Rozdział 5
Klucze zostały w mieszkaniu, za to udało mi się nie zrzucić z ramienia torebki, a razem z nią telefonu. Cały czas powtarzając, jak straszliwie rozprawię się z Hulkiem, kiedy tylko go dorwę, włożyłam buty, trzy razy wypuściłam powietrze i stanowczo wybrałam numer agencji „Dziadek Mróz”, zamierzając z nimi surowo porozmawiać.
Na dworze była prawie północ, ale ani trochę mnie to nie speszyło. Skoro narozrabiali, niech teraz wyjaśniają i przepraszają! A ja nie zamierzałam nigdzie stąd odjeżdżać! Nie taki mam charakter, żeby po prostu wziąć i się poddać!
Jednak telefon Alony Morozowej milczał. Całkiem. Nie odpowiedział nawet głuchym sygnałem na moją stanowczą serię połączeń, jakby w ogóle go wyłączyli. No proszę, niespodzianka!
Musiałam pierwszy raz w życiu zadzwonić na policję — w końcu uczciwie płacę podatki. I poprosić ich o pomoc. Niech przyjadą i wyjaśnią, dlaczego dumna, samotna dziewczyna o wpół do dwunastej w nocy, po przepracowaniu dnia jak Papa Carlo, siedzi nie w ciepłym mieszkaniu, do którego ma pełne prawo, tylko diabli wiedzą gdzie!
Wezwałam. Tak groźnie wezwałam, że samej zrobiło mi się nieswojo. A jeśli przyślą oddział specjalny? A jeśli z automatami? No, na przykład policyjny antyterrorystyczny? Wpadną do mieszkania przez okna, spuszczając się z helikopterów, wskoczą do salonu, a tam Hulk ze swoją półnagą dziewoją odbudowują więź energetyczną, i znów w pozycji „Intymność na dole”. Drugi raz, biedacy, takiego wstrząsu nie przeżyją. Jeszcze, nie daj Boże, w suwaku zamka utknie coś poważniejszego niż włosy.
Prychnęłam śmiechem, usiadłam na walizce i zaczęłam czekać.
Pięć minut… Piętnaście… Dwadzieścia…
— Cześć, Wróżeczko! Dalej siedzimy? — spytał nagle czyjś przymilny głos i z zaskoczenia podskoczyłam w miejscu.
— A? Kto tu jest?!
Obejrzałam się przez prawe ramię… Spojrzałam przez lewe… Ale nikogo wokół nie zobaczyłam. Tylko po cichu zeskoczył ze schodów wielki czarny kot. A właściwie kocisko.
Przeciągnął się z gracją, leniwie zamruczał, uniósł ogon i podszedł. Otarłszy się o nogę, usiadł obok — taka żółtooka słodycz! I choć w mojej rodzinie zawsze trzymaliśmy tylko psy, wyciągnęłam rękę i pogłaskałam lśniącą sierść. Odłamałam kawałek kiełbasy i dałam mu pogryźć. W końcu w towarzystwie weselej czeka się na policję.
A głos… No cóż, głos. W ciszy głuchej klatki różne rzeczy mogą się przywidzieć, zwłaszcza kiedy oczy już same się kleją.
Tak sobie z kotkiem spróbowaliśmy i kiełbaski, i torcik pokiereszowany przez Hulka razem podłubaliśmy — ja palcem, a kot łapą. Tort okazał się smaczny, czekoladowy. Nie wiedziałam, że koty takie rzeczy lubią, a mnie co, szkoda mi?
— Dzień dobry, obywatelko! Policję pani wzywała?
Winda bezszelestnie się rozsunęła i na klatkę wyszedł policjant — groźny, niewysoki facecik. Pulchny, krępy i z jakiegoś powodu kudłaty.
Ważnie zasalutował służbową czapką, zatrzymawszy się przede mną, i machnął mi przed twarzą legitymacją. Tak zwinnie, że nawet nie zdążyłam niczego zobaczyć. Jakby nie był stróżem prawa, tylko jakimś iluzjonistą, w którego rękach migają znaczone karty. Fiu! — i już jej nie ma!
— Sierżant Leszenko! Trzynasty komisariat policji, Okręg Leśny! Do dyżurnego, szanowna pani, pani dzwoniła? — policjant wyjął z kieszeni na piersi notes i ważnie odczytał informację: — Fiejakina Natalia Siergiejewna, rocznik pomińmy datę? Tymczasowo mieszkająca pod tym adresem?
Wstałam z walizki i skinęłam głową.
— Tak, to ja.
— Poproszę pani dokumenty! W tym umowę najmu mieszkania.
— Tak, już…
Na widok mojego niepozornego z wyglądu obrońcy odpowiedziałam jakoś zagubiona i smutna. Ech, lepiej by przysłali antyterrorystów. Nie zdążyłam dobrze przyjrzeć się Hulkowi, ale zauważyć, że jest silny i bezczelny, zdążyłam. Taki z policjantem poradzi sobie bez trudu! Mimo to posłusznie podałam dokumenty.
Obserwując, jak sierżant skrupulatnie studiuje moje dossier, spytałam rozczarowana:
— A pan co, przyjechał sam? Zupełnie?
— Dlaczego sam? Z partnerem.
Zdziwiona zajrzałam do windy, a potem spojrzałam w stronę schodów — tam było cicho, tylko kot skakał po stopniach, szurając łapami, jakby gonił niewidzialną mysz.
— A gdzie on jest? No, pański partner? — zainteresowałam się. — Nie wchodzicie na wezwanie parami? A co ze środkami bezpieczeństwa i tak dalej?
Brązowe oko sierżanta natychmiast podejrzliwie się zmrużyło.
— A z jakiego powodu pani się interesuje, obywatelko Fiejakina? — Oddał mi dokumenty i poprawił czapkę. — Co pani do tego? Pytania zadaję tutaj ja. Jasne?
Oburzyłam się. Jak on nie rozumie?!
— Bo to moja najpierwsza sprawa! Ja się o pana martwię, towarzyszu sierżancie! — spróbowałam wyjaśnić. — A jeśli będzie nam potrzebna pomoc? Przecież nie wezwałam pana tak sobie! Niech pan nie patrzy, że teraz jest tu cicho. Tam — skinęłam w stronę mieszkania — siedzi prawdziwy bandyta, o całą głowę wyższy od pana! Takiego gołymi rękami się nie weźmie!
I od razu omal nie podskoczyłam z irytacji na samą siebie, przypomniawszy sobie, jaka broń leży w mojej torebce. Prezent od taty na wypadek nieprzewidzianych okoliczności.
— Oj, sierżancie! Przecież mam paralizator! Nowiutki! A może my byśmy nim raz tego bandytę trzepnęli, co? No proszę? Żeby od razu się nas bał! Widziałby pan, jak mnie wypchnął z mieszkania!
Wyjęłam z torebki paralizator i włożyłam go w rękę policjanta.
— Proszę!
— Czy pani oszalała?! — ten spróbował mi go oddać.
— Nie, nie! Ja nie umiem, lepiej pan! Ten guziczek…
— Proszę natychmiast przestać!
— Albo ten…
Nie wiem, które z nas pierwsze znalazło właściwy przycisk i puściło prąd, ale broń do samoobrony zatrzeszczała ładunkiem, wystrzelił niebezpieczny łuk, a my z Leszenką odskoczyliśmy od siebie na boki jak dwa kręgle. Runęliśmy na podłogę: on — na kota, a ja — na pudło z choinką. To ostatnie, w przeciwieństwie do ogoniastego, który oburzył się wrzaskiem, podejrzanie chrupnęło. — Oj!
— Obywatelko Fiejakina! — policjant kucał i próbował wyciągnąć czapkę, która wtoczyła się pod cudzy wózek dziecięcy, podnieść teczkę i jednocześnie pogłaskać kota. — To napaść na funkcjonariusza publicznego! Ja panią za coś takiego wsadzę do aresztu — na dwanaście dób!
Ja też krzątałam się obok, prostując pudło i próbując strząsnąć z niego tort.
— Przepraszam. Nie chciałam. Myślałam, że pomogę!
— Dwadzieścia pięć lat… Ślubny wiek driady! I nie wstyd pani? A może ten bandyta, jak go pani nazywa, jest dobrym człowiekiem! Kocha ptaszki! A pani go od razu paralizatorem!
— A może ja też kocham ptaszki! Sam się prosił! I jeszcze mnie wyzywał! Mówi, że się mnie nie spodziewał. Można by pomyśleć, że ja całe życie czekałam na niego!
— A może go pani przestraszyła?
— A czego on taki strachliwy? Niech witaminy pije, skoro boi się dziewczyn.
Pewnie jeszcze długo ustalalibyśmy z sierżantem, kto jest winny, a kto ma rację, gdyby drzwi „mojego” mieszkania nagle się nie otworzyły i na klatkę nie wyjrzał mój krzywdziciel. Stanął w progu, napinając ramiona — nieogolony padalec!
— Co tu się dzieje? — spytał ponuro, jakby ani trochę nie miał z tym nic wspólnego. — Co to za hałas w godzinach nocnych?
No nie, poziom bezczelności człowieka — kosmos! Nawet powieka mu nie drgnęła, jakby widział mnie pierwszy raz. Najpierw wyrzucił uczciwą dziewczynę z mieszkania, a potem się dziwi: kto mu przeszkadza spać?! A przecież ostrzegałam!