Rozdział 4, część 2
Mimo wszystko trudno mi rozmawiać o takich rzeczach z przyjacielem brata. Patrzę przez szybę na dom przed nami.
– Rusłan, mógłbyś nie mówić tak brutalnie?
– A jak inaczej to nazwać? Gdybyś widziała was z boku. Ten palant niemal się na ciebie ślinił, tak na ciebie nachodził, żeby cię zdobyć! Odejdź z tej szkoły, Śnieżna. Jeśli przystawia się do ciebie nie pierwszy raz, to prędzej czy później adrenalina i urażona duma popchną go do zrobienia ci krzywdy. Możesz znaleźć się w sytuacji, gdy nikt nie przyjdzie ci z pomocą. Po prostu ucz się czytać sygnały i reaguj pierwsza. To zawsze działa.
– Skąd wiesz? – Znów się odwróciłam. W czarne oczy Mardżanowa trudno nie patrzeć – są jak otchłań, na dnie której tli się ogień. Zwłaszcza gdy jesteśmy sami. – Ty też nie dajesz mi spokoju.
– Ze mną to zupełnie inna sprawa – Rusłan nie odwraca wzroku.
– Tak ci się tylko wydaje.
Ręka Rusłana opada z kierownicy i ląduje na oparciu mojego fotela, tuż pod zagłówkiem. On sam przysuwa się bliżej.
– To znaczy, że brzydzę cię tak samo jak ten palant? – pyta władczo, ale głucho. – Czy ja cię choć raz zapędziłem w kozi róg, Alicja? Wciąż cierpliwie czekam.
– Czekasz na co? Na miłość boską, Mardżanow.
– Na to, że będziesz ze mną, to oczywiste!
– Oczywiste?!
No i proszę, znów wróciliśmy do naszego odwiecznego sporu.
– Jeszcze powiedz, że jesteś po uszy zakochana w tym swoim narcyzie koksowniku. W tej tępej Rybie!
Odwracam wzrok. Zna mnie zbyt dobrze.
– Tego, czego potrzebujesz, Śnieżna, u niego nie znajdziesz – słyszę zirytowany, uparty głos. – Tylko ja wiem, czego chcesz. Mam powiedzieć?
– Powiedz. Może się mylisz.
– Ciepła. Znam cię. I ja ci to dam.
Kiedy słyszy się prawdę, trudno udawać, że jest inaczej. Choć sama do końca nie wiem, czego chcę.
– Być może. Ale nie dasz go tylko mnie, prawda? – odpowiadam cicho. – Rozdasz go hojnie wszystkim, a ja tego nie zniosę. A co będzie potem? Będziesz jak ten Maksym szukać przygód w swoim nudnym życiu?
– Nie znasz mnie, Śniegu.
– Znam cię, o to właśnie chodzi.
Biorę plecak leżący u moich stóp i otwieram drzwi. Stawiając nogę na asfalcie, spoglądam na chłopaka. On wciąż na mnie patrzy, a ja czuję, że muszę to powiedzieć:
– Rusłan, nie jestem celem. Twój zapał minie i nic nie zostanie.
– Naprawdę nic?
– Nie, nie całkiem. Zostanie moja wdzięczność za dzisiejszy dzień i… za zupę. Romka ma z tobą szczęście, ja też. Po prostu wciąż nie mogę przywyknąć do tego, że dorosłeś.