Rozdział 4
Drzwi do pokoju młodszej uchyliły się i zaraz zatrzasnęły.
— Lalka, miej sumienie! Ja przecież do pracy!
— Nic nie słyszę! Moja krypta jest zamknięta!
— Olka, no kurczę…
W szparze drzwi wysunął się nos.
— Kaaś — przeciągnęła siostra błagalnym głosikiem — ty i tak wychodzisz na dwór, co ci szkodzi? Ja lepiej nakarmię Kote, obiecuję!
Wrrrr, można zwariować, co za dzień! Ani sumienia u tych gotów, ani odpowiedzialności! Swietki na nich nie ma!
Krótko mówiąc, założyłam rolki, wrzuciłam do plecaka baleriny, wzięłam Wolkę na smycz i „pojechałam” do pracy.
Wszyscy mieszkaliśmy w kompleksie mieszkalnym „Siódme Niebo” — nowym i pięknym wieżowcu, prawie pod samym dachem. Tak wysoko, że kiedy wyjść na balkon, miasto widać jak na dłoni! Centrum handlowe „Trzy Wieloryby” znajdowało się od domu w odległości dwóch przystanków autobusowych — można powiedzieć, rzut beretem, ale zbliżała się piąta po południu i żeby nie spóźnić się do sklepu, trzeba było się pospieszyć.
Wyprowadziłam Wolkę na chodnik i pojechałam wzdłuż alei. Pięć lat nauki jazdy figurowej nie poszło na marne, na rolkach stałam pewnie, więc pędziliśmy z terierem na wyścigi. Uuuch! Nawet o wszystkich głupotach zapomniałam! A kiedy zobaczyłam w terrarium swoje pajączki, uśmiechnęłam się już całkiem. Piękno! Jakież to doskonałe stworzenia! Ręce same wyciągnęły się, żeby je połaskotać…
Dwie godziny pracy minęły niepostrzeżenie. Wolka — zadbany i czysty jak zabawka — radośnie kręcił głową, machał ogonem i uśmiechał się do wszystkich klientów, zaganiając do sklepu rodziców z dzieciakami, podczas gdy ja prasowałam psie kombinezony, sprawdzałam temperaturę w akwariach i plotkowałam z menedżerką Ałłoczką o nowych klatkach dla ptaków, które ładnie powiesili pod sufitem. Tak więc do domu pies wyruszył z uczciwie zarobioną kostką.
— Pa, Kaśka! Wpadaj jeszcze! — pożegnała się Ałłoczka, a ja, naciągając lekką kurtkę, uśmiechnęłam się.
— Jasne, że wpadnę! Gdzieżbym się podziała!
— I Wolkę przyprowadzaj, z nim handel idzie lepiej. Nie pies, tylko talizman szczęścia!
Obie się roześmiałyśmy, odpięłam smycz i wyszłam z Wolką ze sklepu. Poszłam handlową uliczką w stronę pięknej fontanny w centrum „Trzech Wielorybów”, wokół której stały drewniane ławki, z zamiarem usiąść na jednej i zmienić buty. O tej wieczornej porze zaczęła się tu już zbierać młodzież — grupki młodszych i starszych chłopaków i dziewczyn, więc z trudem znalazłam wolne miejsce. Usiadłszy na ładnej wygiętej ławce, naciągnęłam czapkę, rozpięłam plecak, zamierzając wyjąć rolki, kiedy niespodziewanie usłyszałam z boku dziewczęcy głos, który najpierw kazał mi znieruchomieć, a potem ze zdumieniem się odwrócić.
— Wania! Hej, Wróbelek! Cześć!
POV Iwan
— Cześć, Wano!
— Cześć, Ptaku!
Spotkałem się z przyjaciółmi przy fontannie, gdzie czekałem na nich już jakieś pięć minut, i uścisnęliśmy sobie dłonie.
— Siema, b-boye[4]! — przywitałem się. — Jak leci? Widzę, Ławrik, zdążyłeś już złapać kłopoty?
Nik z Ławrem spojrzeli po sobie i się roześmiali, a ja też się uśmiechnąłem. Jasnowłosy Ławr Bogoduchow podniósł rękę i potarł opuchniętą kość policzkową pod okiem.
— Trochę jest — przyznał chłopak. — W kombo[5] pechowo poleciałem z ręki. Ale wszystko nie jest tak do dupy, jak może się wydawać, więc ty, Ptaku, nie licz, że pokonasz mnie w battle'u. Dzisiaj będzie moja!
Dzisiaj nie spodziewaliśmy się zawodów, raczej improwizowanej rozgrzewki znajomych breakerów przed publicznością po przeciągającej się zimie. Wszyscy stęskniliśmy się za spontaniczną ustawką, taneczny drive powoli, ale pewnie podkręcał krew adrenaliną i nie mogłem obiecać, że zostawię przyjacielowi szansę.
— No, to się jeszcze okaże, Duchu! A tak przy okazji, Nik — rozejrzałem się — gdzie Sania Gajtajew? Znowu się spóźnia? Umawialiśmy się przecież tutaj na siódmą wieczorem. Specjalnie urwałem się wcześniej.
Nikita Bierioza spojrzał na zegarek, który pokazywał początek ósmej, i wzruszył ramionami.
— A kto go tam wie. Co ja jestem, jego mamka? Mam dość wychowywania tego człowieka w wieku dwudziestu lat. Ale masz rację, dobrze by było, żeby Gaj już się pokazał. Między innymi ma mój boombox[6] i tablet z trackami. Obiecał nam przecież załatwić na wieczór nową elektronikę. Patrz, Ptaku — Nik przesunął czapkę-skarpetę wyżej na czoło i wskazał w stronę znajomych chłopaków stojących osobną ekipą po drugiej stronie fontanny. Chłopcy i dziewczyny, co najmniej dziesięć osób. — Dimycz z ekipą już na miejscu. Nasi też powinni się zbierać. Chłopaki z dance-klubu obiecali być.
Razem z Ławrem podnieśli ręce i zasalutowali drugiej ekipie. Odpowiedź przyleciała natychmiast. Ludzie odmachali, rozhałasowali się, poruszyli, a ja dobrze ich rozumiałem: zbyt długo czekaliśmy na wiosnę, wszystkim niecierpliwie chciało się rozgrzać. Dimka Borzow, świetny hiphopowiec i breaker (czasem trenowaliśmy razem i doskonale się znaliśmy), rozprowadził ekipę na boki, stanął na krawędzi fontanny w stójce „na rękach” i klasnął nogami nad głową.
Uśmiechając się, odwróciłem się do przyjaciół.
— Wiem, już coś z nim omówiliśmy, kiedy na was czekaliśmy. Dzisiaj jest tu dużo ludzi, więc zdecydowaliśmy pracować w dwóch kołach i bez punktów. Bawimy się, dopóki nie padniemy albo nas nie przegonią — przekazałem ustalenie. — Czekamy na naszych jeszcze pięć minut i zaczynamy!
— A potem przyłożymy Gajowi po karku! — zaproponował Ławrik. — Tak ludzi wystawiać!
I całkowicie się z nim zgadzałem. Niestety, mój najlepszy przyjaciel często odpowiadał statusowi „dupek”, który z dumą nosił, ale odciągnął nas głos zza fontanny.
— Hej, Wróbelek! No i co tam u was? Godzina X nadeszła!
— Wszystko zaraz będzie, szefie! — zamiast mnie odezwał się Nik. — Miej cierpliwość! Zaraz doczekamy się sprzętu, uzbroimy się i jazda!
Gajtajew pojawił się po minucie w towarzystwie chłopaków i dziewczyn oraz z nowiutkim boomboxem na ramieniu. Jak zawsze, w szczerym porywie przycisnął rękę do piersi.
— Cholera, Ptaku! Nie uwierzysz, telefon padł, benzyna się skończyła, musieliśmy pchać samochód! Dobrze, że dziewczyny były obok — pomogły biedakowi! Bez nich w ogóle bym utknął!
— Ja ci zaraz dam „utknął”, bajerancie! — nie ze złością popchnąłem przyjaciela w ramię, odbierając boombox. — Idź, wciśnij to Dimyczowi — uśmiechnąłem się, patrząc w uczciwe oczy Gajtajewa — on uwierzy. A ja znam cię cztery lata.
Sania oblizał usta i objął mnie za szyję. Kiwnął ponad ramieniem za moje plecy.
— Wania, no przecież nie jesteśmy jakimiś leszczami, żeby przegrać z Borzowem i spółką. Widziałeś, jakich ludzi zebrał? A my co, gorsi? Swoją drogą, laski same się wprosiły, kiedy dowiedziały się, jaki jest cel imprezy i że ty tu będziesz. Pomyślałem: czemu nie? Potem razem wbijemy do klubu! Będzie wesoło! No, spóźniliśmy się parę minut, wielkie rzeczy…
Odkąd znam Gajtajewa, dla niego życie zawsze było maliną.
— Gaj?
— Ałć?
— Ostatni raz ostrzegam: jeszcze raz nas wystawisz i nie jesteś moim kumplem! — powiedziałem poważnie.
Zdjąłem z siebie dłoń Sani i machnąłem do ekipy Borzowa, zapraszając chłopaków do rozpoczęcia koła. Upewniwszy się, że ludzie się zbliżają, zrzuciłem kurtkę, zostając w koszulce, i cisnąłem nią w kumpla.
— Hej, Wania! Wróbelek, cześć!