SOVABOO

Kruche serce

Ch. 24: Rozdział 14, część 2

Chapter 24

Rozdział 14, część 2

***

Już świtało i deszcz ustał, ale dzień zapowiadał się po jesiennemu pochmurny; w pokoju było cicho i mrocznie.

Odchylam kołdrę i siadam na łóżku, odgarniając z policzka splątane włosy. Wyschły i kręcą się w nieładzie przy twarzy. Mam spuchnięte usta. Wyobrażam sobie, jak rozczochrana teraz wyglądam.

W sypialni wszystko jest jak zwykle, nieliczne rzeczy zostały na swoich miejscach i wydaje mi się już, że Rusłan wyszedł. A może w ogóle mi się przyśnił? Jednak obracając głowę, dostrzegam na posłaniu jego koszulę, którą wspólnie pognietliśmy i zsunęliśmy w nogi łóżka, gdy zatraciliśmy się w sobie nawzajem.

Biorę ją i wstaję. Powiesiwszy ją na oparciu krzesła, wkładam kapcie i szlafrok. Otulając nim piersi, przewiązuję się paskiem i wychodzę na korytarz, gdzie zauważam, że w kuchni pali się światło. A więc mój gość jest tam.

Rusłan rzeczywiście jest w kuchni. Gdy wchodzę do pomieszczenia, on stoi w samych spodniach, boso przy otwartej lodówce i przegląda moje leki, patrząc na ekran komórki, którą trzyma w dłoni. Wpisuje w wyszukiwarkę nazwy, a jego twarz jest przy tym niezwykle skupiona.

Dostrzega mnie i podnosi głowę. W tym nowym dniu łapię się na myśli, jak nienaturalnie jest widzieć mężczyznę we własnej kuchni.

Nie, nie jakiegokolwiek mężczyznę, ale właśnie Rusłana. I znów wystarcza mi jedno spojrzenie, by po raz kolejny zdziwić się temu, jak wydoroślał tamten chłopiec, którego pamiętałam.

— Alicja, masz problemy z sercem? — Rusłan nie wita się, patrząc na mnie ponuro ciemnym wzrokiem spod długiej grzywki, która opadła mu na czoło. — Co z tobą?

Zupełnie nie spodziewałam się zastać go przy takim zajęciu i spinam się nie na żarty.

— Dzień dobry, Mardżanow — witam się ostrożnie, nie potrafiąc znaleźć odpowiedzi.

Po prostu nie wiem, co mu powiedzieć. Do tej pory nikt tak głęboko nie wsadzał nosa w moje leki.
— Alicja, mów! — żąda Rusłan, i w tym akurat ani trochę się nie zmienił. W tej potrzebie wiedzenia wszystkiego natychmiast.

Może to rano jest winne i to, że zaskoczył mnie nieprzygotowaną. Ale ten problem trwa w moim życiu tak długo, a dowody trzyma on w rękach, że nie ma sensu kluczyć.

— Załóżmy.

— Jak bardzo to poważne? — patrzy na opakowanie leków w swojej dłoni i przenosi wzrok na moją twarz.

— Rusłan, nie jestem pewna, czy będziesz chciał wiedzieć — odpowiadam niechętnie i beznamiętnie.

— Sam o tym zdecyduję, Alicja.

Milczę jednak uparcie, a on wybiera czyjś numer. Przykłada komórkę do ucha.

— Cześć, Szybujew[1], to ja. Tak, wiem, że jest rano i że jestem świnią, ale potrzebuję cię teraz! Powiedz mi, jeśli ktoś przyjmuje te leki — Rusłan podnosi opakowania z mojej półki i wymienia nieznajomemu rozmówcy nazwy, nie zwracając uwagi na sygnał lodówki, informujący, że wypadałoby ją zamknąć. — Co się z nim, do diabła, dzieje?... Tutaj wszystko jest rozpisane datami. Są kapsułki i ampułki do zastrzyków. Ona, dwadzieścia pięć lat… Wiem, że nie jesteś cholernym jasnowidzem. Po prostu obudź się i mów!... Rozumiem. Dzięki, Andrzej.

Rusłan kończy połączenie i chowa telefon do kieszeni. Odłożywszy leki na miejsce, powoli zamyka lodówkę.

— A więc poważnie — odpowiada sam sobie. — I od dawna masz problemy z sercem, Śnieżna? — odwraca się do mnie.

— Od dawna.

— Alicja, możesz powiedzieć, jak jest naprawdę?

Ruszam się z miejsca i podchodzę do czajnika. Jest prawie pusty, więc napełniam go wodą. Włączam przycisk, otwieram drzwiczki szafki kuchennej i wyjmuję filiżanki. Dwie.

— Posłuchaj, Rusłan, po co ci to? — zwracam się do Mardżanowa, nie patrząc na niego. — Po prostu się przespaliśmy, zaraz wyjdziesz. Nikt nikomu nic nie jest winien. A tym bardziej pchania się z butami do duszy.

— Nie po prostu się przespaliśmy, Alicja, i nie zniknę. Co zaś tyczy się duszy — pchaj się do mojej, nie mam nic przeciwko!

Gniewam się na niego i sama nie wiem dlaczego. Ten temat jest dla mnie zbyt bolesny, by zaczynać „gry w zaufanie” o siódmej rano, a tym bardziej by prosić się o litość. Pewnie dlatego odwracam się i odpowiadam zbyt ostro:

— Ile lat ma ta twoja wczorajsza koleżanka, Mardżanow? Jest przecież młodsza od ciebie? To wracaj do niej i budujcie sobie razem szczęśliwą przyszłość! Słusznie zauważyłeś, to mój problem i ja… nie przywykłam o nim dyskutować!

Ale Rusłana nie tak łatwo zbyć. Jego nie da się speszyć takimi uwagami, a jego piękne usta wykrzywiają się w uśmieszku.

— A mówisz, że tylko się przespaliśmy. Jesteś zazdrosna, Śnieżna?

— Co? Akurat!

— Dobrze. Zapomnij! Znam cię dwadzieścia lat…

— Piętnaście. — I dlaczego dzisiaj tak bardzo chcę się z nim spierać?

— Nieważne. Naprawdę myślisz, że nawet jeśli minie jeszcze dwadzieścia lat, coś się dla mnie zmieni?... Alicja? — podchodzi bliżej, chwyta mnie za nadgarstek, a ja drżę wewnętrznie, czując, jak ciało reaguje na dotyk impulsem prądu. 

Rusłan trzyma mocno, pokazując, że nie puści, więc się poddaję. W końcu oboje jesteśmy dorosłymi ludźmi, a to, że te medykamenty leżą w mojej lodówce, nie jest moją winą.

— Mam wadę serca, mówiąc prościej. Dowiedziałam się o niej, gdy miałam osiemnaście lat, po tym jak pewnego dnia ból w klatce piersiowej skończył się utratą przytomności. Dlatego zawsze jestem blada. Ostatnio żyję z bólem praktycznie bez przerwy. Te leki pomagają mi sobie z nim radzić. Teraz już wiesz.

— I co, nic nie da się zrobić? Żeby cię wyleczyć?

— Da się. Teoretycznie mój problem jest operacyjny. Ale ryzyko, że się nie obudzę, jest duże. Musi zbiec się wiele czynników — ogólny stan zdrowia, wiek... Rusłan, niełatwo mi o tym mówić.

— Chcę wiedzieć wszystko! Opowiadaj, Alicja! Wiem, że nie było cię w mieście, inaczej spotkalibyśmy się wcześniej. Gdzie mieszkałaś? Dlaczego wróciłaś właśnie teraz?... Śnieżna, i tak się przecież dowiem!

Przygryzam wargi, spuszczając wzrok na jego nagą pierś. Tej nocy grzałam się jej ciepłem i nie chciałam się budzić.

— Nie było mnie. Wróciłam niedawno, gdy zrozumiałam, że nie mam wyboru i operacja jest nieunikniona. Muszę się na nią zdecydować teraz, póki moje serce jeszcze daje radę. Ale to nie był główny powód.

Czajnik zawrzał, daję sobie chwilę pauzy. Uwalniając nadgarstek z uścisku Rusłana, odwracam się i rozlewam wrzątek do filiżanek, wrzuciwszy wcześniej do nich po torebce herbaty.

— Przepraszam, nie mam kawy. Uwielbiam ją, ale nie wolno mi — przyznaję, biorąc filiżanki i stawiając je na stole. — Pijesz z cukrem czy bez?

— Alicja…

Muszę wypuścić powietrze, mój maraton emocjonalny trwa dalej.

— Nie wiem, ile mam czasu — mówię skrajnie szczerze. — Wróciłam, by uregulować kwestię przyszłości Anusi. To dla mnie najważniejsze. Moja rodzina jest przeciw, dlatego musiałam poświadczyć swoją decyzję notarialnie u prawnika.

— Jaką decyzję?

— Jeśli coś mi się stanie, opiekunem córki będzie jej ojciec.

Mardżanow milczy, marszcząc ponuro brwi, a ja wyciągam łyżeczki i chleb.

— To on czekał na ciebie wczoraj pod klatką?

Mam wrażenie, że ręce odmawiają mi posłuszeństwa, ale staram się nad sobą panować.

— Nie — odpowiadam oszczędnie, nie patrząc na Rusłana. — Więc z cukrem czy bez?

— Bez.

Podchodzę do lodówki, znów ją otwieram i biorę wszystko, co niezbędne do kanapek. Robię je, podczas gdy Rusłan wciąż stoi i patrzy na mnie.

— Słuchaj, ostatnie dni miałam pracowite — zaczynam, starając się zachować spokój, choć w duszy wszystko się przewraca i kurczy — tak bardzo przeszłość jest żywa i wciąż boli — musiałam przestudiować informacje o aukcji i kontaktować się z klientami, więc nie było czasu na gotowanie. Tylko dla córki. Więc…

— Nieważne… Cholera, Alicja!

Rusłan nagle znajduje się obok, obraca mnie ku sobie za łokieć i łapie za nadgarstki.

— Co? — nie wytrzymuję. — No co, Mardżanow?! Chciałeś wiedzieć, to teraz wiesz! Nie zmuszaj mnie, bym wybebeszyła przed tobą duszę!... Powinieneś… powinieneś wypić herbatę i wyjść! Zaraz Aneczka się obudzi. Nie jest przyzwyczajona do widoku obcych mężczyzn tutaj!

Gdy tylko to mówię, trzaskają drzwi łazienki, a Rusłan rzuca:

— Za późno, Śniegu. Obudziła się i już mnie widziała — przed chwilą podchodziła do progu. Chcesz, żebym sam porozmawiał z twoją córką?

— Nie — kręcę głową. — Ona rozmawia tylko z tymi, z którymi chce i którym ufa.

— A więc ze mną chce. Rozmawialiśmy wczoraj.

— Z Anią? — dziwię się. — Kiedy?

— Na klatce schodowej. Paliłem, a ona wyjrzała i powiedziała, że tobie nie wolno oddychać dymem. I teraz rozumiem dlaczego.

I ja teraz też rozumiem, dlaczego wczoraj drzwi wejściowe do mieszkania okazały się otwarte, a Rusłan wszedł do środka.

On jakby czytał to w moich oczach, bo zauważa:

— To był przypadek, Alicja. Przecież nie będziesz na nią krzyczeć?

— Nie, oczywiście. To nie w moim stylu.

— Masz bardzo mądrą dziewczynkę.

Z tym akurat nie da się polemizować. Zwłaszcza gdy jego oczy są tak blisko, a ręka spoczęła na mojej talii i powoli przyciąga mnie do niego.

— Tak. Nawet nie wyobrażasz sobie, jakie mam z nią szczęście.

Patrzymy na siebie z Rusłanem i znów tracimy poczucie rzeczywistości, bo nagle znajduję się przy jego piersi.

Ale do rzeczywistości przywraca mnie kochany głosik:

— Mamo, tu są tylko dwa krzesła. A gdzie ja mam teraz siedzieć?


[1] Andrzej Szybujew — student medycyny, postać pojawiająca się w wielu powieściach Janiny Łogwin. Jest głównym bohaterem historii „Niebo wyżej chmur”. Pochodzi z szanowanej rodziny lekarzy, jest synem znanego chirurga.