SOVABOO

My nad oceanem

Ch. 5: Rozdział 5

Rozdział 5

Chapter 5/6 · Page 2 of 570%

— Boże, jesteś idealny, Zack! I zdecydowanie z innego wszechświata. Zdradź sekret, jak można być olewusem w dobrym znaczeniu tego słowa? Czy naprawdę nigdy nic i nikt nie potrafi wyprowadzić cię z równowagi?!

Myślę, że Zachary dobrze o tym wie, i ma ku temu swoje powody. Ale tylko wzrusza ramionami:

— Każdy słyszy to, co chce. I nie słyszy tego, czego nie chce. To cały sekret. Ich po prostu nie ma — wskazuje podbródkiem Seana, który pojawił się na dziedzińcu, obejmując Kate. — Nie widzisz, Ash? — zwraca się do mnie, czując, że znieruchomiałam. — Tam jest puste miejsce!

Ale dla mnie jeszcze nie. Trudno uwierzyć słowom przyjaciela, kiedy przed tobą twoja przyrodnia siostra idzie pod rękę z twoim chłopakiem tak pewnie, jakby to nie oni zdeptali twoje serce.

Poprawka. Z twoim byłym chłopakiem, który w jedno lato zmienił się z bliskiej osoby w obcego.

Kate nie bez powodu spędziła poprzedni weekend w drogim spa, odwiedzając fryzjera i kosmetyczkę. Jej włosy mienią się świeżym odcieniem blondu, makijaż jest zbyt mocny jak na szkolny dzień, a krótka spódniczka śmiało odsłania długie, opalone nogi kapitan drużyny cheerleaderek. Z jasnowłosym, szerokoramiennym Seanem, promieniejącym własnym znaczeniem, wyglądają jak para dla siebie i można się tylko dziwić, że wcześniej nie zauważyłam u Rentona takiego zadęcia w chodzie i krzywego, playboyskiego uśmieszku na jego ładnej twarzy.

Czy więc warto dziwić się plotkom, które ta parka rozpuściła o mnie?

Nie widzę. Nie widzę ich!

Bardzo chciałabym nigdy nie widzieć i nie czuć tej słabości, która właśnie przebiła moją zbroję. Ale słowa mają moc, a kłamliwe słowa potrafią głęboko zranić duszę, i przez sekundę omal nie tracę nad sobą kontroli.

Kate i Sean przechodzą przez dziedziniec w otoczeniu swojej świty przyjaciół i z hałasem rozsiadają się przy centralnym stoliku, przy którym zwykły siedzieć wyłącznie szkolne osobistości, a ja spuszczam wzrok.

Puste miejsce, Zack ma rację. Nic dla mnie nie znaczą. Życie toczy się dalej. Słońce wciąż wschodzi na wschodzie, dzień zmienia noc, a ludzie…

Czasem niektórzy z nich tracą swą powłokę i znaczenie dla innych, rozpływają się w trójwymiarowej przestrzeni, aż stają się nic nieznaczącymi cząstkami fizycznymi. Jeśli nie potrafię stać się niewidzialna, potrafię ich nie zauważać.

Nikt nigdy nie dowie się, co Sean mi mówił. A ja zapomnę. Okazuje się, że uczucia, jeśli nie są prawdziwe, podobnie jak produkty mają termin przydatności. Pora ostatecznie wyrzucić to wszystko na śmietnik!

Nie udaje mi się ukryć ciężkiego westchnienia, a Zack cicho zauważa:

— Nie warto, Ashley. Po prostu nie zasłużył na twoje zaufanie. Nic się nie dzieje, da się z tym żyć; mnie też kiedyś coś takiego spotkało.

— Naprawdę?

Razem patrzymy na parę, a on potwierdza:

— Naprawdę. Kiedy trawa więdnie, na jej miejscu zawsze wyrasta nowa. Trzeba tylko wyrwać z korzeniami wszystkie chwasty i posiać nowe nasiona.

Matka Zachary’ego jest Koreanką, a ojciec Amerykaninem. Chłopak ma atrakcyjny wygląd i bez wątpienia oryginalny umysł. Niejeden raz dziwiłam się jego zdolności patrzenia na oczywiste sprawy w szczególny sposób.

— Koreańska mądrość? — domyślam się.

Zack udaje, że się zastanawia, i z powagą poprawia okulary. Krótko prycha, po czym przysuwa do mnie talerz z makaronem.

— Hm, możliwe. Ale sądzę, że to raczej moja własna filozofia.

— A co z niej wynika?

— Tylko tyle, że wyrzuciło cię poza strefę przyciągania Seana i znów jesteś wolna. Nie czujesz tego, Ashley? Świat się nie zamknął, tylko stał się szerszy!

— Ale z pachami to było głupie! — oburza się Amber. — I podłe! Gdybyś słyszał te bzdury, Zack! Jakbyśmy znowu trafiły do gimnazjum, gdzie dziewczynom wpuszczano świerszcze we włosy, a chłopakom wyciskano z tubki musztardę na tyłki i podawano papier toaletowy. Ale w wieku dwunastu lat przynajmniej było to śmieszne!

— Swoją drogą, niezły pomysł z tą musztardą — Trisha kieruje palec w stronę Amber i obiecuje: — My jeszcze porozmawiamy na ten temat, dziewczyno!

Zachary otworzył już sos i zamoczył w nim kawałek kurczaka, ale zanim go połknie, uznaje za konieczne odpowiedzieć:

— Mali ludzie zawsze robią małe rzeczy — to najprostsza pochodna ich pierwotnej formy. Co w tym dziwnego? Gdyby było odwrotnie, wtedy tak, można by się zdziwić. Ale poza rzadkimi wyjątkami tak nie bywa. Wierzyć w takie plotki to nie szanować siebie.

Zachary w końcu wkłada kurczaka do ust i kończy myśl:

— Ale jeśli spróbować wyciągnąć z tego korzyść, Ash, to sądzę, że takie chwile hartują charakter i robią ze zwykłego człowieka „S.P.”.

Jake je hamburgera, popijając mlekiem, i omal się nie krztusi.

— Co? Baker, rozwiń skrót. Znowu twoje gazetowe zagadki?

Zack lubi podsycać ciekawość czytelników „Ellison News” pytaniami i zagadkami, ale chyba nie tym razem.

— Nie, Finley, to znacznie prostsze. Silna osobowość. Człowiek zdolny kierować swoją wolą — najwyższą funkcją rozumu.

Ale to nadal jest niezrozumiałe, więc Jacob prycha:

— Gdzie to wyczytałeś? W czasopiśmie naukowym? Co za bzdury, stary?

— Sam to wymyśliłem. Widzisz litery? — Zachary wyciera dłonie serwetką, odpina i podwija mankiet koszuli. Pokazuje wewnętrzną stronę nadgarstka, a wszyscy widzimy na nim tatuaż, którego jeszcze wiosną tam nie było. Dwie litery „S.P.”* — małe i schludne.

— Kiedy jest mi źle — chłopak niespodziewanie przyznaje — po prostu na nie patrzę i to pomaga mi się pozbierać.

Zack ma lekko skośne oczy po matce i czarne spojrzenie. Przez moment coś w nim błyska, ale od razu chowa to „coś” głębiej. Jak gdyby nic się nie stało, zapina koszulę i wraca do lunchu. Za to jego wyznanie niespodziewanie porusza Jake’a.

— Chcesz powiedzieć, że wytatuowałeś pod skórą te literki i rozwiązałeś wszystkie problemy? Tak po prostu?

Baker lekko wzrusza ramionami, spoglądając na kolegę.

— Każdy ma swojego Boga, Finley, i własną motywację. Moja motywacja składa się z dziesięciu zasad samorozwoju. Mylisz się, to wcale nie jest takie proste, ale tak dla siebie postanowiłem i nie mam zamiaru się wycofywać.

— Wymień chociaż dwie, żebym zrozumiał, na co chorujesz, stary. Bo kiedy mi źle, wolę działać, a nie użalać się nad sobą!

To wciąż przyjacielskie wyzwanie, a Zachary chętnie je podejmuje.

— Dobrze, Finley. Na przykład ochrona własnych granic. Jesteś pewien, że potrafisz ich bronić?

— Oczywiście!

— I umiesz odmówić Rentonowi, jeśli zechce zaprosić cię na imprezę? Słyszałem, że zbiera u siebie „Złote Orły” w tę sobotę. Pójdziesz, prawda?

— Co? — Trisha, słysząc nowinę, odrywa się od tacos i napina. Odsuwa otwarte opakowanie soku i odwraca się do swojego chłopaka. — Jake, powiedz, że nie pójdziesz — żąda. — Sam mówiłeś, że grająca dziesiątka was nie traktuje poważnie. Że masz dość ich drwin!

Finley waha się przez sekundę, ale nagle marszczy brwi.

— Nie rozumiesz, Trish. To może być ważne dla drużyny. Po prostu nie zdążyłem ci powiedzieć.

— Tak samo ważne jak ostatnim razem? Kiedy u Masona upiliście się jakimś świństwem i nago skakaliście do basenu? Co się z tobą dzieje, chłopie? Przecież nie znosisz tego wszystkiego.

— A co jest ważne dla ciebie, Jake? — Zack nie odpuszcza, a Finley przyznaje:

Chapter 5 / 6 · Page 2 of 5