Rozdział 3
– Bo oni są głupi, Puchu, i nie rozumieją, że jesteś lepszy od nich wszystkich.
– Naprawdę tak myślisz?
– Naprawdę.
Ale herbata stygła, i Ignat rozsypał na stole słodycze ze szkolnego prezentu. Przesunął ku dziewczynce lepsze cukierki.
– Po co? Przecież to najsmaczniejsze! – zdziwiła się Saszka.
– No i co. Mam jeszcze, smaczniejsze! – Ignat wybiegł z pokoju i wrócił z pięknym pudełkiem w rękach. Hojnie otworzył je przed dziewczynką. – Spróbuj! Te są moje ulubione!
Saszka spróbowała i uznała, że teraz są też jej ulubione.
– Smakują ci?
– Tak.
– Ala…
A potem Ignat opowiedział, jak odpoczywał nad morzem i pływał z delfinami. To okazało się prawie tak samo niesamowite jak zobaczyć na własne oczy zorzę polarną, i jeśli Saszka nie ma nic przeciwko, on zaraz włączy komputer i koniecznie pokaże jej, jakie to piękne. I pokazał. Wewnętrzny świat dziewczynki natychmiast ożył i wdzięcznie zagrał jasnymi barwami. A potem Ignat przyznał, że od dawna marzy, by nauczyć się grać na gitarze jak słynny Jimmy Page…
– Jak to, nie wiesz, kim jest Jimmy Page, i nigdy o nim nie słyszałaś? Ala, on przecież jest prawdziwym czarodziejem! Zaraz ci pokażę!
…I że chyba rodzice zamierzają podarować mu instrument muzyczny już całkiem niedługo, na ten Nowy Rok.
– Ale to, – chłopak roześmiał się, a jego dołeczki przyciągnęły spojrzenie Saszki, – oczywiście wielki sekret! Babcia przypadkiem się wygadała!
Bardzo się zdziwił, kiedy dowiedział się, że Saszka nie ma marzenia, że niczego nie chce, i szczerze powiedział, że tak nie bywa. A potem jednak zagrał jej na pianinie wesołą melodię i ostatni wyuczony utwór — według Ignata koszmarnie nudny, ale Saszka ani odrobinę się nie znudziła. Oboje nawet nie zauważyli, jak cicho za drzwiami cała rodzina Sawinów obserwowała ich rozmowę i jak szybko leciał czas. A potem…
W mieszkaniu znowu było nakopcone i pachniało kwaśno, a z kuchni dobiegały szlochy Ksiuchy pomieszane ze śmiechem i pijanym wyznaniem miłości Dimie. Saszka otworzyła drzwi i wślizgnęła się do domu niemal bezszelestnie, nie chcąc zakłócać pojednania dorosłych, ale ojciec i tak złapał córkę w przedpokoju i boleśnie wpił silne palce w jej ramię.
– Sańka! Stać! – ryknął chrapliwie, odwracając dziewczynkę ku sobie. – Chodź tutaj! Gdzie byłaś? – spytał groźnie, ziejąc przetrawionym alkoholem.
– Spacerowałam.
– Bez kurtki? Kła-amiesz. – Ojciec przykucnął i przysunął dziewczynkę do siebie. Zajrzał jej w oczy. – Gdzie? Znowu właziłaś na dach?! Przecież cię ostrzegałem…
Saszka nie odpowiedziała. Tak, można było coś skłamać, ale dziewczynka nie chciała. Jak zawsze patrzyła na mężczyznę spode łba, ale prosto, zwinięta w kłębek. I tylko dusza drżała, trzepotała jak ptak w ciasnej klatce, boleśnie raniąc skrzydła o pręty. Kiedy poczuła smak cudzej wolności, okazała się gotowa zapłacić bólem nawet za jeden łyk.
– Dobra dziewczynka, – pijacko zarechotał Szewcow. – Moja krew, nie suczka! Mogłabyś i tatce w mordę napluć, co, Sańka? Ale nie dasz rady, – klepnął dziewczynkę całą dłonią w czoło, nie obliczywszy siły, i potylica boleśnie uderzyła o ścianę. – Nawet nie licz. Nigdy nie dasz rady! Przysięgam, zrobię z ciebie człowieka, aż wszystkim szczęki opadną!
Mężczyzna podniósł się, kołysząc, i przyciągnął córkę do siebie. Pocałował ją w czubek głowy, długo i z uczuciem przywierając do Saszki ustami.
– Nikomu cię nie oddam, – powtórzył słowa znane od dzieciństwa, ścisnąwszy kruche ramionka. – Nikomu, Sańka! – I jakby oprzytomniawszy, jak zwykle popchnął ją w plecy.
– Dobra, idź. Uznaj, że jestem dziś dobry. Ubieraj się, pójdziesz na dwór…
– Po co? – głucho spytała dziewczynka.
– Skończyły się papierosy. Wrócisz, siedź u siebie, zrozumiałaś? Nie masz po co patrzeć na świństwa dorosłych.
Ale zanim wieczór się skończył i Saszka położyła się spać, rysowała. Dziś w jej piersi małe szczęście śpiewało cichą radością. Patrząc na pocztówkę w dłoni, dziewczynka zwykłym ołówkiem nanosiła na ścianę swojej sypialni linie miasta przyszłości i jak nigdy wierzyła, że kiedyś to miasto przebije przez stare tapety jej osobistą bajką, kiedy rozrysuje je kolorowymi kredkami.
A za podobną ścianą, tylko piętro niżej, szczęśliwie uśmiechał się niebieskooki muzyk, komponując pierwszą w życiu melodię. Jej dźwięki były jeszcze nieśmiałe i ciche jak pierwsze krople wiosennego deszczu, jak niepewne uczucia, które zapukały do serca chłopca, ale Ignat wiedział — ona koniecznie stanie się prawdziwa.
Następnego dnia spadł sypki, puszysty śnieg. Padał i padał na ziemię pięknymi, delikatnymi płatkami, i cała dzieciarnia z okolicznych domów wysypała się na ulicę. Chłopak czekał na dziewczynkę pod oknem, i wyszła. Lepili bałwana, grali w śnieżki i po prostu patrzyli na siebie. W ten ostatni dzień starego roku Ignat zrozumiał jedną ważną rzecz, a jeszcze zobaczył, jak Alka się uśmiecha. I usłyszał, jak się śmieje. A do tego biegała tak szybko, że nikt na podwórku nie mógł jej dogonić.
Alka… Te ferie stały się najszczęśliwsze w ich życiu. Ale wszystko kiedyś się kończy, i szczęście Saszki skończyło się równie nagle, jak się zaczęło.
– Irina, jeśli się nie mylę?
– Tak?
– Przepraszam, Irino, można panią na minutkę? Jestem pani sąsiadką, baba Lida z trzeciego mieszkania. Garkusza Lidija Nikiticzna. Jaki śliczny ma pani chłopca. Słyszałam, chyba Ignatką go wołają?
– Dziękuję. Tak, Ignatem.
– Który to już dzień patrzę w okno i się rozczulam: no jakiż wychowany dzieciak! Taka rzadkość w naszych czasach. I schludny, i ubrany jak laleczka, i grzeczny, a jaki przystojny! Od razu widać, że z dobrej rodziny. I rodzicom na synu zależy, nie jak niektórym. Mnie, starej, specjalnie nie ma co robić, to patrzę przez okno na dzieciaki i się cieszę. Patrzę i wnuczętom skarpety robię — przy dziennym świetle poręczniej. A tu pani chłopiec biega, taki dobry. Ja tam się na ludziach znam.
– Tak, pogoda jest cudowna, a w szkole ferie. Złoty czas na spacery na świeżym powietrzu. Nasz Ignat jest bardzo obciążony nauką, więc z mężem tylko się cieszymy, że pojawili się u niego przyjaciele i że jest zadowolony.
– Nie tylko przyjaciele, ale i przyjaciółki. Jeszcze z sześć latek i pani Ignatka nie opędzi się od dziewczyn! Nie daj Boże, trafi się jakaś trzpiotka, z drogi go sprowadzi, albo zwiąże się ze złym towarzystwem. Na takie dzieci już teraz trzeba mieć oko. Życie takie jest — raz się człowiek potknie, a krzywa droga weźmie i wyprowadzi na pobocze.
– Przepraszam, Lidijo Nikiticzno, nie całkiem rozumiem… O czym pani mówi?
– O tym, droga Irino, że nie z takim towarzystwem pani synek się prowadza. Patrzę, związał się z Sańką Szewcową z trzynastego. Znają się od paru chwil, a już papużki nierozłączki. A ta dziewucha to dzika jak wilczek. Ani ludziom dzień dobry, ani do widzenia. Nic o sobie nie opowie, ile razy próbowałam ją wypytać. Jeszcze mała była, błyśnie tymi szarymi ślepiami i ucieknie! Poczęstunku z ręki nie weźmie! Ale skąd tam grzeczność i szacunek do starszych mają się wziąć, skoro ani rodzonej matki, ani babki, żeby nauczyć. Jeden tatuś, a i ten pijak!
– Proszę poczekać… Mówi pani o Saszy z czwartego? Tak, słyszałam od syna, że dziewczynka nie ma mamy.