SOVABOO

Na przełomie Szkarłatnego

Ch. 2: Rozdział 2

Rozdział 2

Chapter 2/24 · Page 1 of 54%

Mrugnął czerwony sygnał sygnalizatora i zapaliło się zielone. Saszka przebiegła po pasach i ruszyła chodnikiem, w myślach powtarzając zasady tworzenia angielskich przysłówków, odtwarzając w pamięci obrazek z podręcznika. Nic trudnego, zwykły temat, zwykła lekcja. Trzeba tylko uważnie słuchać nauczyciela i zapamiętywać, dawno do tego przywykła. I nie rozpraszać się, za nic i przez nikogo się nie rozpraszać. Właśnie dlatego Saszka nie lubiła z nikim siedzieć, żeby nikt nie przeszkadzał jej się skupić. I dziś na pewno wszystko by zapamiętała, gdyby nie jej nowy sąsiad — Ignat Sawin.

 

Jakie dziwne imię — Ignat. Dziewczynka w myślach obróciła je na języku. Jak u bohatera z bajki albo kowala. Tylko że uśmiech chłopca okazał się miękki i bardziej pasowałby do jakiegoś bajkowego golibrody albo syna młynarza. Nagle pomyślała, że gdyby nie pulchne policzki nowego, ukrywające dołeczki, Nika Marszawina na pewno by nie prychała i nie skarżyła się koleżankom na sąsiada z ławki, który wcale jej nie zauważał — ani zadartego nosa, ani modnych loczków w wysokim kucyku, ani rzucanych z góry kpin. Kiedy nowy nie słuchał nauczycieli i nie pisał, zerkał nieśmiało na Saszkę.

 

Też mi dziwak, uznała dziewczynka. Znalazł sobie, na kogo patrzeć. A jednak tak dziwnie było rozumieć, że z całej klasy tylko on jeden przestraszył się o nią, kiedy wspięła się na starą szklarnię.

A zresztą skąd miał wiedzieć, że dla niej to nie pierwszyzna?

Saszka westchnęła i wbiegła po betonowych stopniach niewysokiego ganku. Popchnęła drzwi, wchodząc do dzielnicowej biblioteki. Nie miała drogiego podręcznika do angielskiego — specjalnego rozszerzonego kursu szkolnego, nie miała domowego słownika ani dodatkowego zbioru zadań z algebry, tak jak ojciec nie miał pieniędzy ani ochoty, żeby je kupić. Ale biblioteka z czytelnią trochę pomagała rozwiązać problem, i dziewczynka często tu zaglądała. Także dziś pospieszyła do domu dopiero po półtorej godziny.

 

Śmiech ojca Saszka usłyszała jeszcze za drzwiami ich dwupokojowego mieszkania i zatrzymała się na progu, domyślając się, że w domu są goście. Dywanik w przedpokoju był zmięty, pod ścianą leżały niedbale zrzucone damskie kozaki, a na wieszaku wisiało cudze, znoszone królicze futerko. Jasne. Dziś ojciec wrócił z pracy nie sam.

Dziewczynka przymknęła drzwi wejściowe i rozebrała się.

Dmitrij Szewcow, ogromny jak niedźwiedź i równie silny w swoich trzydziestu sześciu latach, wyłonił się z kuchni. Zachwiał się, opierając dłonią o ścianę.

– O! A oto i moja Saszka przyszła, – rzucił za siebie, zwracając się do nieznanej gościni. – Ze szkoły wróciła. Cześć, córka! – ryknął pijacko.

– Cześć, tato.

– Czemu tak późno? – spytał, czknąwszy, a w niskim głosie zaznaczyły się nuty niezadowolenia. Zresztą jak zawsze. Saszka już dawno powinna była do nich przywyknąć, tylko jakoś nie wychodziło.

– Byłam w bibliotece.

– Gdzie? – mężczyzna zachwiał się, robiąc krok do przodu. – Głośniej! Melduj, a nie mamrocz pod nosem! No! Ja ci, kurwa mać, starszy sierżant jestem, a nie zielony gówniarz!

W domu była kobieta, i Szewcow znów zapomniał, że dawno zwolniono go z wojska ze względu na stan zdrowia i że dziś jest zwykłym tragarzem.

Saszka odwróciła się i spojrzała na ojca. Podniosła głos, jak prosił.

– Zaszłam do biblioteki, tato. Musiałam przygotować się do lekcji.

Silne ręce pochwyciły szczupłe ramiona i bez trudu uniosły dziewczynkę nad podłogę. Mężczyzna obleśnie cmoknął córkę w czoło i postawił na nogi. Popchnął ją dość brutalnie w plecy, w stronę kuchni.

– O! Tak trzeba było od razu mówić. A nie piszczy mi jak zdechły komar, co trzy dni nie żarł. Ksiucha, słyszałaś, gdzie była moja córka? W bibliotece! Ucz się, jak trzeba dzieci wychowywać! Bo inaczej rozpuszczą się jak dziadowski bicz. Tyłki im wycierają…

– Dzień dobry! – przywitała się Saszka.

Ledwie rzuciła okiem na podpitą nieznajomą i na podciągniętą spódnicę, odsłaniającą pełne udo. Ile ich się tu przewinęło — dawno straciła rachubę. Odejdzie jedna, pojawi się druga. Dziewczynka podeszła do kuchenki, włączyła gazowy palnik i postawiła czajnik. Przestąpiła z nogi na nogę, czując, jak marzną jej stopy w cienkich skarpetkach — stare kaloryfery grzały kiepsko. Z żalem zerknęła na rozdeptane kapcie na cudzych stopach — jej kapcie, Saszkowe. I czemu one wszystkie koniecznie próbowały się w nie wcisnąć?

Na stole, na wyblakłej ceracie, stał słoik gęsiego pasztetu, leżał serek topiony, chleb, a na talerzach — pokrojona w plasterki kiełbasa, słonina i kiszone ogórki. Prawie święto, jak na ich skromne standardy. Znaczy, ojciec dostał wypłatę. Na półpustą butelkę wódki i kieliszki Saszka wolała nie patrzeć. Zaparzyła w kubku herbatę i przysiadła na wolnym taborecie. Sięgnęła po chleb. Wzięła kiełbasę.

– Jaka ona u ciebie posłuszna, Dim. Taka cała grzeczna, – kobieta niespodziewanie pogłaskała Saszkę po głowie, sprawiając, że dziewczynka się spięła. Pijacko parsknęła: – Nie to co mój osioł-dwójarz! Tylko fajki matce podkradać umie, a jeszcze o kasę na kino prosić. Jesienią wysłałam go do swojej babki, niech dziadek wychowuje, skoro pod bokiem nie mam prawdziwego chłopa.

– I bardzo dobrze, Ksiucha! O to chodzi! Chłopakowi trzeba męskiej pięści i pasa! Żeby jak przyłożyć po dupie, to razem z miękkim miejscem wybić ochotę na pyskowanie starszym! W wojsku szybko uczyłem żółtodziobów grzeczności. Po jednym ciosie rozumieli.

Kobieta prychnęła śmiechem:

– Może chociaż życie osobiste sobie ułożę. Znajdę wychowawcę dla swojego osła.

Dorośli się roześmiali.

– A przy okazji, mogę zapalić, kochanie? – gościni uśmiechnęła się i dziewczynka zauważyła, że ma ukruszony przedni ząb, zupełnie jak kubek w rękach Saszki. Sięgnęła po paczkę papierosów, chwyciła jednego wargami i pstryknęła zapalniczką. Zaciągnęła się. – Nie masz nic przeciwko? – wydmuchnęła pod sufit obłok dymu.

Dziewczynka miała przeciwko, i to jak. Ale zamiast odpowiedzi krótko spojrzała na ojca, który przysiadł przy stole, i wzruszyła ramionami.

– Nie.

Wzięła łyżeczkę, zamieszała cukier w gorącym napoju i nadgryzła kanapkę. Zaczęła z apetytem przeżuwać, starając się nie wdychać dymu. Jeść chciało jej się strasznie. Rano nie udało się zjeść śniadania, a szkolnego obiadu pozbawił ją ten kretyn z 7 „B”, Artur Czwyriew. Nie pierwszy raz dokuczał Saszce, i dziś musiała go uderzyć, żeby się odczepił. Jak obiecywał ojciec, chłopak od razu zrozumiał, że dziewczyna nie żartuje.

Saszka przypomniała sobie wielkie niebieskie oczy nowego, szeroko otwarte z niepokojem, kiedy po przerwie pojawiła się w klasie. Głupi. Czy ten Sawin naprawdę myślał, że sobie nie poradzi?

– Saszka! Ogłuchłaś czy co?

– Co? – dziewczynka drgnęła.

Szare oczy ojca, zamglone alkoholem, mimo wszystko patrzyły celnie.

– Przynieś dzienniczek! – ognisty języczek zapalniczki dotknął papierosa. Między rozchylonymi ustami mężczyzny zakłębił się gryzący dym. – Pokażemy cioci Ksiusze, jak się u mnie uczysz.

Spierać się było bez sensu. Saszka bez słowa wstała i wyszła do przedpokoju. Wyjęła dzienniczek z plecaka i przyniosła ojcu. Usiadła przy stole, łyknęła herbaty i zakaszlała.

– Tato, mogę pójść do siebie? – spytała, choć nie liczyła na pozwolenie. I się nie pomyliła. Szewcow starszy lubił towarzystwo.

Chapter 2 / 24 · Page 1 of 5