Rozdział 6
Odnalazłszy na wieszaku szlafrok, po omacku się w niego wcisnęłam, zawinęłam na piersi, zawiązałam paskiem i tak samo po omacku podeszłam do drzwi. Otworzyłam zamek, przekręciłam klamkę… jednak wyjść się nie dało.
Co się dzieje? Nie rozumiem.
— Hej, Hulk! Otwórz drzwi! Wiem, że tam jesteś!
— Po co? — usłyszałam równy i zimny głos. — Siedź, skoro tak ci się podoba.
Nie podobało mi się. Kiedy nie jest po mojemu, strasznie mi się nie podoba! Aż do oburzenia!
Pociągnęłam za klamkę. Zamknięte! Jeszcze pokręciłam zamkiem.
— Hej, ty, uszaty goblinie! Otwieraj natychmiast! Całkiem ci odbiło? Co to za żarty?
Żartowniś odpowiedział dość grubiańsko:
— Jeszcze jedno słowo, Wiedźmo, a zabiję te przeklęte drzwi deskami!
Co?!
Aż jęknęłam. I zapłonęłam. Dosłownie się zapaliłam!
— Nie zdążysz! Jeśli natychmiast mnie nie wypuścisz, przybiję ci te deski do czoła, a drzwi wywalę w diabły! Muszę do pracy, rozumiesz?! Ostrzegam!
I groźnie zastukałam: tu-du-du! Niby: widzisz, jak poważnie!
— Nic, jak wywalisz, to wstawisz — usłyszałam zadowolone. — Nie sądzę, żeby prawdziwemu właścicielowi spodobało się takie obchodzenie z jego majątkiem. No dalej, zaczynaj! Jeden problem mniej! A ja muszę iść na trening. Mam nadzieję, że kiedy wrócę, już cię tu nie będzie. Ani śladu!
No logika u człowieka — palce lizać!
— Hej! Stój, Hulk! — przywarłam do szpary najpierw uchem, a potem wcisnęłam nos, naprawdę się przestraszywszy. — Nie waż się wychodzić! Jak mnie nie będzie, skoro mnie zamknąłeś?! Całkiem kuku, czy udajesz?! Mam klientki, słyszysz? I one cię przeklną!
— Ja zamknąłem? — Hulk szczerze się zdziwił. No talent aktorski ma! — Nikogo nie zamykałem. Z tej strony nawet zamka nie ma. To wszystko choinka!
— Jaka znowu choinka? Kpisz sobie?!
— Nawet nie zacząłem. Twoja, którą postawiłaś na korytarzu. Przypadkiem przewróciła się na drzwi razem z mopem, kiedy już wychodziłem. I prosto na klamkę, pech! Ale oczywiście tego nie widziałem, tylko zakładam. Więc miej na uwadze: zaczniesz szarpać klamkę — złamiesz albo choinkę, albo drzwi.
Osłupiałam od takiej bezczelności. I podłości!
— Ty ga-adzie! Nie dotykaj mojej choinki! Bezczelna mordo!
— Jeszcze jedno słowo, Wydro…
— Misiu amator!
Na drzwi spadła pięść. Tadaach! Panel drzwiowy zadrżał, ale wytrzymał.
I co z tego, że ciemno! Kiedy trzeba, ciało prowadzą instynkty! Już po chwili stałam na brzegu wanny, trzymając w rękach prysznic i butelkę szamponu. Po co tę ostatnią — nie wiem, nie pytajcie! Ale trzymałam bardzo groźnie! Zaraz wejdzie, to ja go trzaas!
Goblin nie wszedł, odezwał się zadziwiająco spokojnie. Co prawda z sykiem, jakby przez zęby, ale to drobiazgi:
— Chcesz trafić do pracy — dzwoń po służby ratunkowe. Telefon masz przy sobie, poradzisz sobie. Możesz im nawet zaśpiewać! Przyjadą, wyłamią drzwi wejściowe i poinformują prawdziwego właściciela o tym, co się stało. Już wieczorem wylecisz stąd jak korek! Zapłacisz i za wezwanie, i za szkody materialne. A ja, niech będzie, ci wybaczam.
Co? Co on robi?
— Słuchaj, Hulk, czy tobie tam żółta woda z wysiłku do głowy uderzyła? Czy z natury jesteś takim efektownym bałwanem? Nic z tego nie będzie! — obiecałam. — Nigdy!
— Lepiej, Wiedźmo, po dobroci wyprowadź się z mieszkania! Ono jest moje!
— Twoja to figura z trzech palców, nazywa się figa! Zabierz mopa, to pokażę! A przy okazji i sedes! Nie na darmo już od pół godziny tu się kręcisz!
A żeby nie być gołosłowną, zeszłam z wanny, wzięłam i spuściłam wodę w toalecie.
— Oj, woda zaszumiała! Jak dobrze!
Hulk głośno zaklął, rozległy się przyspieszające kroki, drzwi do mieszkania z hałasem się zamknęły, a ja zostałam w łazience sama i bez światła.
U, nieogolony padalcu, ja ci przypomnę wydrę! Jeszcze mówi, że wyszedł! Nie widział!
Przylgnąwszy do drzwi, poruszałam klamką tam i z powrotem. Szarpałam ostrożnie, próbując rozruszać blokadę. Mimo wszystko dzwonić po służby ratunkowe — wstyd. A ja nie przywykłam przegrywać.
Z uwięzienia wydostałam się po godzinie — dzięki Amurowi, psiak domyślił się odciągnąć mopa. Wyszłam na biały świat zła jak diabeł… nie, jak wiedźma! I tak samo rozczochrana! No nie było mi do grzebienia i suszenia! A co najstraszniejsze — nie do śniadania! Postawiwszy zgiętą w literę „L” choinkę na miejscu, wbiegłam do sypialni, rzuciłam okiem na zegarek i jęknęłam.
Stała klientka obiecała przyjść do salonu już za dwadzieścia minut, a ja — twarz „Beau Monde”, w przeddzień święta wciąż bez fryzury, bez makijażu, jeszcze oko mi drga jak u paralityka. Elegant Fużerow będzie w szoku!
Ale nie było rady, szybko się ubrałam, naciągnęłam czapkę na bałagan z włosów, kożuszek na ramiona, wlazłam w buty… Przypomniawszy sobie o sprawiedliwej zemście, ustawiłam mopa prostopadle do progu, podsunąwszy pod długi trzonek pufę, żeby uzyskać właściwy kąt — w końcu mop to nie grabie… Bezpieczników w liczniku nie włączyłam. Chwyciłam kluczyki do samochodu i wystartowałam schodami w dół.
Z garażu wyjechałam jak pilot Formuły 1 — wystrzeliłam ze startu jak pocisk i pognałam swoim Matizem do centrum. Dotarłam do pracy i przysięgam, jeszcze nigdy tak szybko nie doprowadziłam się do porządku. Współpracownik Kostik z Igorkiem tylko otworzyli usta na widok moich zdolności, rozganiając chmurę lakieru do włosów.
— Boże, Wróżeczko, co się z tobą stało? — wrażliwy Fuzik klasnął w dłonie. — Świętowałaś parapetówkę? Czy wreszcie pojawił ci się normalny facet i trzymał cię w jaskini?
— Raczej latałam w moździerzu! Mam wroga, chłopcy. Ale później, wszystko później, a teraz praca!
Thank you for choosing Sovaboo and valuing honest creativity!
We are building this space with love for books and respect for authors. Your support allows authors to keep writing and create new stories for you.
To keep reading, you can purchase online access to all chapters of the book.
* VAT is included in the price.