Rozdział 4
Pod koniec roku Sawin nie był już tym pulchnym chłopaczkiem, jakim przyszedł do ich klasy, a jednak nadal pozostał miłym i nieśmiałym chłopakiem. Policzki mu opadły i Weronika Marszawina więcej nie drażniła sąsiada z ławki grubasem. W ogóle już go nie drażniła. Wyglądało na to, że podobało jej się sąsiedztwo Ignata.
A czy w ogóle mogło się nie podobać?
Ciekawe, jak minęło mu lato? Czy widział delfiny? Czy nauczył się grać na gitarze jak Jimmy Page, skoro tak bardzo chciał.
– Sańka! – grubiański okrzyk. – Sańka, chodź tutaj! Do kogo mówię, przynieś gnaty!
Saszka zastygła w przedpokoju, wsłuchując się w głosy w kuchni i odgłosy pijatyki. Wiele z tych odgłosów nauczyła się rozróżniać już w wieku pięciu lat.
Ojciec ze stukiem odstawił kieliszek na stół i zwrócił się do kolegi:
– Ty, Wołodka, mnie życia nie ucz. Nie trzeba. Ja w tym życiu tyle gówna się nażarłem, że nie wyrzygać. O! Po łyku! Dom dziecka, internat, od osiemnastki gorące punkty, czego ja nie widziałem. Kiedy służyłem, żona, k*rwa, fikała z gachami, myślała, że żywy nie wyjdę. Wszystko, suka, pięknego życia chciała, nie internackiego. Dostała! Jak podniosłem ją z drogi z gołą dupą, tak i wyrzuciłem. Swoją Sańkę odebrałem od obcych ludzi, a Nataszce powiedziałem, że jak nie odda, załatwię! Oddała k*rwa, jeszcze prosiła, żeby mocno nie bić. Dokument o zrzeczeniu się podpisała. Teraz z babami mam krótką gadkę — nie podoba się, wypierdalaj! A dla mojej Saszki ja jeden jestem carem i Bogiem. O, tu ją mam, całą w garści! Mówisz, jeszcze trochę i będzie potrzebny chłopak obrońca?.. Niepotrzebny. Ja z niej tymi rękami człowieka ulepię. Żadna szuja jej nie skrzywdzi. Sańka! Kurwa mać! Gdzie jesteś?
Saszka weszła do kuchni i zatrzymała się. Spojrzała na mężczyzn czujnie.
– Wowan, widziałeś film „Ślepa furia”?
– A kto go nie widział? Jasne.
– No właśnie! – Dmitrij Szewcow uniósł palec w górę, mętnie mrugnąwszy. – To jest rzecz! Zaraz i my z tobą będziemy film oglądać. Córcia, chodź tutaj i przynieś ręcznik, – ryknął pijacko. – S-saszka! – mocna pięść brutalnie runęła na stół, ale dziewczynka nie drgnęła. – Żywo!
Trzeba było przynieść. I cofnąć się do drzwi, cała napięta.
Ojciec ciężko się podniósł i, chwiejąc się, stanął jak góra przy ścianie.
– Patrz, Wowan, – szarpnął Saszkę za ramię do siebie, nie zauważając jej oporu. – Zaraz moja córka pokaże ci, jakim trenerem jest jej tatka i jak trzeba odpowiadać krzywdzicielom.
– Tato, nie chcę, – dziewczynka spróbowała zaprotestować. – Muszę posprzątać pokój przed szkołą.
– A ciebie nikt nie pytał. Zamknij pysk i dawaj ręcznik!
Oddała. Ojciec narzucił jej go na oczy, obwiązał wokół głowy córki, mocno ściągając na potylicy w supeł razem z długimi pasmami włosów. Zakręcił ją za ramiona. Ryknął gdzieś nad głową Saszki, kiedy próbowała złapać równowagę, uniósłszy ręce i kurczowo wciskając w podłogę palce bosych stóp:
– Bij!
– Nie mogę…
– Głośniej!
– Nie chcę!
– Słuchaj, Dim, – odezwał się ze swojego miejsca gość z niepokojem i zagubieniem w głosie, nawet kieliszek odstawił. – Przestań. Dość gnębienia dziewczyny. No, wypiliśmy, no, palnąłem za dużo. Co ona ma z tym wspólnego? Po co jej twoje gówno? Przecież to jeszcze smarkula.
– Moja sprawa! – Szewcow zimno zatrzymał kolegę warknięciem. – Tutaj ja decyduję! Ty, Wowan, z internatu nie uciekałeś i nie wiesz, czym jest ulica. Ona lubi takie smarkule. Dziś tatka jest, jutro go nie ma. Chcę wiedzieć, że nikt jej nie skrzywdzi. No bij, Sańka, do kogo mówię! Myślisz, że jak masz ładną buzię, to w tym życiu nie masz się kogo bać?
– Tato, ja…
Zła dłoń objęła jej kości policzkowe, urywając dziewczynce w pół słowa, i odrzuciła ją do tyłu. Dłoń opadła na twarz policzkiem — uderzyła jeszcze nie boleśnie, ale przy obcym kara oślepiła. Sparzyła wstydem, zagotowała krew i rozpełzła się po piersi i szyi czerwonymi plamami. Oddech w jednej chwili się porwał, wyrywając się z płuc strzępami.
– No dawaj, niedorajdo, rycz! Rycz, kurwa mać, jeśli nie umiesz uderzyć! Co ci tam Ninka naobiecywała? Co dała na drogę? Pewnie pieniądze na pędzle z szczurzych ogonów i farby?.. Chuja, a nie farby! Zobaczę, że kupiłaś — do gardła wepchnę, a dupą wyciągnę!
Saszka zamarła, czując, jak palce zaciskają się w pięści, a nogi drżą.
– Ostatni raz ostrzegam, Sańka, – ojciec zaszeleścił jak wąż. – Znasz mnie. Nie uderzysz ty — uderzę ja. A pieniądze zabiorę i przepiję.
– Nie!
Jeszcze jeden policzek, już silniejszy, znów odrzucił ją do tyłu. Głowa mimowolnie szarpnęła się w bok, ale nogi wytrzymały. Silne ręce złapały ją za ramiona i potrząsnęły.
– Oj tak. No dawaj, przywal! Broń swojego! I patrz, żebyś nie chybiła. Uznaj, że masz jedną próbę, a potem…
Ojciec nie zdążył o ułamek sekundy. Saszka kopnęła go w kolano, piętą prosto w rzepkę, a dopiero potem w krocze i w brzuch. Rozumiała, że do wyszczerzonych w brodzie zębów nie dosięgnie, bo inaczej spróbowałaby je wybić. Zerwała z włosów ręcznik i cisnęła ojcu w twarz. Ma rację: gdyby mogła, naplułaby. A tak tylko zastygła, ciężko oddychając. Włosy rozsypały się po ramionach, łzy dławiły, ale zabroniła sobie ryczeć i wzroku nie odwróciła. Wiedziała, że od kpin będzie tylko gorzej.
– Kurwa mać, Szewcow, ty chyba oszalałeś! – odezwał się od stołu gość z pijanym zachwytem. Gdzie podziały się jego zagubienie i niepokój? Zachwiał się do przodu, przyglądając się Saszce. – Do końca nie wierzyłem, że da radę. Ale jaki charakter i szybkość. Kogo ty zamierzasz wychować z córki? – roześmiał się. – Ninja?.. Cholera, nie mogę uwierzyć. A z buzi — sam aniołek, nie to co ty, świr. Ładna dziewczyna rośnie.
– Chuda. Tylko zmarnowała całe lato u Ninki — skóra i kości. A baby wszystkie trafiają się suki, choćby jedna utuczyła, – ojciec podszedł do córki i przycisnął dziewczynkę do piersi. Rozczochrał dłonią jej włosy, tak samo gęste jak jego, ale jaśniejsze i miększe. – No już, Sańka, już. Idź do swojego pokoju! – popchnął córkę w plecy. – I nie martw się. Kupisz sobie, co tam ci ciotka dała. Nie będę zabierał.
Mężczyzna podszedł do stołu i ciężko opadł na taboret. Zapalił papierosa, przy głębokim zaciągnięciu niemal od razu strząsając popiół na ceratę. Odwrócił się, jakby zapomniał o córce. A Saszka nie od razu oprzytomniała. Wciąż stała i patrzyła na ojca.
– Idź, Sańka, do kogo mówię! – ryknął Szewcow, nie wytrzymawszy na sobie prostego spojrzenia. Zwrócił się do gościa, unosząc nad kieliszkami butelkę wódki: – Dawaj, Wołodka, walniemy jeszcze po jednym! Kto wie, kiedy się zobaczymy.
Ojciec nie zatrzymał. Pewnie nawet nie usłyszał, jak wyszła z mieszkania i przymknęła za sobą drzwi. Weszła powoli na ostatnie piętro, bez pośpiechu, przebierając bosymi stopami po stopniach w sennej ciszy domu. Przemknęła cieniem wzdłuż ścian i tak samo cicho, jak duch, wślizgnęła się do włazu i wspięła na dach. Od razu lżej było oddychać.