SOVABOO

My nad oceanem

Ch. 5: Rozdział 5

Rozdział 5

Chapter 5/6 · Page 3 of 573%

— Mam gdzieś tę imprezę, Baker! Myślisz, że chcę patrzeć, jak te dupki z podstawowego składu udają najwyższą ligę? To wcale nie jest zabawne! Ale mam dość siedzenia u Hurleya na ławce rezerwowych. To trwa już wieczność!

— Widzisz. A silna osobowość zawsze umie powiedzieć „nie” i nie zależy od cudzej opinii.

— Przecież wyjaśniłem!

Zachary wcale nie jest drobny. Po matce odziedziczył wschodnie rysy twarzy, ale po ojcu szerokie ramiona i dobrą sylwetkę. Nie jest tak wysportowany jak Sean, ale śmiało pochyla się w stronę Jake’a.

— Chcesz powiedzieć, że któryś z nich może zmienić twoją przyszłość? — spogląda na grupę Rentona. — Tym idiotom wolno decydować za ciebie, czy będziesz dobrym bramkarzem? Hej, jakim prawem, stary? Żaden z nich nie ma nawet uprawnień trenera Hurleya! Ale nawet on nie ma prawa odebrać ci szansy zostania tym, kim zechcesz!

— Wiem! I co proponujesz, mądrusiu?

Chłopcy wypuszczają powietrze i prostują plecy, wciąż patrząc na siebie ponad stołem.

— Pierwsza zasada samorozwoju „S.P.” brzmi: „Zrób wszystko, co możliwe, żeby osiągnąć wybrany cel”.

— Gówno zależy ode mnie!

— Zasada numer dwa: „Nie cofaj się przed trudnymi zadaniami”, a trzecia: „Zawsze kontroluj emocje” — spokojnie ciągnie Zachary. — Samoopanowanie jest oznaką inteligencji, Finley. Im jest większa, tym mniej błędów popełniasz. Chcesz się ze mną spierać?

— Nie, mów dalej. Chcę się upewnić, jak głęboko w tym ugrzęzłeś, stary.

— Wystarczająco, żeby zrozumieć, że chcę przyznawać się do swoich błędów.

— A po co? — Jake prycha, ale już mniej pewnie. — Zamierzasz spowiadać się z grzechów? Myślałem, że ludzie chodzą po to do kościoła.

— Bo to jest ewolucja rozwoju osobowości — odpiera Zack. — Słabi ludzie zawsze wybielają samych siebie i obwiniają innych o swoje porażki. Tylko silni potrafią wziąć odpowiedzialność. Jestem pewien, Jake, że masz w sobie potencjał siły. Trzeba tylko nauczyć się przyjmować zwycięstwa i porażki, a nie próbować przypodobać się komuś tylko dlatego, że ten „ktoś” wydaje ci się bardziej sukcesywny od ciebie.

— Mam potencjał, żeby zostać pieprzonym robotem! — nie zgadza się Jake. — Jeszcze mi powiedz o bezinteresowności, Kapitanie Ameryko, a układanka świętoszka będzie kompletna!

— Nie będzie. „S.P.” zawsze broni swoich wartości i własnych interesów. Zawsze, Finley! O granicach już ci powiedziałem. Zastanów się, czy impreza u Rentona jest warta kłótni z Trishą. Bo jutro w nasze miasto może spaść olbrzymi meteoryt, a w ostatniej sekundzie życia, przygnieciony głazem, będziesz żałował nie tego, że ominęła cię idiotyczna impreza, tylko że nie życzyłeś swojej dziewczynie dobrej nocy.

Wszyscy otwieramy usta i na chwilę zamieramy, po czym Jake bez złości wydycha, wiedząc, że przegrał:

— Cholera, czasem cię nienawidzę, Baker! Masz po prostu talent do otwierania ludziom głów!

— Wiesz, Zack — odwracam głowę do swojego szefa i niespodziewanie mówię — chyba wstąpiłabym do twojego klubu silnych osobowości. Podoba mi się zasada numer dwa: nie cofać się przed trudnościami.

— Ja też — zgadza się Amber, patrząc na Bakera z podziwem. — Serio, Zack, załóżmy własną ligę „S.P.”? Albo chociaż tajne stowarzyszenie. Ideowego inspiratora już mamy — ciebie! Pozostaje zebrać zwolenników.

— A czemu tajne? — pyta Trisha. Zdążyła już obrazić się na Jake’a i zdejmuje jego rękę ze swojej talii. — Właściwie, dziewczyny, ja też jestem z wami. Podoba mi się pomysł, żeby rozwinąć w sobie najwyższą funkcję rozumu. Kiedy na nasze miasto spadnie meteoryt — jeśli oczywiście spadnie — na pewno chcę być z tymi, którzy są mi drodzy, o!

— No, Trish… No co ty… — Jake przeciąga z poczuciem winy i przysuwa się bliżej dziewczyny. — Nie pójdę na tę imprezę! Podziękuj panu mądrali. Uznajmy, że mnie przekonał!

Gniewnie błyska na Zachary’ego czarnymi oczami, ale ten tylko wzrusza ramionami, wracając do kurczaka i sałatki. Zjadłszy kilka nuggetsów, z kolei pyta Amber:

— Tak, czemu tajne?

— Jak wy nic nie rozumiecie. Bo brzmi ciekawie i tajemniczo! Prawie jak „Zakon Feniksa” albo „Zakon Templariuszy”! Już widzę pierwsze tajne zebranie naszego bractwa i złożenie mu przysięgi wierności!

Porwana emocjami Amber odrzuca różowe warkoczyki na plecy i podskakuje na ławce.

— To koniecznie musi się wydarzyć podczas pełni księżyca! Zgadzacie się?!

Amber z nas jest najbardziej niespokojna, a Zachary najpoważniejszy, ale nawet on się uśmiecha. Spogląda na dziewczynę, potem przenosi wzrok dalej i nagle na długą chwilę nad czymś się zamyśla.

Nawet nie zauważyliśmy, że głosy wokół ucichły, a na szkolnym dziedzińcu pojawił się wysoki, ciemnowłosy chłopak. Jego obecność sprawia, że grupa Rentona i Kate milknie i czujnie się spina, jakby zobaczyli przed sobą niebezpiecznego obcego.

Dziwne, ale nie wygląda na to, by wśród nich byli przyjaciele Palmera.

A może on sam nie chce nikogo zauważać?

Omiata wzrokiem wewnętrzny dziedziniec wypełniony licealistami, a potem już na nikogo nie patrzy. W jednej ręce trzyma lunchbox, który przyniósł ze sobą, drugą ma na pasku plecaka. Idzie między centralnymi stolikami równie celnie i pewnie jak w klasie, po czym zatrzymuje się kilka metrów od naszej grupy. Zdejmuje z ramienia plecak, siada przy wolnym stoliku, otwiera lunchbox i zaczyna jeść, wyraźnie nie zamierzając rozglądać się ani zaspokajać niczyjej ciekawości rozmową.

Nie wiem, co dokładnie sprawia, że na jego widok znów zamieram. To, że widzę go tutaj, w ostatniej klasie szkoły, po tym, jak mój ojciec sam zawiózł go na posterunek policji? Czy to, że nie tylko Sean wydoroślał przez ostatnie lato, ale Matthew też zmienił się w ciągu tych kilku miesięcy?

Spojrzenie fotografki każe mi dokładnie zauważać detale i porównywać je z danymi zapamiętanymi wcześniej. Jeśli Sean przytył kilka funtów, Palmer pozostał tak samo gibki, tylko jego barki stały się szersze, a kości policzkowe mocniej zarysowane. I z pewnością nadal ma swoją siłę i szybkość.

Wiele razy obserwowałam grę chłopaków z drużyny lacrosse i rozumiem, że jeśli ci dwaj po tym wszystkim zderzą się w jednej drużynie, nie będzie to zwykła rywalizacja. I z pewnością nie będzie łatwa dla Rentona. Palmer ma bowiem charakter, a także opinię chłopaka, z którym lepiej się nie zadawać, jeśli nie chcesz znaleźć się po drugiej stronie prawa.

Amber niemal wypowiada moje myśli:

— Ciekawe, jak szybko Kate straci zainteresowanie nowym chłopakiem i przerzuci się na Matthew, który wrócił do szkoły? Myślę, że za miesiąc Renton jej się znudzi. Bogate dziewczyny lubią bawić się ogniem, dopóki się nie poparzą. A Kate z pewnością nie jest najbystrzejsza z nich.

— Za to Palmer nie jest głupi — odzywa się Zachary. — Nie sądzę, żeby chciał problemów z córką przyszłego burmistrza Sandfield Rock. Nie wiem, Amber, jak jest z tobą i dziewczynami, ale temu przedstawicielowi ciemnej strony społeczeństwa nie potrzeba żadnych klubów. Jake, tylko na niego popatrz, od niego warto uczyć się zimnej krwi. Nic jeszcze nie zrobił, a już zwrócił na siebie uwagę. Nawiasem mówiąc, to jedna z głównych cech silnej osobowości.

Ręka Finleya znowu leży na talii Trishy, a on jest niemile zaskoczony:

— U Matthew Palmera?

— U niego.

Chapter 5 / 6 · Page 3 of 5