oknem pada! Puszystymi, wielkimi płatkami!
No czy to nie lekarstwo na poprzedni związek?
Z tą myślą pognałam do pracy, a tam wciąż nie mogłam się uspokoić. Każdą wolną minutę wykorzystywałam, żeby szukać w smartfonie informacji o wynajmie mieszkań. Ale gdziekolwiek dzwoniłam, nikt nie podejmował się załatwić sprawy od ręki. Albo mieszkanie nie pasowało, albo dzielnica, albo termin najmu. Nikt nie odmawiał, ale wszyscy obiecywali pomóc po świętach. W końcu na dworze koniec grudnia! Czas powszechnych firmowych imprez i bieganiny po sklepach!
Nałożyłam klientce farbę na włosy, zapakowałam pasma w folię, zapamiętałam czas i przesadziłam ją na wolny fotel, żeby kartkowała czasopismo. Zajrzałam z sali do sąsiedniego gabinetu manicure, w którym urzędował mój szef i właściciel salonu „Beau Monde” — znany w mieście mistrz manicure Igor Fużerow (uroczy chłopak lat czterdziestu dwóch, perfekcjonista z duszą dziecka i biznesowym instynktem aligatora), i z pośpiechem machnęłam mu ręką:
— Hej, Fuzik! Co ty tam pstrykasz? Jestem wolna już całą minutę! Dawaj swoją dziewczynę na modelowanie, tylko szybko! Mam zaledwie pół godziny, a potem zacznie się totalny deadline! Nawet na dymka nie będzie kiedy wyskoczyć!
O dymku powiedziałam oczywiście obrazowo, ale praca w salonie wrzała, aż para szła uszami! Zresztą jak zawsze przed świętami. Przy stoliku Igorka siedziała dama. Druga, młodsza, ulokowała się z filiżanką kawy na skórzanej kanapce. To na nią Igorek łagodnie syknął, pstrykając długimi palcami:
— Loleczko, słyszałaś? Biegiem, biegiem! Dzisiaj twój dzień! Sio do Wróżeczki!
Kwaśna mina klientki natychmiast się rozjaśniła i dziewczyna zerwała się na nogi. Cmoknęła Fużerowa w policzek.
— Dziękuję, Igorku! Jesteś cudem! Będę ci dłużna do końca życia!
— Ależ, koteczku, daj spokój! — machnął ręką Fuzik, efektownie pracując pilniczkiem. — Jakie długi między przyjaciółmi. Rozliczysz się gotówką według taryfy VIP-ekspres i zapomnimy!
Tym razem od szczęśliwej klientki Igorek dostał całusa posłanego w powietrzu. Dziewczyna chwyciła torebkę i przebiegła do sali. Opadła na fotel do mycia włosów, odchyliła głowę na podpórkę, założyła nogę na nogę i zaszczebiotała:
— Och, dziękuję, że mnie wzięłaś, Wróżeczko! Wyobraź sobie, mam taki zgrzyt! Mąż wylatuje, przyjaciel serca przylatuje, o szóstej wieczorem mamy kolację w restauracji, dzwonię do administratorki, a u ciebie wszystko zajęte! A ja dopiero co z sauny i bez fryzury! Jak się dowiedziałam, że do ciebie nie da się dostać, strasznie się załamałam! Tylko ty czujesz mój nastrój! Od ciebie wychodzę królową!
Królowa miała długie włosy, długie nogi i długi język. Jak dla mnie, to ten ostatni znacznie bym jej skróciła — po co mi wiedzieć o istnieniu jej kochanka? Ale w pracy od klientów można usłyszeć wszystko, jesteśmy dla nich i powiernikami, i bankiem zrzutu danych, więc kiwałam głową, uśmiechałam się, pracowałam suszarką i lokówką, a sama przez cały ten czas myślałam o swoim.
Nie dawała mi spokoju myśl o mieszkaniu!
Kiedy już bliżej wieczora wypadła mi pięciominutowa przerwa, znów weszłam na stronę „Nieruchomości naszego miasta” i zaczęłam przeglądać ogłoszenia o wynajmie mieszkań.
„Agencja «Dziadek Mróz». Pomożemy wam znaleźć mieszkanie na każdą okazję! Z nami przywitacie Nowy Rok w cieple i przytulności!”
To ogłoszenie od samego rana z godną podziwu regularnością pchało mi się przed oczy, ale ja z takim samym uporem je ignorowałam, przedzierając się przez las innych — moim zdaniem solidniejszych ofert.
Dziadek Mróz — no proszę, na co wpadli. Żartownisie! Jeszcze mogliby dopisać „… i zające”.
Zaryzykowalibyście kontakt z taką firmą? W końcu wynająć mieszkanie to nie to samo co wziąć strój karnawałowy z wypożyczalni. Ja też parskałam, dziwiłam się i szukałam dalej.
— Niestety, proszę pani, w tej chwili możemy zaproponować pani wynajem mieszkania tylko na doby…
— Przepraszamy, ale zgodnie z pani zgłoszeniem obecnie nie ma ofert…
— Czy odpowiadałby pani domek za miastem? Zaledwie czterdzieści kilometrów od miasta…
— Interesuje panią wyłącznie wariant umeblowany? A może dwupokojowe mieszkanie w elitarnej dzielnicy, świeżo po remoncie, ale niestety bez mebli i pod warunkiem wynajmu na minimum dwa lata?..
„No co ty! Spójrz! To mieszkanie jest dla ciebie! Tutaj jest przytulnie, przestronnie i można wprowadzać się choćby zaraz! Agencja nieruchomości «Dziadek Mróz» oferuje wynajem mieszkania twoich marzeń już teraz! Nie czekaj na cud, on już puka do drzwi! Wystarczy się zdecydować i kliknąć link…”
No nie, co za numer! Co za firma! Trzecia strona, a oni znów jak spod ziemi! I pieniędzy na reklamę im nie szkoda — aż pierwsza linia centralnego pasa.
Dobra, niech będzie, zajrzę pod link, jednak ciekawość robi swoje. A jak zajrzałam… tak aż jęknęłam, zobaczywszy zdjęcia mieszkania swoich marzeń. Jasną sypialnię, przestronny salon w pastelowych tonach i tiul w panoramicznym oknie na całą ścianę — słoneczna brzoskwinia.
Oj! Trzymajcie mnie wszyscy! Wielki plazmowy telewizor na ścianie, a pod nim — biały dywan!
To przecież ono! Właśnie to, czego chcę — królestwo sułtanki! I podano cenę… Ile?! No… ja cię kręcę! Drogo. Wynajem na trzy miesiące — ani więcej, ani mniej. Sądząc po załączonych informacjach — można wprowadzać się choćby zaraz.
— Halo! Dzień dobry! Czy to firma „Dziadek Mróz”, nie pomyliłam się?
— Dzień dobry! Nie, nie pomyliła się pani, ale Mroza Iwanowicza teraz nie ma.
— A gdzie jest? — tak się spieszyłam z telefonem, że niespodziewana odpowiedź mnie zbiła z tropu.
— Zajęty. Na podwórzu układa prezenty w saniach. Ze Śnieżynką i Michałem Potapyczem sprawdzają listy.
— Em, a kto jest?
— Ja — Śnieżynka, Leszy i kot Bajun.
— Leszego nie trzeba, a z kotami nie bardzo się dogaduję.
— W takim razie słucham pani uważnie!
W kalendarzu był dwudziesty dziewiąty grudnia, wczesny wieczór, na ulicach i w domach już pełną parą świeciły girlandy i stały choinki. W przedszkolach odbyły się poranki — wiedziałam to dokładnie, bo sama robiłam fryzury swoim chrześniakom, dzieciom Maszy Malinkiny. Może więc to nie ja wariuję, tylko ludzie weszli w role, porządnie sobie wcześniej popiwszy?
Co jak co, ale dobry humor zawsze ceniłam, podobnie jak kreatywne podejście do pracy. Skoro dorośli ludzie chcą z gustem powariować, to kto im zabroni?
Zresztą mnie odpowiedzieć tym samym też nikt nie zabroni.