SOVABOO

Kruche serce

Ch. 8: Rozdział 5, część 1

Rozdział 5, część 1

Chapter 8/34 · Page 2 of 322%

 Zawsze wyglądałyśmy razem osobliwie, jak dwa przeciwieństwa – blondynka i brunetka. Pewnie dlatego przyciągnęłyśmy się już pierwszego dnia w szkole. Tak samo przyciągamy się teraz, gdy Marinka mnie ściska, całując w zmarznięty policzek.

 – Śnieżna, wyobraź sobie – terkocze przejęta – Denis znowu do mnie dzwonił! Powiedział, że nie może się doczekać naszego spotkania! Zwariuję, no powiedz, czy to nie szaleństwo?!

 Znam Marinkę od stu lat i wiem, że gdyby jej postrzeganie świata nałożyło się na rzeczywistość, wszelkie oczekiwania przyćmiłyby zdrowy rozsądek.

– Serio tak powiedział? Że nie może się doczekać?

– No, prawie! A jakie to ma znaczenie, Alis! Ważne, że zadzwonił, rozumiesz? A to znaczy, że na imprezie pewnie będzie pełno dziewczyn, ale on chce mnie! Och, Śnieżna, on jest taki klasowy – Marinka zachwycona trzepocze rzęsami, by po chwili westchnąć: – Żebym tylko nie zachowywała się przy nim jak idiotka, bo przecież potrafię.

 – Przestań, Cwietkowa. Tobie to nie grozi! – zaprzeczam ze śmiechem. – Masz na to zbyt żywą wyobraźnię i zbyt wyrazistą urodę i wyobraźnię!

– Dokładnie! – zgadza się przyjaciółka, która w szóstej klasie zdołała przekonać rówieśników, że w poprzednim życiu była samurajem, a potem przez cały rok opisywała im epickie bitwy. – Chcesz wiedzieć, o czym myślę?

– No, mów. Choć chyba się domyślam.

– Myślę o tym, co zrobię, jeśli ten Denis nagle zechce czegoś więcej? Ojej! – otwiera szeroko oczy z przerażeniem. – A jeśli ja sama zechcę? Już dwa razy śnił mi się jego tatuaż!

 Chichoczę, biorąc Marinkę pod rękę. Kocham ją za tę emocjonalność, a ona mnie za racjonalność, co nieraz sama przyznawała. W szkole tworzyłyśmy niezły tandem.

– Cwietkowa, uspokój się. Wszystko rozstrzygnie się w ciągu pierwszej godziny – postaraj się w tym czasie powstrzymać od pocałunków. Jeśli okaże się, że ten Denis dobrze całuje, to przepadłaś. Kiedy się zakochujesz, zupełnie tracisz głowę! Ale wierzę w ciebie. Będę twoją surową mamuśką i będę na ciebie zerkać z karcącym mrużeniem oczu – o tak!

 Marinka też chichocze i tak, śmiejąc się, idziemy chodnikiem w stronę metra.

Wokół świecą girlandy i latarnie. Cała aleja i witryny sklepowe toną w bożonarodzeniowych iluminacjach i banerach. Czas noworoczny to cudowny okres, kiedy chce się po prostu cieszyć i być sobą. Dlaczego więc nie być sobą teraz?

 – A jeśli będzie na odwrót? Jeśli wszystko okaże się nie tak bajkowe? – zastanawia się Marinka. – Jeśli zamknę drzwi na strych, po którym galopuję teraz jak szalona, to doskonale rozumiem, że ten Denis to typowy bananowiec. Przystojny, seksowny i pewnie wszystkożerny. Dzisiaj zwrócił uwagę na mnie, a jutro trafi się inna naiwna. On pewnie prowadzi całą listę swoich podbojów! I do kropki na jej końcu ma pewnie tak daleko jak do księżyca! Więc nie wolno mi się angażować – nie, nie i jeszcze raz nie!

– Ale? – uśmiecham się, a Marinka wzdycha:

– Ale wybrał mnie i tak, to strasznie mi schlebia!

 – Cwietkowa, jak dobrze, że z twojej ładnej główki nie wywietrzyły zdrowy rozsądek. Nie zamartwiaj się na zapas, w ogóle nie znasz tego Denisa. A nuż okaże się normalnym chłopakiem? I w ogóle, może po prostu chcesz kogoś utrzeć nosa?

Unoszę brew, patrząc na przyjaciółkę, a ta parska natychmiast, zadzierając nosa:

– Pf! A skądże! Co uschło, to zapomniane! Na popiołach związku nie rosną kwiaty. Zwłaszcza takie róże-niezapominajki jak ja!

 Czarny kucyk dumnie opada jej na ramię, a my znowu wybuchamy śmiechem, zupełnie nie zważając na przechodniów. Okazuje się, że strasznie brakowało mi naszej relacji i takich wesołych wieczorów. Nawet nie zauważyłam, kiedy przy Rybackim przestałam się tak swobodnie śmiać. Ale na pytanie „dlaczego?”, nie mam odpowiedzi. Albo nie chcę się do niej przyznać.

 

 Nowoczesny i elegancki wieżowiec, do którego zmierzamy, znajduje się w sąsiedniej dzielnicy, więc idziemy tam pieszo. Spóźnione prawie o godzinę, za to w świetnych nastrojach.

Przed wejściem stoi mnóstwo samochodów i grupki młodzieży. Impreza już trwa, a przez okna na najwyższym piętrze przebijają kolorowe światła stroboskopów, obiecując, że zabawa potrwa do późnej nocy.

Starszy portier przy wejściu o nic nas nie wypytuje, tylko skinięciem głowy wskazuje windę, wracając do lektury książki. To nieważne. Sam fakt jego obecności sugeruje, że w pobliżu mieszkają poważni ludzie. Cwietkowa oddycha z ulgą, zdecydowanie chwytając mnie za rękę.

Wjeżdżamy na górę w towarzystwie nieznajomych dziewczyn, ale łatwo nawiązujemy kontakt w nowiutkiej kabinie windy, dowiadując się, że zmierzamy w to samo miejsce.

Jedna z nich przyznaje, że zna Denisa – to kumpel jej byłego i znajomy dziesiątek innych znajomych. Przystojny chłopak, ale cwaniak, więc lepiej na nic poważnego nie liczyć. Druga dziewczyna zauważa, że ma plan porządnie się zabawić i ma randkę, której nikt jej nie zepsuje. Więc wszystko jej jedno, komu dzisiaj odbije faceta.

 – Nie zrozumiałam, na co ta koza teraz aluzje robiła? – chmurni się Marinka, gdy wysiadamy na ostatnim piętrze, a dziewczyny idą przodem. – Że niby odbije mi Denisa, czy jak?

– No, najwyraźniej sugerowała, że ktoś tu powinien trzymać język za zębami. A najlepiej najpierw poznać tego Denisa bliżej! Nie dąsaj się na zapas, Cwiety – chwytam przyjaciółkę za nadgarstek, widząc, że zrzedła jej mina. – Tak można powiedzieć o każdym chłopaku. Też mi coś! I tak w galaktyce Alfa Centauri jesteś jedyną gwiazdą – jedyną i niepowtarzalną!

– Otóż to! – Marinka natychmiast prostuje ramiona. – Zazdrosna ropucha! Ojej, Alicja – odwraca się i cmoka mnie w policzek – jak dobrze, że poszłaś ze mną! Dla ciebie jestem gotowa nawet zrobić trochę miejsca w mojej galaktyce! Chrzanić facetów, po prostu się pobawmy, skoro już tu jesteśmy!

 Na górze jest szeroki hol pełen rozgadanych, śmiejących się ludzi. Od razu wiemy, gdzie iść, bo drzwi do jednego z dwóch apartamentów są otwarte na oścież, a ze środka dobiega muzyka.

Ktoś tańczy już w progu, a jakaś para całuje się, wypadając z mieszkania prosto na mnie i Marinkę.

Cofam się, odwracam głowę i nagle dostrzegam w holu Rusłana. Nie wiem, dlaczego mój wzrok przyciągnął właśnie on. Stoi w grupie kolegów, wysoki, szczupły chłopak o wysportowanej sylwetce, i uśmiecha się krzywo do czyjegoś żartu, trzymając rękę w kieszeni dżinsów.

Na jego szyi wisi jakaś nieznajoma dziewczyna, on obejmuje ją w pasie, ale natychmiast zabiera rękę, gdy mnie zauważa.

Uśmiech znika z jego twarzy, a on gwałtownie zerka w stronę otwartych drzwi. Bez słowa powitania. No i dobra! Pal go licho, tego Mardżanowa!

Ja też odwracam wzrok, przypominając sobie, że przyszłam tu dla Marinki. A jeśli w mieszkaniu natknę się na mojego brata, Romkę, to wątpię, by moja obecność go zmartwiła. Wręcz przeciwnie!

Wchodzimy z Marinką do środka i rozbieramy się, zostawiając rzeczy na jednej z sof, bo szafa w przedpokoju jest wypchana ubraniami po brzegi. Oczywiście rozglądamy się z otwartymi ustami.

W apartamencie zgaszono górne światła, świecą tylko nowoczesne kinkiety i bar. Ktoś ma farta – mieszkanie jest po prostu luksusowe!

– Oho, tu musi być z trzysta metrów! – zachwyca się Marinka, poprawiając na sobie sukienkę koktajlową z długimi rękawami, która pięknie podkreśla jej figurę. Rozgląda się z zaciekawieniem: – I gdzie teraz?

Chapter 8 / 34 · Page 2 of 3