SOVABOO

Domyślnie szczęśliwa

Ch. 4: Rozdział 4

Rozdział 4

Chapter 4/39 · Page 1 of 28%

Mimo wszystko czas tuż przed Nowym Rokiem jest wspaniały. Chyba szczególny w całym roku. Jakiekolwiek smutki nie trapiłyby serca, wystarczy rozejrzeć się dookoła — na ludzi rozświetlonych zbliżającym się świętem, na półki sklepowe zastawione prezentami, na miasto skrzące się noworocznymi świecidełkami — i nastrój od razu się poprawia.

Porozmawiałam przez telefon z przyjaciółką Maszką, życzyłam jej dobrej nocy i ruszyłam ukochanym „Matizem” w nowe życie. Dziwne, oczywiście. Przecież to samo miasto, ta sama praca, rodzice pod bokiem… A wystarczyło zmienić mieszkanie, w którym żyłam od wczesnego dzieciństwa, i jakby za plecami rozwinęły się skrzydła, niosąc mnie własną drogą.

Późnym wieczorem ruch w mieście wyraźnie się rozluźnił i korki zniknęły — przyjemnie było po prostu jechać oświetloną aleją i myśleć. Zatrzymałam się na światłach naprzeciw miejskiego teatru i spojrzałam w boczne okno. Tam, z boku szerokich schodów, stała wysoka choinka — uroczysta piękność w śnieżnobiałych bombkach, i nagle przypomniałam sobie, jak spacerowaliśmy tu z Żorikiem rok temu.

Wtedy mieliśmy spędzić święto razem, ale trzydziestego pierwszego grudnia Krokodylówna miała kolejny kryzys i udało nam się zobaczyć dopiero drugiego stycznia.

No tak. Jak niedawno to wszystko było. Winne oczy Żorika, rwane wyjaśnienia i kolejne zapewnienie o uczuciach.

Myśl przyszła do głowy nagle i oczywiście natychmiast stała się najważniejsza! Jakby czerwona lampka zaczęła migać niczym latarnia ostrzegawcza!

Chcę choinkę. Dużą, wysoką, a na niej bombki — niebieskie, liliowe i srebrne. Chcę i już! I gwiazdkę na czubku — całą w migoczącym szronie! I żadnych wspomnień! Wcale!

Aż zaczęłam wiercić się w fotelu z niecierpliwości — ale ze mnie zuch! Jeszcze tylko wymyślić, skąd ją teraz wziąć.

Wybawiło mnie uczucie głodu. W porę przypomniawszy sobie, że potrzebuję jedzenia, zwolniłam i skręciłam do całodobowego hipermarketu.

Na apetyt nigdy nie narzekałam i chciałam zjeść kolację nie mniej niż kupić noworoczne akcesoria, więc zatrzymałam się w sklepie na godzinę. Za to kupiłam i choinkę — w dużym pudle, i bombki, i torbę produktów — ta ostatnia wyszła całkiem ciężka, choć kupiłam tylko: kawę, herbatę, pomarańczki, kiełbaskę, ser, trzy pudełka cukierków (a nuż ktoś wpadnie w gości? Czemu nie?), bagietkę, torcik, szampana (żeby uczcić parapetówkę) i wyborne pielmienie — cały kilogram!

Gotować lubiłam i umiałam, ale teraz po pierwsze było już późno, a po drugie dzisiaj zamierzałam ubierać choinkę, pić musujące, oglądać romantyczny film i tak — tańczyć na dywanie w piżamie, próbując pozbyć się z głowy myśli o Żoriku! Teraz miałam własne mieszkanie na całe trzy miesiące! I zamierzałam robić w nim wszystko, co chcę!

Tak właśnie odjechałam ze sklepu z uśmiechem.

Mój nowy dom znajdował się w drogiej dzielnicy miasta i było go widać z daleka — jedna z trzech dwudziestopiętrowych bliźniaczych wież. Pokazałam ochronie dokumenty i wjechałam na podziemny parking. Zatrzymawszy się na przejeździe, wysiadłam z samochodu i wyjęłam z kieszeni kożuszka karteczkę, na której za radą Śnieżynki własnoręcznie zapisałam długopisem numer miejsca parkingowego „89”. O późnej porze hala była już w połowie zapełniona samochodami i musiałam trochę pokrążyć, żeby odszukać swoje miejsce. Bardzo się jednak zdziwiłam, odkrywszy na potrzebnym mi skrawku czarny samochód terenowy — dużą i piękną „Toyotę”. Najpierw zatrzymałam się z osłupieniem, a potem bezradnie rozejrzałam — dookoła nie było żywej duszy.

Hej! Co to za żarty? Jak to tak? No naprawdę, ludzie! A przecież parking kosztuje, i to niemało! Skandal jakiś!

W duszy poruszyła się podła myśl, żeby kopnąć koło jeepa czubkiem buta i włączyć samozwańczemu okupantowi alarm, ale inna, rozsądna myśl przypomniała, że jestem jednak dziewczyną kulturalną i dorosłą! To kiedyś z chłopakami na podwórku ostrzeliwaliśmy śnieżkami samochód pewnego dyrektora, chowaliśmy się za róg domu i czekaliśmy, kiedy właścicielowi skończy się cierpliwość do biegania tam i z powrotem, żeby wyłączać syrenę. Za to oduczyliśmy go wjeżdżać na plac zabaw. A teraz dawno dorosłam i znajdowałam się w domu o podwyższonym standardzie, więc tylko prychnęłam, wydmuchałam powietrze i zostawiłam swoją malutką na miejscu dla gości, mocno postanawiając już jutro rozmówić się z właścicielem „Toyoty”. Tak się po prostu nie robi!

Wyładowawszy z bagażnika pudło z choinką, ustawiłam je na walizce, w drugą rękę wzięłam torbę z zakupami i potoczyłam cały dobytek do windy — i tak szczęśliwa, mimo drobnego nieporozumienia.

Kiedy winda jechała w górę, przybliżając mnie do mieszkania, uśmiechałam się coraz szerzej, patrząc na siebie w lustrze. Gdybym mogła, uniosłabym kciuk, a tak tylko dumnie pomyślałam, że w spontanicznych decyzjach jest coś szczególnego, od czego zapiera dech.

Winda bezszelestnie zatrzymała się na właściwym piętrze i wyszłam. Zrzuciłam torby pod ścianą, wyjęłam klucze i na sekundę zamarłam przed drzwiami. Zebrawszy się na odwagę, otworzyłam zamek, weszłam do mieszkania i od razu zdziwiły mnie trzy rzeczy. To, że gdzieś za ścianą grała muzyka, głucho dobiegało szczekanie psa (czyżby między sąsiadami była tu taka słyszalność?), a w przedpokoju paliło się światło.

Hm, niespodziewane. Może Śnieżynka zostawiła je dla mnie?

Wciągnęłam przez próg walizkę, za nią długie pudło i torbę. Zamknęłam drzwi, rozpięłam kożuszek, zdjęłam buty i rozejrzałam się. Wbudowana szafa na ubrania też była uchylona, czego wczoraj nie zauważyłam, i od myśli, że ktoś zatroszczył się o mój komfort, zrobiło mi się przyjemnie ciepło na duszy. No proszę, jakie to miłe!

W myślach podziękowałam agencji za troskę i w tym ciepłym nastroju, uśmiechając się, podeszłam do salonu i szeroko otworzyłam podwójne, ozdobne drzwi. Powiedziałam głośno, witając się z nowym domem:

— Cześć, kochany, oto jestem! Twoja Wróżeczka! Nie spodziewałeś się?!

W pokoju grała muzyka, ale przez melodię nagle wyraźnie usłyszałam czyjś bolesny jęk — jakby ktoś przytrzasnął sobie palec drzwiami. A zaraz po jęku podejrzanie nerwowe poruszenie przemieszane z ojkaniami.

— Kto tu jest?! — cofając się ku ścianie, sama też pisnęłam ze strachu i zaczęłam klepać dłońmi po ścianie, macając włącznik. — Hej!

Kiedy żyrandol rozbłysnął wszystkimi diodami, jęknęłam i opadła mi szczęka, bo tuż przed sobą na podłodze zobaczyłam półrozebraną parę w pozycji „intymność na dole”.

Ściślej mówiąc, wielki nieogolony facet był całkowicie ubrany i skulił się w fotelu, a dziewczyna u jego stóp siedziała w spódnicy, rajstopach, biustonoszu zsuniętym do talii, i w tej właśnie chwili, kiedy się na nich gapiłam, zajmowała się tym, że próbowała chyba zapiąć albo rozpiąć rozporek w jego spodniach. Facet tymczasem rozpaczliwie klął, zasłaniając się przed światłem łokciem, i rwał się, żeby wstać. W końcu mu się udało, sam zapiął rozporek, ale razem z nim przytrzasnął włosy swojej damy. Ta zawyła… no i ja ze strachu też.

A co, mnie dwa razy prosić nie trzeba. Mam słabe nerwy!

— A-A-A-A-A-A-A-A!

— A-A-A-A-A-A-A-A!

Chapter 4 / 39 · Page 1 of 2