Rozdział 2
– Siedzieć, powiedziałem! Tu jedz! Nie będziesz roznosić po domu syfu! – Dziś miał doskonały humor.
– Dima, nie krzycz na dziecko, – gościni wstała i przeszła do okna w Saszkowych, za małych na nią kapciach. Zalotnie poprawiła włosy. – Zaraz otworzę lufcik! Rzeczywiście, trochę tu razem nakopciliśmy.
Ale z otwartym lufcikiem zrobiło się tylko gorzej. Saszka odwróciła się, podciągnęła nogi i schowała nos w kubku z gorącą herbatą.
W dzienniczku, jak zawsze, wszystko było czyste i staranne. Dziewczynka bardzo starała się nie denerwować ojca, a kobieta zazdrośnie zachichotała, pochylając się nad ramieniem Saszki:
– No proszę! Dim, ona jest u ciebie naprawdę mądrą dziewczynką! – zdziwiła się. – A co będzie, jeśli pojawi się dwója? – spytała z pijacką ciekawością.
Teraz zachichotał ojciec. Wyciągnąwszy rękę, czule potargał córkę po czubku głowy.
– Ona wie, co będzie. Prawda, Saszka? – wplótł palce w gęste włosy, zaciskając je w pięść. – Skórę zedrę, – wycedził przez zęby, – i to będzie najmniej. Mam własną metodę wychowawczą i lepiej, Ksiucha, żebyś jej nie znała. No, czego patrzysz na tatkę jak wilczek, co? – mężczyzna ścisnął policzki córki mocną dłonią. Odchyliwszy dziewczynce głowę, gwałtownie puścił. – Dorośniesz, jeszcze ojcu podziękujesz, że nauczył cię rozumu. Człowieka z ciebie zrobił!
Oczy kobiety otworzyły się z zachwytem.
– Dimka, ale z ciebie twardy facet!
– A pewnie, nie wypadłem sroce spod ogona, jak niektórzy! – „twardy facet” dostojnie sięgnął po butelkę i rozlał wódkę do kieliszków. Postawił pełny kielon przed nową przyjaciółką. – Dawaj, Ksiucha, lepiej walniemy jeszcze po jednym za znajomość! Za połączenie dwóch indywiduów, że tak powiem!
Saszka chrupała kiszonego ogórka, zerkając, jak dorośli zakąszają, mrużąc oczy od mocy alkoholu. Z gęsim pasztetem posmarowanym na czarnym chlebie i słodką herbatą ogórek wydawał się szczególnie smaczny. Ciocia Nina, kuzynka ojca, jedyna ich rodzina, umiała robić przetwory. Ale wódka się skończyła, a wieczór dopiero się zaczynał. Dmitrij Szewcow podniósł się z taboretu, wyjął z kieszeni dżinsów duży banknot i pacnął dłonią w stół.
– Sańka, dość żucia! – ryknął. – Dawaj, zasuwaj do sklepu! Nam z ciocią Ksiuchą skończyła się gorzała. Kup sobie tam coś — „Snickersa” albo „Chupa Chupsa”, tatka pozwala. No, czego patrzysz? Biegiem, powiedziałem!
Kobieta zdziwiła się. Spojrzała mętnie na kumpla, próbując zebrać myśli.
– Co ty, Dim? – przeciągnęła niepewnie. – Przecież jej nie sprzedadzą, – wzruszyła pełnymi ramionami. – Ona jest nieletnia! Żartujesz?
Ale nowa przyjaciółka ojca nie znała wszystkich niuansów, i Szewcow raczył udzielić krótkiego wyjaśnienia, skoro był w dobrym nastroju.
– W sklepie na rogu domu sprzedadzą. Niech tylko spróbują nie sprzedać, – dłoń nad banknotem zacisnęła się w pięść, – połamię! Mnie z Saszką tam wszyscy znają. Nie panikuj, Ksiucha, zaraz wszystko będzie!
Saszka nie zwlekała, oczy jej rozbłysły. Dziewczynka zeskoczyła z taboretu, zapominając o chłodzie, który wpadał przez lufcik i wychładzał podłogę. Wyprężyła się jak struna.
– Tato! – zawołała.
– No, czego jeszcze?
– A mogę kupić papier? Biały, do rysowania? Mówiłam ci, pamiętasz? I teczkę! A jeszcze farby akwarelowe, w tubkach!
– Do rysowania?
– Tak!
– Koniki i karuzele?
Saszka zmieszała się i zamilkła. Skuliła ramiona, ale wzroku nie odwróciła.
– Widziałaś! – wielka figa wycelowała w dziecięcą twarz. Boleśnie dźgnęła ją w nos. – Co ja jestem dla ciebie, k*rwa, Rockefeller?!
– Dim… – odezwała się gościni, ale mężczyzna już sam odrzucił ramiona, opierając się o ścianę i ponuro oglądając córkę.
– Kupię ci, Saszka, papier. Kupię. Tylko wybieraj jedno z dwóch — albo tyłek podcierać, albo rysować!
W sklepie prawie nikogo nie było i dziewczynka odetchnęła z ulgą. Przeszła powoli wzdłuż lady, przyglądając się towarom, zatrzymała się przy artykułach papierniczych i podeszła do kasy. Stanęła za staruszką, która wciąż nie mogła zdecydować się na zakup, przebierając w kocich konserwach. Wreszcie wybrała i poszurała do wyjścia.
Saszka spojrzała na banknot w dłoni, szacując wydatki. Mimo gniewu ojca po wypłacie i tak należało coś kupić do domu, a czasem udawało jej się oszczędzić coś dla siebie. Drobiazgi, ale jednak. A dziś, kiedy w ich kuchni rechotała nieznajoma Ksiucha, ojcu na pewno nie będzie w głowie sprawdzanie reszty.
– Poproszę mydło, proszek do prania, blok rysunkowy… – dziewczynka urwała, – …i butelkę wódki.
Sprzedawczyni uśmiechnęła się ze zrozumieniem.
– Co, znowu? A tatuś sam czemu nie przyszedł? Bawi się?
Kobieta za ladą miała jakieś trzydzieści pięć lat — duża, zadbana. Z rozpiętej u góry bluzki, przykrytej na ramionach ocieplaną kamizelką, wyglądała bujna biała pierś i złoty łańcuszek z wisiorkiem. Saszka nieraz widziała, jak sprzedawczyni flirtowała z jej ojcem.
Dziewczynka spuściła wzrok i spojrzała w bok. Milczała.
– No, nie chcesz, to nie odpowiadaj. I tak jasne. Tylko przekaż Dimie, że ja mu i tutaj mogę nalać, jeśli zajrzy. Jakie mydło? Pachnące jabłkiem może być?
– Tak.
– Blok na dwadzieścia cztery kartki? Czy dwanaście?
– Dwanaście.
– A jaka wódka?
Saszka zamarła. I po co ją podkusiło, żeby spojrzeć w okno. Alejką prowadzącą do sklepu szedł jej nowy sąsiad Ignat Sawin z mamą. Trzymali się za ręce i uśmiechali, i podchodzili coraz bliżej. Saszka poczuła, jak w piersi załomotało jej serduszko, a nogi zadrżały. Policzki oblał żar, a przecież nigdy się nie czerwieniła…
– Hej! Pytam, jaką wódkę podać? „Stoliczną”? Czy „Chortycę”? Co tam tatuś zamówił? No dalej, decyduj szybciej, póki nikogo nie ma. Myślisz, że mam ochotę stracić pracę? I tak sama ciągnę trójkę dzieci. No!
Drzwi się otworzyły…
– „Stoliczną”! – Saszka chwyciła butelkę i przycisnęła do siebie, szeroko otwierając oczy i wyciągając do kobiety dłoń po resztę.
– A proszek?
– Nie trzeba! Wpadnę jutro!
– No, jak chcesz.
Saszka zgarnęła mydło i, nie podnosząc oczu, jak strzała wypadła na ulicę. Pobiegła chodnikiem do domu, nie oglądając się za siebie. Oczywiście nie słyszała, jak kobieta, która weszła do sklepu, ze zdziwieniem spytała syna oglądającego się za koleżanką z klasy:
– Ignat, kto to za dziewczynka?
Zadzwonił dzwonek, lekcja matematyki się skończyła i nauczycielka wypuściła klasę. Zwróciła się do dziewczynki z ostatniej ławki:
– Sasza Szewcowa! Zostań, proszę! Podejdź do mnie. Obiecuję, że nie zajmę ci dużo czasu, – uściśliła, wiedząc, że dzieciaki spieszą się do stołówki.
Saszka złożyła przybory szkolne do plecaka i podeszła do biurka wychowawczyni.
– Tak, Tamaro Michajłowno?
– Sasza, musimy porozmawiać, – kobieta splotła palce dłoni, z zakłopotaniem patrząc na swoją uczennicę. – Mieliśmy kartkówkę. Dlaczego znowu nie zrobiłaś piątego zadania? – spytała nie surowo, raczej z żalem. – Mogłaś mieć najwyższą ocenę w klasie.
– Nie zdążyłam.
– Nawet nie próbowałaś! – ostrożnie ją zganiła. – W czterech pierwszych zadaniach ani jednego błędu, i to powtarza się z pracy na pracę. Sasza?
Dziewczynka podniosła głowę, spotykając uważne spojrzenie skierowane na nią zza okularów.
– Możesz mi powiedzieć, co się dzieje? Jestem zdezorientowana. Mam wrażenie, jakbyś bała się wyróżnić. Zostać pierwsza.
– Nie boję się.