Chapter 25
Rozdział 15, część 1
Córka nie bez powodu zadała to pytanie. W kuchni są dwa krzesła, ale trzy osoby, co oznacza, że mamy problem.
Aneczka stoi w progu, za plecami Rusłana, a on się odwraca. Niezdarnie chowa do kieszeni spodni rękę, którą przed chwilą mnie obejmował. Córka ma rozpuszczone włosy, jej błękitne oczy w oprawie ciemnych rzęs są szeroko otwarte. Z ciekawością przygląda się młodemu mężczyźnie, a on, przygryzając wargę, mówi z zakłopotaniem:
— E-m, cześć.
Nietrudno się domyślić, skąd ta konsternacja. Mardżanow nie jest przyzwyczajony do dzieci i nie wie, co powiedzieć Anusi.
Córka nic nie odpowiada. Spuszczając wzrok, mija gościa i wspina się na krzesło, na którym zazwyczaj siedzi. I wszystko wydaje się normalne, jeśli nie brać pod uwagę tego, że w weekendowy poranek moje dziecko zwykło spać. A to oznacza, że obecność Rusłana w mieszkaniu odczuwam nie tylko ja, ale i Ania.
I oczywiście dostrzega na stole dwie filiżanki.
— Mamo, ja też chcę herbatę. A mamy czekoladowe misie „Lubisie”? Są takie pyszne, uwielbiam je!
— Dzień dobry, Anusiu. Nie przywitałaś się.
— Dzień dobry!
— Lubisiów nie ma, nie zdążyłam kupić, ale są inne ciastka. Tylko najpierw coś zjedz, dobrze? Zaraz ugotuję ci kaszkę.
— Nie chcę kaszki. Mamo, mogę też kanapkę? Taką jak waszą.
— Oczywiście. Siadaj, Rusłan — zwracam się do Mardżanowa, przysuwając jego filiżankę do wolnego miejsca przy stole, ale on nagle przeczesuje dłonią włosy i wychodzi z kuchni.
A kiedy stawiam już herbatę przed córką i kładę na talerzu kanapkę, woła mnie z przedpokoju.
— Alicja, podejdź na chwilę!
Wymieniam spojrzenia z Anią. Siedzi cicho jak myszka, wyłapując każdy dźwięk w mieszkaniu; jest napięta chyba nie mniej niż ja — tylko po swojemu, po dziecięcu. Nie pamiętam, by kiedykolwiek poświęcała taką uwagę obcemu dorosłemu i rozumiem, że będę musiała przemyśleć, co z tym zrobić.
Mardżanow stoi w przedpokoju. Zdążył już włożyć buty i koszulę. Ta ostatnia jest mocno pognieciona po nocy i nie do końca zapięta na piersiach, ale w niczym mu to nie ujmuje.
Trzyma w ręku kurtkę i wita mnie skupionym spojrzeniem. Robiąc krok w moją stronę, przyciąga mnie do siebie za talię i całuje w usta, dając do zrozumienia, że nie zamierza się dystansować.
— Teraz wyjdę, Alicja, nie chcę krępować twojej córki. Ale na pewno wrócę i porozmawiamy.
— O czym, Rusłan?
— O wszystkim, o czym zechcesz — obiecuje poważnie. I dodaje: — I o tym, o czym ja zechcę — też.
— Ania! — woła nagle głośno, puszczając mnie, а moje serce robi w piersi niedozwolonego fikołka, gdy słychać tupot dziecięcych nóżek i córka staje w progu, zadzierając główkę. — Przynieś, proszę, telefon mamy — prosi Rusłan. — Bardzo mi potrzebny!
Szukać nie trzeba daleko. Torebka leży w kuchni jeszcze od wczorajszego wieczora i Aneczka szybko daje sobie radę. Znajduje telefon i przynosi do przedpokoju. Podaje go Rusłanowi, wciąż nieco nieśmiało przyglądając mu się swoimi błękitnymi oczkami.
— Proszę, znalazłam!
Rusłan nie spieszy się jednak z odebraniem telefonu, rozpoznając w nim swój stary prezent. Patrzy na mnie, a ja nie wytrzymuję:
— Okazał się wyjątkowo wygodny. Przyzwyczaiłam się do niego. I w ogóle o nic nie pytaj, Mardżanow! Nie muszę ci odpowiadać!
— Nie będę. — W końcu bierze gadżet z rączki Ani i prosi — choć nie, raczej żąda: — Tylko podaj hasło!
Wiadomo, że nie uda mi się odebrać mu telefonu; widać to po napięciu jego mocnych ramion i zaciśniętych ustach, więc podaję cyfry. Milcząc, obserwuję, jak dzwoni z mojego telefonu na swój i zapisuje dane w obu urządzeniach. Oddaje telefon Anusi, uśmiechając się do niej sztywno.
— Dzięki, maluchu. Uratowałaś mnie.
— Mam na imię Ania, przecież wiesz.
— No tak… coś takiego.
— Lubię kucyki i pandy. A ty?
— A ja… — Rusłan znów potyka się na pauzie, chowając telefon do kieszeni i wkładając kurtkę. — A ja kocham twoją mamę, maluchu.
Podchodzi do mnie o krok, by pocałować mnie w policzek i nasze spojrzenia się spotykają.
— Do wieczora, Śnieżna. Nie wiem, jak przeżyję ten dzień bez ciebie. Cześć! — żegna się i wychodzi.
Drzwi zamykają się za nim, a ja stoję, nie wiedząc, co powiedzieć mu na pożegnanie. Nie wiedząc, co powiedzieć sobie, a co najważniejsze — co powiedzieć córce.
***
— Mamo, źle się czujesz? Jeszcze nie brałaś leków?
Wracamy z Anią do kuchni, a ja powoli siadam na krześle, wciąż czując na sobie usta i spojrzenie Rusłana — energia Mardżanowa jest aż tak silna. Aneczka stoi obok, zaglądając mi w twarz, więc przyciągam ją bliżej.
— Nie, nie brałam. Chodź do mnie, słoneczko!
Znów jesteśmy w mieszkaniu same i wszystko niby jest jak dawniej, ale to tylko pozory. Wszystko już się zmieniło, i to nie tylko w moim życiu, ale i w życiu Annusi. Nawet jeśli Rusłan nie wróci, córka go zapamięta i jeszcze długo będzie o niego pytać.
Całuję ją w czubek głowy, a ona w odpowiedzi przytula się mocniej. Wtulając nos w mój obojczyk, obejmuje mnie rączkami pod piersiami, podczas gdy ja wdycham jej bliski, znajomy zapach, bez którego nie wyobrażam już sobie życia. Przesuwam dłonią po jej włosach — ciemnych i jedwabistych. Rusłan pewnie miał takie same w dzieciństwie.
Moja dziewczynka ma nieco ponad pięć lat i rzeczywiście rośnie na zadziwiająco mądre dziecko. Ale wciąż trudno jej zrozumieć niuanse moich słów i domyślić się tego, co niewypowiedziane.
— Wybacz mi, skarbie — proszę, a ona natychmiast się dziwi:
— Za co?
— Za to, że musisz na to wszystko patrzeć. Moją słabość i leki. Tak bardzo chciałabym być dla ciebie zdrowa.
— Mamusiu, ty się postaraj i na pewno ci się uda!
— Bardzo, bardzo się staram, Anusiu!
— Jeśli chcesz, zamknę oczka inie zobaczę, jak będziesz brała tabletki. Chcesz?
— Tak.
— I pójdziemy do parku karmić kaczki? Wezmę parasolkę!
— Oczywiście.
— Mamo, a ten… ten pan jeszcze do nas przyjdzie? Powiedział, że przyjdzie.
Aneczka podnosi główkę i patrzy na mnie. No jasne, domyśliła się. Jeszcze nie dorosła, żeby zapytać wprost albo mówić aluzjami, ale już chce znać odpowiedź.
— Anusiu, nie wiem. Ale na pewno go zobaczysz! — obiecuję córce, gładząc ją po włosach. — Jesteś do niego taka podobna. On po prostu jeszcze tego nie pojął, ale na pewno zrozumie.
— A dlaczego nie przychodził wcześniej?
Jakie to proste pytanie i jak trudno na nie odpowiedzieć.
— Nie wiedział, gdzie mieszkamy. Spotkaliśmy się zbyt wcześnie, musieliśmy po prostu poczekać. Albo… albo nigdy się nie spotkać.
— Ale mamusiu, wtedy byś zachorowała i ja bym się nie urodziła! Prawda?
Dziecięca bezpośredniość jest bezcenna. Uśmiecham się, całując Anusię w policzki, co sprawia, że ona zadowolona marszczy swój śliczny nosek.
— O nie, mój błękitnooki skarbie! — śmieję się. — Na pewno byś się urodziła! Bardzo cię kocham. Pamiętaj o tym, obiecujesz?
— Tak!
Rusłan
Wychodzę z domu, w którym mieszka Alicja, i zatrzymuję się na podwórku niczym wędrowiec na rozstaju dróg, nie wiedząc, dokąd iść dalej. Rozumiem, że jedyne miejsce, do którego teraz będę chciał wracać, jest Śnieżna.
Podnoszę głowę i odwracam się, by jeszcze raz spojrzeć na jej okno i zapamiętać ten poranek tak samo wyraźnie, jak minioną noc.
Tam, za oknem, Alicja nie jest już sama, jak niegdyś w młodości, gdy gapiłem się w jej okno i marzyłem, by obić Rybaskina tylko za to, że miał wstęp do jej pokoju. Teraz Alicja ma małą córkę i własną historię, z którą będę musiał się liczyć, jeśli chcę, by mi wierzyła.
A chcę tego. Nie mamy wyboru. Więcej jej nie stracę i nikomu nie oddam. Ani życiu, które miała beze mnie, ani jej chorobie.
Poczułem dziś prawdziwy strach, gdy się o tym dowiedziałem. O bólu, który ją prześladuje. Prawda o Alicji wypaliła mnie do głębi i już mnie nie puści.
Śnieżna, co się dzieje z twoim kruchym sercem?
Odruchowo wyciągam z kieszeni kurtki paczkę papierosów i ściskam w dłoni. Zamiast jednak zapalić, powoli zgniatam ją w palcach, przypominając sobie słowa malucha: „Panie, nie palić. Mamie nie wolno oddychać takim świństwem”.
Chciałbym wiedzieć o Alicji wszystko tak samo dobrze, jak jej córka.
— Młody człowieku, czy to pana samochód na parkingu? Zablokował mi pan drogę. Kto tak parkuje? Trzeba mieć tupet, żeby postawić auto na samym środku placu! Hej, do pana mówię! Mam nadzieję, że był pan trzeźwy, gdy siadał za kółko?
Zaczepia mnie nieznajoma w jaskrawym ubraniu. Odwracam się i rzucam okiem na moją Teslę. Naprawdę nie pamiętam, jak porzuciłem samochód i poszedłem do Śnieżnej. Po prostu dopadła mnie taka tęsknota, że nie mogłem już wytrzymać.
— Co?.. Tak, mój. Zaraz go przestawię.
— Chłopak, wszystko z tobą w porządku? — nieznajoma nagle przechodzi na „ty”, widząc moją twarz i stając tuż obok. — Może chcesz pójść na kawę? Właściwie to nigdzie się nie spieszę. Pokłóciłam się ze swoim byłym, więc wyładowuję złość…
Kawa? Chyba chcę. Wypić gorzką i mocną, żeby myśli wróciły na miejsce. Ale na pewno nie z nią.
Podchodzę do auta i odblokowuję samochód. Siadam w fotelu, zatrzaskuję drzwi i odpalam silnik. Wyjeżdżając z parkingu, dostrzegam nieznajomą na poboczu z wystawionym w moją stronę środkowym palcem, ale odwracam się obojętnie.
Dziwny gest kogoś, kto za sekundę nie będzie miał dla mnie żadnego znaczenia. Przejeżdżam obok i natychmiast o niej zapominam.
Zatrzymuję samochód obok wielkiego centrum handlowego, nagle czując potrzebę, by tam skręcić. Część sklepów wewnątrz jest jeszcze zamknięta, wchodzę więc do niewielkiej, pustej kawiarni, żeby wypić kawę i pomyśleć o tym, o czym nie mogę przestać myśleć.
Komunikator pokazuje nowe wiadomości, ale przesuwam je palcem bez czytania. Wybieram ostatnie połączenia i wybieram numer abonenta, którego zdążyłem już rano obudzić.
— Szybujew, cześć — witam się raz jeszcze. — To znowu ja.
— Co do diabła, Mardżanow! — Andrzej złości się sennie, ziewając do słuchawki. — Widziałeś, która godzina? Zasnąłem dopiero o czwartej rano, a ty znów marudzisz!
— Ma wadę serca, tak jak mówiłeś — rzucam.
Andrzej milczy przez kilka sekund, po czym jego ton się zmienia.
— Kiepsko. A dokładniej? Znasz pełną diagnozę?
— Nie, ale się dowiem.
— Kim ona jest dla ciebie? Przyjaciółką?
— Kimś więcej.
— Twoją nową dziewczyną?
— Kimś więcej.
— Cholera, Rusłan, ale z ciebie numer. Przecież nigdy nie angażowałeś się na poważnie?
— Angażowałem się. Ale to było raz, jeszcze w szkole. Wczoraj znów się spotkaliśmy i okazało się, że nic nie przeszło. Właściwie zawsze wiedziałem, że nie przejdzie.
— Jasne.
Nieważne, co dla niego jest „jasne”. Teraz dręczy mnie coś innego.
— Powiedz, Szybujew, jak jej pomóc? Naprawdę pomóc, bez względu na środki. Nie chciała mówić, ale przyznała, że potrzebuje operacji. Szczerze mówiąc, Alicja wygląda na słabą. To niebezpieczne?
— Mardżanow, nie jestem cholernym jasnowidzem, już ci mówiłem.
— Nie ciągnij!
— Potrzebna jest diagnoza i wyniki badań — to obiektywnie. Subiektywnie — potrzebny jest dobry lekarz. Powiedziałbym: najlepszy! No i klinika, gdzie sprzęt i opieka są na najwyższym poziomie. Wtedy szanse na powrót do zdrowia są spore.
Niecierpliwie przerywam przyjacielowi.
— Andrzej, potrzebuję twojego ojca!
Szybujew parska do słuchawki, ale bynajmniej nie wesoło. Sam zresztą wiem, że dostać się do jego ojca na wizytę to jak pójść na uroczystą kolację do jakiegoś monarchy. Można mieć szczęście, ale to jedna szansa na tysiąc.
— Wykluczone. Wybacz, Rusłan, ale on ma kolejkę na półtora roku do przodu. Do tego doktorat i praca naukowa. Poza tym on nigdy nie podejmie się leczenia pacjenta, jeśli nie będzie o nim wiedział wszystkiego.
— Co to znaczy „wszystkiego”? Możesz mówić jaśniej?
Szybujew wzdycha.
— Nie odpuścisz?
— Nie!
— Dobra, daj mi dwie godziny snu, a potem przyjeżdżaj. Ale jeśli zjawisz się wcześniej, Mardżanow… Przysięgam, że cię wypreparuję!
Ja też parskam, równie ponuro.
— Odetniesz mi jaja — to chciałeś powiedzieć?
— Właśnie to. Lubię, gdy mnie rozumieją.
Jest jeszcze dość wcześnie i w centrum handlowym kręci się mało ludzi. Wchodzę do supermarketu i powoli zapełniam koszyk produktami — wybieram to, co mogłoby smakować Alicji. Doświadczenie w tych sprawach mam marne, więc muszę liczyć na łut szczęścia. Zawsze chciałem ją nakarmić i ogrzać — nic się nie zmieniło.
Wybieram najlepsze produkty, wypełniając koszyk po brzegi, gdy nagle znajduję się na dziale z zabawkami. Zatrzymuję się, gapiąc się na kolorowe rzędy klocków i lalek, na pluszowe stworzenia o nieokreślonym wyglądzie… aż w końcu zauważa mnie ekspedientka.
Podchodzi i pyta uprzejmie:
— Dzień dobry. Czy mogę w czymś pomóc? Wydaje mi się, że ma pan trudność z wyborem.
— Może pani — zgadzam się niespodziewanie dla samego siebie. — A ma pani te… jak im tam… kucyki albo pandy? A najlepiej i jedno, i drugie — mówię i ruszam za dziewczyną w głąb działu.