SOVABOO

Domyślnie szczęśliwa

Ch. 2: Rozdział 2

Rozdział 2

Chapter 2/39 · Page 1 of 23%

Matki ma każdy — powinien mieć. Gieorgij Liberman też swoją miał: mocną, rosłą kobietę imieniem Izolda Moisiejewna, lat sześćdziesiąt dwa. Chwytną jak pajęczyca i równie apodyktyczną jak Napoleon zesłany na wyspę. A do tego wszystkiego jeszcze potwornie zazdrosną.

Żorik nie pamiętał swojego ojca, ale według mamy cały był po nim. I w to ostatnie akurat jestem skłonna uwierzyć, inaczej nie liczyłabym na zbudowanie szczęścia z nieśmiałym, inteligentnym chłopakiem.

Żora Liberman był chudy i wysoki. Przed trzydziestką na czubku głowy zaczęła mu się już zaznaczać łysina, za to wychudłą pierś porastały ciemne włosy wręcz dziko! Daleko mu było do przystojniaka, ale był wrażliwym i uważnym lekarzem, a w życiu — cichym i skromnym chłopakiem. Dobrym człowiekiem, ogólnie rzecz biorąc. A z punktu widzenia jego mamy — po prostu wspaniałym! Zbyt inteligentnym i dobrze wychowanym chłopcem, żeby wiązać się z taką dziewczyną jak ja. Która zmienia kolor włosów jak rękawiczki, pracuje bez rumieńca u mężczyzny o nietradycyjnej orientacji, a na domiar złego nie umie gotować macy.

Gdy ja miałam dwadzieścia lat, a on dwadzieścia pięć, Gieorgij okazał się zupełnie inny niż moi rozrywkowi adoratorzy, więc kiedy pewnego dnia zaproponował, że odprowadzi mnie do domu, bardzo się zdziwiłam, ale propozycję przyjęłam.

Trafiłam do niego na wizytę przypadkiem — z okropnym ropniem i temperaturą, która podniosła się pod wieczór. Tego dnia pracowałam w salonie do ostatniej klientki, policzek zdążyło mi już nieźle rozdąć, a Giera okazał się pierwszym, który zgodził się mnie przyjąć. A potem odprowadził. Pomyślałam wtedy jeszcze, że zaproponował to ze współczucia i litości. Że może po prostu było mu po drodze. Tamtej zimy trzymały mroźne dni, a chłopak idący obok rozpaczliwie marzł w nos.

Dopiero później Żorik przyznał się, że wtedy strasznie się denerwował i krępował. Że pierwszy raz w życiu tak bardzo spodobała mu się dziewczyna i odważył się na gest zainteresowania. Że w domu czekała na niego władcza matka i musiał wymyślić dla niej całą historię, dlaczego spóźnił się na kolację.

Tamtego wieczoru przegadaliśmy do późna i rozstaliśmy się, ale nic się nie skończyło. Po kilku dniach znów przyszłam do kliniki stomatologicznej i Żora znów mnie odprowadził. Było zimno, znowu marzł mu nos, za to nasze dłonie płonęły. Uderzyło mnie wtedy, jak wzruszająco i delikatnie trzymał moje palce w swojej dłoni, jak taktownie mówił, jak patrzył brązowymi, cielęcymi oczami, jakbym w tym świecie okazała się dla niego jedyna.

I znów musiał wymyślić dla mamy historię, dlaczego kolejny raz spóźnił się na kolację.

Żora zmyślał przez trzy lata. Wykręcał się, jak mógł. Ja przedstawiłam go rodzicom dwa tygodnie po naszym poznaniu, a on jakoś nie spieszył się, żeby wprowadzić mnie do swojej rodziny albo zaprosić w gości. Minęły dwa miesiące — i nadal się nie spieszył. Następnym razem też mnie nie zaprosił. Mamrotał, plątał się i wzdychał. Czerwienił się i wykręcał. Potem przyznał, że sprawa jest bardzo poważna. Że jego mama ma chore serce, wątrobę, nerwy i śledzionę. Że to samotna, słaba kobieta, która całe życie poświęciła synowi. Że tak bardzo go kocha i nie przywykła dzielić się nim z nikim, że po prostu nie przeżyje, jeśli dowie się o dziewczynie, która pojawiła się w jego życiu.

Zaskakujące, prawda? Ja też nie chciałam wierzyć. W mojej rodzinie nigdy nie było podobnych problemów. Szanowałam zdanie bliskich, a oni zawsze liczyli się z moim. Byłam przyzwyczajona, że dzielenie się radością z rodziną to coś normalnego! A tu… Pozostawało mi tylko dziwić się osobliwościom cudzej matki, która tak zazdrośnie opiekowała się dorosłym synem, że musiał wymyślać sobie dyżury w pracy, byle wyrwać się do mnie na randkę.

Co dopiero mówić o wspólnej nocy.

Było mi przykro, ale przywiązałam się do Żorika. Przysięgał, że kocha, prosił, żebym zrozumiała, poczekała… i ja się zgadzałam.

Jednak każdy sekret ma swój termin ważności, więc i nasz pewnego dnia dobiegł końca.

Ktoś zobaczył nas razem, ktoś opowiedział o mnie Krokodylównej… Byłyśmy z nią różnymi ludźmi i nie mogłyśmy dogadać się charakterami, i oczywiście się nie dogadałyśmy, gdy pewnego dnia zderzyłyśmy się jak dwie fale. A ku zdumieniu tej ostatniej okazałam się twardym orzechem i nie dałam sobie wejść na głowę.

A potem…

A potem było wiele rzeczy, w końcu minęło pięć lat. Z Żorikiem kłóciliśmy się i godziliśmy. Odchodził od mamy do mnie, ode mnie do mamy, ale zawsze wracał z płomiennymi wyznaniami i nowymi prośbami.

Bywały chwile, kiedy nam się udawało. Kiedy Żora stanowczo mówił matce, że mnie kocha i chce żyć własnym życiem. Zdecydowanie pakował rzeczy, przeprowadzał się do mnie z walizką… Ale mijały trzy dni i wszystko zaczynało się od nowa — telefony, łzy i oskarżenia.

Nazwałam Izoldę Moisiejewnę Łzą Krokodylówną, bo wybrała najpodlejszy sposób nacisku na syna. Zamiast cieszyć się jego szczęściem, wolała egoistycznie grać na synowskich uczuciach i sumieniu, zmuszając go, żeby miotał się między nami.

Im mocniej Żorik przywiązywał się do mnie, im zdecydowaniej rwał się na wolność, tym bardziej dramatycznie ona umierała. Dopadał ją dziesiąty zawał, paraliżowało ją, męczyły koszmary, ciśnienie, czkawka i biegunka. Ratowały ją zespoły pogotowia… Ale wystarczyło, żeby zawstydzony własną nieczułością Żorik wrócił w matczyne ramiona, a zdrowie cudownym sposobem wracało do Krokodylówny.

To ja pierwsza postawiłam kropkę. Po prostu miałam dość.

Chciałam rodziny, dzieci i męża do nieograniczonego użytku. Normalnych, zdrowych relacji z rodzicami. Spokojnych wieczorów przed telewizorem i wspólnych planów na przyszłość. Przecież jestem domową kluseczką, potrzebuję przytulności i ciepła — w gruncie rzeczy wcale nie tak dużo!

W pewnym momencie zmęczyło mnie słuchanie, że znowu to nie pora. Że trzeba jeszcze poczekać. Tylko troszeczkę, może rok albo dwa…

Tak dłużej być nie mogło. Niech sobie Krokodylówna żyje sto lat! Ale już beze mnie.

Myślę, że przy naszym ostatnim rozstaniu Żorik sam wszystko zrozumiał. Pewnie dlatego, kiedy zadzwoniła Krokodylówna i napomknęła, że syn ma inną, zrobiło mi się raczej gorzko niż boleśnie. Wiedziałam przecież, że Żorik nie mógłby tak postąpić z nagłej miłości. Że jeśli zdecydował się na związek, to tylko po to, żeby mnie puścić wolno.

Decyzja przyszła spontanicznie, jak wszystko, co przychodzi mi do głowy. Po prostu nie umiem żyć myślami i wątpliwościami. Kiedy staję przed zamkniętymi drzwiami, muszę albo je otworzyć i wejść, albo przejść obok i zapomnieć. Nie żałować i nie wątpić, taka już jestem. I najważniejsza część mnie nagle postanowiła radykalnie zmienić życie. Tak, zacząć wszystko od nowa, trudno! Ale dać sobie szansę, przewrócić stronę i iść dalej.

W te mroźne przednoworoczne noce gwiazdy świeciły jak z bajki — iskrzyły na czarnym firmamencie jasnymi, wielkimi iskrami. Rozmowa z Krokodylówną była krótka, zrobiło mi się gorzko, a jednak wiadomość mnie przydusiła. Wyszłam na balkon, może wypłakać swoją nieudaną miłość, a może zaczerpnąć świeżego powietrza, ale gdy otworzyłam okno na oścież, nagle zastygłam, oszołomiona cichym pięknem nocnego nieba.

Chapter 2 / 39 · Page 1 of 2