SOVABOO

Na przełomie Szkarłatnego

Ch. 3: Rozdział 3

Rozdział 3

Chapter 3/24 · Page 3 of 410%

– O niej, a o kimże innym! I o jej tatku! Zdrowy wieprz, piękny chłop, zdrowia tam na dwa wieki starczy! Pracuje jako tragarz w składzie budowlanym. Baby wieszają się na nim jak rozbuchane jałówki. A potem uciekają, głupie, ze łzami i siniakami. A może sam je przegania, kto go tam wie. Tak więc ten Dimka Szewcow jeszcze po wojsku wrócił stuknięty. Mało, że z domu dziecka, to jeszcze wojna wybiła mu resztki rozumu — nie wiem już, gdzie on tam walczył. Mówią, że chodzi z nożem jak prawdziwy bandyta! Borka Masłow, nasz elektryk z drugiej klatki, kiedyś pił z nim w piwiarni, a potem opowiadał chłopom, że Dimka dwa lata służył jako najemnik na Bliskim Wschodzie. Niejednego człowieka własnoręcznie załatwił. Za te pieniądze kupił mieszkanie w porządnym miejscu. I teraz łażą do niego jakieś typy — nie daj Boże! Kryminał, inaczej nie powiesz! A nie daj Boże, pani Ignatka zajrzy do nich w gości? Pomyśl, Irisha, w wolnej chwili. Zatroszcz się o synka.

– Boże… D-dziękuję.

– A mnie za co? Ja się o dobrych ludzi martwię! Podpowiedziałam, i lżej mi na sercu. Bo patrzę — biegają, chichoczą. Patrzcie no, wilczek z kurczątkiem…

Saszka stała na półpiętrze z opuszczonymi rękami. W jednej dyndała pusta torba na chleb, z drugiej aż do podłogi zwisał szalik. Ściągnęła go z szyi, kiedy ścisnęło ją w gardle i zabrakło czym oddychać.

Kobieta wchodziła po schodach bez pośpiechu, pogrążona w myślach, wspominając, gdzie teraz jest jej syn — na dworze czy w domu. Po pierwszej wizycie dziewczynka więcej nie przychodziła do ich mieszkania, ale Ignat jakby żył nową przyjaźnią z Alką. Kiedy Irina Sawina zobaczyła dziewczynkę na podeście, drgnęła z zaskoczenia. Odwróciła się od dziecka, zmieszana przyciskając torbę do piersi, zastukała obcasami, a Saszka wbiła wzrok w ścianę. Tak minęły się w milczeniu, nawet się nie przywitawszy.

Tego dnia Saszka po raz pierwszy nie przyniosła ze sklepu reszty — zgubiła ją po drodze, i Ksiucha nie wytrzymała. Ręki oczywiście nie podniosła, bała się, ale zwymyślała ją z całym uczuciem. I nieważne, że dziewczynka ledwie ją słyszała, a zgubiły się marne grosze. Pojawił się powód, i rozdrażnienie kobiety wylało się z nawiązką.

– Zabiję, suko!

– Dima, nie! Tylko nie bij! Nie chciałam… – brzęk rozbitego naczynia i krzyki. Odgłosy głuchej szamotaniny. Tym razem w ścianę uderzył taboret, i Ksiucha ucichła.

– Wypierdalaj!

Godzina awantury, łez, przekleństw, i za kolejną przyjaciółką ojca zamknęły się drzwi.

– Saszka, kurwa mać! Wyłaź! Posprzątaj tam wszystko! Jeśli ta suka wróci — zaduszę!

 

Bywają w życiu człowieka chwile, kiedy choruje dusza. I niby temperatura ciała jest w normie, i ręce z nogami się ruszają, głowa się obraca, a język układa dźwięki w najprostsze słowa, ale coś w nim pęka, cienieje do membrany, i na jakiś czas człowiek staje się bezbronny.

Tak też złamała się Saszka. Zamknęła się w swoim świecie, który nagle wyblakł i poszarzał, skurczywszy się do małego pokoju o powierzchni dziewięciu metrów kwadratowych ze starymi meblami i spłowiałymi zasłonkami. Zachorowała na duszy, tracąc zainteresowanie wszystkim, a kiedy przyszła do szkoły, Ignat jej nie poznał.

– Ala, cześć.

– Odejdź, Sawin. Siedzę sama.

Jeden ruch i czyściutki plecak Ignata spadł na podłogę razem ze strojem sportowym.

– Ala?

Bardzo spokojne i chłodne w odpowiedzi:

– Odejdź, rozpraszasz mnie.

Saszka otworzyła zeszyt i zakryła uszy. Zacisnąwszy usta w twardą linię, wpatrzyła się przed siebie, powtarzając pracę domową, odmawiając zauważenia chłopca zastygłego przy jej ławce. Niepewnie obejrzał się, słysząc za plecami śmieszki kolegów z klasy, i znowu spojrzał na dziewczynkę, nie mogąc uwierzyć, że to Alka go przegania. Ta, której cienkie palce znał na pamięć i lubił trzymać w dłoniach. Tak, mama była przekonująca i postarała się taktownie wyjaśnić synowi różnicę między ich rodzinami. Dlaczego Ignat nie powinien przyjaźnić się z sąsiadką, jeśli chce wyrosnąć na dobrego człowieka, a nie społecznego wyrzutka, ale nie zaczął jej słuchać. A dokładniej, słuchał, nie słysząc, protestując jeszcze nie słowami, lecz uczuciami.

– Ala, mnie to wszystko jedno.

– Co „wszystko jedno”? – Saszka nie chciała, ale podniosła głowę i spojrzała w pobladłą twarz Ignata.

Chłopak milczał, nie znajdując słów. W jego myślach Alka zupełnie nie łączyła się z niczym złym ani strasznym, wręcz przeciwnie. Zapierało mu dech już od tego, że mógł ją widzieć, podejść, a nawet dotknąć, gdzie tu jeszcze zauważyć prostą odzież czy krzywe spojrzenia sąsiadów.

Ale dziewczynka odpowiedziała sama.

– A mnie nie. Już nie, – powiedziała i odwróciła się. – Odejdź, Sawin! Twoje miejsce jest przy Marszawinie, nie przy mnie.

– Ale, Ala…

– No idź już! – rozgniewała się, nie wytrzymawszy. – Bo cię uderzę! I nigdy, słyszysz, już nigdy do mnie nie podchodź i nie nazywaj mnie tym głupim imieniem!

Nie zauważała go do końca roku szkolnego, a gdy tylko zaczęły się wakacje — Saszka z ojcem wyjechali. Wrócili przed wrześniem, dwudziestego dziewiątego sierpnia, i Ignat wreszcie doczekał się, kiedy w mieszkaniu Szewcowów zapaliło się światło, a w oknie mignęła szczupła figurka. Tego dnia stał pod oknami prawie do zmroku, dopóki rodzice nie zawołali go do domu, ale Alka tak i nie wyszła. Na próżno mama przygotowała jego ulubiony tort wiśniowy. Zasypiając, Ignat myślał, że jest najnieszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

 

Po córkę na wieś Dmitrij przyjechał nie sam, lecz z kolegą. Obaj rośli, zarośnięci, brodaci, mężczyźni parzyli się w starej bani, chrupali ogórki, śpiewali piosenki i pili wódkę za WDW. Dużo wódki za WDW i swoich chłopaków. Saszka nie wiedziała, gdzie każdego lata bywał jej ojciec, ale niezmiennie wracał z pieniędzmi. Szybko spuszczał je na przyjaciółki i kumpli, a jednak pamiętał o córce. Jak umiał, pamiętał o tym, że trzeba zapłacić za mieszkanie i Sańce coś niecoś kupić do szkoły. Na to coś niecoś zwykle zostawały grosze, ale Saszka nie narzekała — ojciec tego nie znosił.

Tak we trójkę przyjechali do miasta — Szewcowowie do domu, a kolega przenocować i dalej na pociąg. I znowu mężczyźni pili i zakąszali, przeciągali pieśni i palili, podczas gdy Saszka sprzątała dom i szykowała prostą kolację — ziemniaki z kiełbasą i sałatkę z pomidorów.

Tego lata trochę podrosła i włosy jej odrosły, ale i tak została szczupła jak konik polny. „Skóra i kości, – ubolewała ciocia Nina. – Sańka, jedz! Dla kogo ja gotuję? Wszystko swoje, gospodarskie. Jeszcze parę latek i czym będziesz narzeczonych przyciągać? Ślepiami? – i dodawała szeptem, jakby siostrzeniec mógł ją usłyszeć: – Przy takim tatku jak najszybciej wyjść za mąż i żyć we własnym domu! Ech, Sańka, Sańka. Gdybym mogła, zabrałabym cię. Ale przecież nie odda!”

No i co z tego, że chuda! Za to wszystkie rzeczy nadal były dobre, i nowego mundurka do szkoły kupować nie trzeba. Spódnica, oczywiście, zrobiła się krótsza, a mankiety szkolnej bluzki nie zakrywają kostki na nadgarstku, ale nogi są zgrabne, nie ma się czego wstydzić. A mankiety można podciągnąć wyżej. Najważniejsze, że Saszka uczciwie starała się pomagać cioci Ninie w gospodarstwie, i daleka krewna dała jej pieniądze na papier i farby. Akwarela Newskaja palitra „Biełyje noczi”, zupełnie jak u Pucha, choć nie trzydzieści sześć kolorów.

Chapter 3 / 24 · Page 3 of 4