SOVABOO

Kujony się nie poddają!

Ch. 4: Rozdział 4

Rozdział 4

Chapter 4/4 · Page 1 of 375%

Tutaj chyba najwyższy czas zrobić małą pauzę i, zanim ostatecznie się zmartwię, opowiedzieć wam trochę o mojej rodzinie.

A więc głowa rodziny, tata — Ufimcew Anatolij Władimirowicz. Człowiek poważny, wpływowy, trochę skory do wygłupów, biznesmen i mądra głowa. A także bardzo kochany rodzic swoich trzech córek. I choć wszystkim się wydaje, że jest surowy, tak naprawdę, jeśli mama w odpowiednim miejscu dokręci śrubki, tata robi się oswojony i ciepły, choćby pranie na nim suszyć! Więc oczywiście jest u nas głową wszystkiego, ale podlega szarej eminencji, czyli mamie. I sądząc po wszystkim, podoba mu się to.

Mama ma na imię Polina Lwowna i tak samo jak tata z wykształcenia jest lekarzem weterynarii. Właściwie nasi rodzice poznali się podczas studiów w instytucie, a pobrali podczas praktyk. Tam też, na ostatnim roku, urodzili pierworodną Swietkę.

Najwyraźniej w tamtym okresie życia było im lekko i wesoło, bo Swietka wyszła im z tak prostolinijnym poczuciem humoru i poczuciem wewnętrznej wolności, że w okresie dojrzewania często doprowadzała rodziców do łez w dosłownym i przenośnym sensie. Na przykład kiedy w wieku piętnastu lat oznajmiła, że jest w ciąży z bliźniakami, a potem przyznała, że prowadziła eksperyment społeczny dla szkolnej gazetki. I jeśli w dzieciństwie oraz młodszych nastoletnich latach za tę wolność siostra dostawała od mamy i taty po tyłku, to teraz, kiedy dorosła, wykształciła się na psycholożkę i zarabiała tym na życie (a przynajmniej próbowała), tata sam często biegał do niej po rady.

To właśnie Swietka doprowadziła rodziców do przytomności, kiedy Lalka przefarbowała piękne jasne blond włosy na czarno, przytaszczyła ze sobą Kosticzka i oznajmiła, że są teraz gotami i w ogóle mrocznymi pomiotami nocy. I że pomioty te noszą imiona Filomena i Kote.

Pamiętam, jak siedzieliśmy przy kolacji, pochłaniając mamin barszcz, kiedy te dwa dziwadła, przepychając się, namalowały się w progu kuchni, uprzednio wymalowawszy się nawzajem czarną kredką do oczu na klatce schodowej i przywdziawszy peleryny. Zdaje się, że tata złapał się wtedy za serce, mama za pierś, a ja omal nie przeniosłam łyżki obok ust. I tylko Swietka niewzruszenie powiedziała, obejrzawszy „przybyszów z piekieł”:

— No taaak, Ufimcewowie, ciekawie nam się żyje. Mieliśmy Lalkę, teraz będzie Filka. Zostało założyć łańcuch, smycz i można wyprowadzać przy księżycu. I czemu mam wrażenie, że ta dwójka zdążyła już zwinąć z magazynu parę kolczastych obroży?

Żebyście zrozumieli humor Swietki, wyjaśnię ważny szczegół. Rzecz w tym, że to kiedyś Tola i Pola Ufimcewowie gnieździli się w wynajętej piwniczce pięciopiętrowca i leczyli zwierzęta. Teraz zaś do naszej rodziny należało kilka specjalistycznych klinik weterynaryjnych, tuzin aptek weterynaryjnych w całym mieście i najbardziej znana sieć sklepów zoologicznych „Uszy_Łapy_Ogon”, w której można kupić absolutnie wszystko, byle zwierzęta i ich właściciele byli zadowoleni! Z czasem tata zainteresował się też biznesem hotelowym na wybrzeżu, ale mama do dziś sama operowała w klinice i jeździła na wystawy, w związku z czym w domu zawsze leżały katalogi i próbki artykułów zoologicznych. Od kostek-zabawek dla psów po skórzane smycze i obroże dla nich. Właśnie te ostatnie Swietka miała na myśli, kiedy zobaczyła nową Filkę. Tfu, to znaczy Lalkę!

Krótko mówiąc, młodsza wtedy mrugnęła i się zamyśliła, przez co stało się jasne, że Swietka trafiła. A Kosticzek się zaczerwienił.

Już później, kiedy tacie odpuściło serce, a złapał się za głowę, jego najstarsza córka powiedziała:

— Mamo, tato, tylko obejdźmy się bez histerii i ultimatum. To przecież Lalka. Jaki ona może mieć wewnętrzny protest albo konflikt z systemem? Skąd? Maksimum to konflikcik. I to z Serdiukinem, że spóźnił się do niej na randkę o pięć minut. Przechoruje gotyk i zapomni. Za to deficyt kontaktu trzeba uzupełnić! Kto wie, co ona tam sobie wymyśliła? Więc ty, tato, nie martw się, tylko lepiej ciągnij ją jutro ze sobą na jogę! Co znaczy, że nie zechce? A kto ją będzie pytał! Niedawno miałeś przecież poważną operację, usunęli ci czyrak na pośladku, a jeśli nagle źle się poczujesz? A tu bliska osoba pod bokiem. Najważniejsze, żebyś skomlał głośniej, jak nasz Voldemort, kiedy chce, żeby się z nim pobawić, i częściej powtarzał, jaką dobrą córką jest twoja Lalka. Nie zostawimy jej żadnych szans!

— Nie znoszę jogi, Swieta! — oburzył się tata. — Mam duży brzuch i ciało mi się nie składa!

— To postaraj się złożyć! Co robić, tato? A komu w tym życiu jest lekko? Matka w pracy, ja też, Katiucha na uniwerku. Boże… — Swietka westchnęła i cmoknęła mnie w czubek głowy. — Nie mogę się nacieszyć! Choć jeden normalny człowiek w rodzinie!

Krótko mówiąc, starszą siostrę uwielbiałam, z nią nie sposób się nudzić. Jeśli macie w życiu idola, to mnie zrozumiecie. I szczerze nie rozumiałam, dlaczego jej życie osobiste się nie układa. Adoratorów ma przecież na pęczki, a jaka z niej piękność! Tyle że ostatnio cała poszła w pracę. Kto by pomyślał, że Swietka okaże się taka odpowiedzialna.

A skoro o odpowiedzialności mowa. W przeciwieństwie do maturzystki Lalki, ja w rodzinie uchodziłam za człowieka dorosłego i tata nie zamierzał dawać taryfy ulgowej swojej córce-cudownemu dziecku. Dlatego trzy razy w tygodniu po dwie godziny pracowałam w naszym centralnym sklepie zoologicznym, który mieścił się w centrum handlowo-rozrywkowym „Trzy Wieloryby”, zajmując się sortowaniem nowego towaru, rozkładaniem i wieszaniem na wystawie obroży oraz pasków, a także karmieniem małych stworzonek — od szynszyli po pająki. (Szczerze mówiąc, podejrzewałam, że w ten sposób tata próbował dać mi odpocząć od książek i nauki. Ale zwierzęta kochałam, rodziców też, więc sumiennie chodziłam do pracy. Za którą, swoją drogą, nikt nie płacił mi pensji. Pożyteczny wkład w rodzinę, sami rozumiecie).

Zostało jeszcze odrobinę dodać o domowych pupilach. W naszym pięciopokojowym mieszkaniu mieszkały trzy sztuki i na tym można zakończyć krótki wstęp do rodziny Ufimcewów.

Mieszkał u nas stary kot Partyzant, ptasznik Sioma i Wolka (czyli Voldemort) — trochę niemądry z racji wieku, ale ukochany jack russell terrier. Pamiętacie psa z filmu „Maska” z Jimem Carreyem? Białego, z brązową plamą na pysku? Tak, właśnie takie samo radosne stworzenie. I teraz, dokładnie w tej chwili, Wolka rozpaczliwie kręcił ogonem u moich nóg, trzymając w pysku piłkę i zerkając na drzwi.

O nie. Zaczyna się! No dlaczego znowu ja?! Słowo daję, za mało Lalce się ode mnie dostało! Przecież znowu nie poszła z psem na spacer, pogrążywszy się w medytacji! Ze swoim psem, nawiasem mówiąc! Rodzice mieli nas, Swietka kota, a ja — Siomę.

— Nie teraz, Wolka, przepraszam! Muszę iść!

Znalazłszy się w swoim pokoju, zdjęłam domowe szorty, wcisnęłam się w dżinsy, naciągnęłam czapkę z daszkiem i, wskoczywszy na fotel, zdjęłam z pawlacza rolki. Nie chciałam o niczym myśleć. A zwłaszcza — wspominać głupiego zakładu. Na dworze był kwiecień, dzień ciepły… Postanowiłam nie zakładać okularów, które nosiłam na uniwersytecie, starając się wyglądać poważniej, tylko poprzestać na soczewkach.

Pies natychmiast zniknął, łapy zaszurały po podłodze, ale już po sekundzie Wolka pojawił się u nóg ze smyczą w zębach. Sama omal nie zaskomlałam.

Chapter 4 / 4 · Page 1 of 3