SOVABOO

Na przełomie Szkarłatnego

Ch. 1: Rozdział 1

Rozdział 1

Chapter 1/24 · Page 1 of 30%

Twój bohater

Ścisz odtwarzacz, zgaś w pokoju światło,

Nie rozmawiaj ze ścianami,

Porozmawiaj ze mną,

W tych chwilach Wieczność dyktuje miłości fabułę,

Nie jesteś sama w tej Wieczności…

Jestem przy tobie.

 

Nie zasypiaj nieokryta, nie w moich ramionach,

W półmroku krążą potwory,

Słyszę ich straszny skowyt.

Wiatr opowie nam bajkę w słonecznych obłokach,

Obiecuję być blisko,

Tylko zaśnij ze mną.

 

Mrokiem i chłodem spowity jest twój świat ze stalowych luster,

Cienie suną jak skalpele…

Wyjdę z nimi do walki.

Tylko powiedz, że kochasz, czekałem na ciebie całe życie.

Pozwól mi uwierzyć, że jestem —

Twoim bohaterem.

 

Refren:

Stanę się, kim zechcesz — rycerzem wysp,

Rozstrzygającym tysiące losów, zdobywcą brzegów.

Stanę się tym, przy kim się obudzisz, kiedyś zrobisz krok ku marzeniu.

Tylko powiedz, że kochasz, że mi wierzysz.

 

Suspense (c)

 

***

 

Za ścianą rozległy się męskie przekleństwa, kobiecy krzyk, a zaraz po nim głuchy odgłos uderzenia. Saszka podniosła głowę znad biurka, przy którym odrabiała lekcje, odłożyła długopis na bok i obejrzała się. Krzyk się powtórzył. I chyba spadł ze ściany zegar, rozbijając się na kawałki.

– Znasz mnie, Witka… Zabiję!

– Dima, nie!

One zawsze krzyczały i uciekały od niego — liczne przyjaciółki ojca. Przeklinały go, a potem znów dawały się nabrać na mocną sylwetkę i ciekawą urodę. A więc i ta ucieknie. Nie zabawiła długo, nie minął nawet miesiąc.

Saszka wstała od stołu i podeszła do okna. Wyciągnęła szczupłą rękę i odsunęła starą firankę. Żeby nie słyszeć krzyków z ojcowskiej sypialni, zakryła uszy dłońmi i przycisnęła czoło do zimnej szyby…

No proszę, zima w tym roku, a śniegu nie ma. Ciągle tylko mży i mży, jakby w kalendarzu nie był grudzień, tylko koniec października. Także teraz w świetle ulicznych latarni drobna mżawka opadała na ziemię niemal pionowo, zmuszając przechodniów, by kulili się z podniesionymi kołnierzami i chowali pod kapturami. Zima… Saszka chuchnęła na szybę i palcem narysowała śnieżynkę na zaparowanej plamce. Westchnęła i przygotowała się do czekania. Latarnia naprzeciw okna dobrze oświetlała klatkę, a dziewczynka chciała zobaczyć, jak odejdzie ta, której szloch dobiegał już teraz z przedpokoju. Odejdzie z ich życia, żeby po zaledwie miesiącu znów być wolna. Saszka zazdrościła jej całą swoją młodą duszą.

Do pierwszej śnieżynki dołączyła druga, a potem plamka się powiększyła i na szybie pojawiła się trzecia — piękna, z koronkową obwódką. Saszka umiała rysować i z jakiegoś powodu tej jesieni wciąż czekała i czekała na pierwszy śnieg, jakby razem z nim w jej życiu koniecznie miało się wydarzyć coś szczególnego. Prawdziwego.

Do szyby niespodziewanie przykleiło się białe ziarenko — maleńka śnieżynka. Spadła na krople mżawki i natychmiast stopniała. Saszka mrugnęła ze zdumieniem i szeroko otworzyła oczy. Przyłożyła dłonie do szyby, wpatrując się w wieczorny półmrok. Czyżby do rana miał spaść śnieg?

Na podwórko wjechał samochód osobowy, a zaraz za nim pojawił się duży, długi furgon z napisem „Transport”. Zaterkotał, zabulgotał silnikiem, przeciskając się między domami, i za samochodem zatrzymał się naprzeciw ich klatki. Z obu aut wysiedli ludzie, i jeszcze minutę temu puste podwórko nagle ożyło.

Nowi lokatorzy, przemknęło dziewczynce przez głowę. Na pewno do dwunastego mieszkania, na trzecim — piętro niżej. Saszka wiedziała, że w mieszkaniu już od roku nikt nie mieszkał. Sąsiedzi mówili, że nowi właściciele przyjechali z północy. Albo nauczyciele akademiccy, albo lekarze. Inteligencja, jak ujęła to baba Lida — miejscowa plotkara. Kiedy z furgonu zaczęto wynosić meble — piękne i według Saszkowych kryteriów koszmarnie drogie — zrobiło jej się nawet szkoda, że mżawka sypie tak gęsto.

Dziewczynka nie od razu zauważyła w rodzącym się zamieszaniu pulchnego chłopca. Wysiadł z samochodu ojca, kręcił się przy niewysokiej kobiecie i radośnie rozglądał dookoła. Wywinąwszy się z matczynej pieszczoty, niespodziewanie odbiegł na bok i roześmiał się. Stanął pod latarnią, rozłożył ręce, uniósł głowę… i nagle ich spojrzenia się spotkały.

Głupi. I po co tak długo się gapi? Przecież przemoknie.

Za plecami Saszki, w przedpokoju, trzasnęły drzwi i dziewczynka drgnęła. W korytarzu rozległy się ciężkie kroki, a ojcowska pięść jak zwykle runęła na ścianę.

– Saszka! Saszka, kurwa mać! Wyłaź! Posprzątaj tam wszystko… Jeśli ta suka wróci — zaduszę!

Dziewczynka zasunęła zasłonę i odwróciła się od okna. Spojrzała w stronę przymkniętych drzwi. Nie wróci. Do niego nikt nigdy nie wracał. Przy nim niezmiennie zostawała tylko ona — jego córka.

– Już… Już idę, tato!

 

– Alka Szewcowa! Alka! Oszalałaś? Złaź, rozbijesz się! Wszystko powiem Tamarze Michajłownie! To stara szklarnia, przecież tu jest napisane, że za ogrodzenie nie wolno wchodzić! Chcesz, żeby przez ciebie ukarali całą klasę?!

– A ty, Krapiwina, drzyj się jeszcze głośniej, wtedy na pewno nas ukarzą.

Ignat przybiegł do zrujnowanej ceglanej budowli na szkolnym zapleczu ostatni i teraz zatrzymał się, przyglądając się swoim nowym kolegom z klasy. Długa przerwa jeszcze się nie skończyła, drzwi tylnego wyjścia przy sali gimnastycznej były otwarte i wszyscy całą gromadą wysypali się na dwór. To był jego drugi dzień nauki w nowej szkole, nie zdążył się jeszcze z nikim zaprzyjaźnić i starał się trzymać klasy.

– Szewcowa, przecież obiecałaś Tamarze Michajłownie, że już więcej nie będziesz tu włazić. Nigdzie nie będziesz! Miałyśmy omówić występ dziewczyn na wieczorku noworocznym! To nie fair! Nie mogę sama decydować za wszystkie!

– To ty, Krapiwina, tam byłaś i dawałaś słowo. Ja nikomu niczego nie obiecywałam. I przestań za mną łazić. Nie będę tańczyć tych waszych głupich tańców!

Do szklarni podeszli starsi chłopcy, któryś pstryknął zapalniczką i szóstoklasiści odsunęli się na bok. Dzieciaki z niejednego rocznika zbierały się tutaj; dyrekcja szkoły już dawno powinna była postawić sprawę rozbiórki szklarni jasno i zdecydowanie.

Jeden z tych, którzy podeszli, wysoki ciemnowłosy chłopak, nagle zawołał dziewczynę ze śmiechem:

– Mewa! Hej, Mewa! Czemu tak nisko latasz? Wyżej nie dasz rady?

Lekka i zwinna, dziewczyna przeskoczyła przez wyrwę po oknie i wbiegła po metalowym szkielecie w górę. Rozłożyła ręce, balansując trzy metry nad ziemią, i obejrzała się.

– Dam. A ty? – odstawiwszy nogę na bok, zachwiała się na cienkiej listwie, prowokując chłopaka. Tego grudniowego dnia była bez czapki, a wiatr szarpał jej jasnokasztanowe włosy do ramion. Nie uśmiechała się, ale na ustach pojawił się krzywy uśmieszek, kiedy wyciągnęła rękę i pokazała chłopakowi środkowy palec.

– Wiem, że nie dasz, Czwyriew, inaczej udowodniłbyś to już ostatnim razem. Hej, to chyba twoje? – zdjęła z ramienia sportową torbę i podniosła ją w górę. Machnąwszy nad głową, rzuciła w stronę topoli. Torba zahaczyła o nagą gałąź, rozkołysała ją i zawisła. Z rozprutej szczeliny przy suwaku wypadł trampek i tak już został, dyndając na długiej sznurówce wysoko nad ziemią.

– Ej… ty! – wydyszał ciemnowłosy chłopak, zdumiony i bezradny wśród ogólnego śmiechu, ale nic nie mógł zrobić.

– Nie płacz, Czwyriew! Stróż ma drabinę, zdejmiesz. Tylko nie zapomnij powiedzieć człowiekowi magicznego słowa „Pro-o-oszę!”, – poradziła Saszka. – I przyznać się, że to ty wczoraj wybiłeś okno w szatni!

– Zamknij się, Mewa! Zabiję cię!

Chapter 1 / 24 · Page 1 of 3