Rozdział 4
Gwiazdy świeciły jasno. Wielkie. Dalekie. Migały w nocy szczególnym ogniem wielu konstelacji — wieczne i niewzruszone. Wciąż jeszcze po letniemu wysokie niebo wabiło, i Saszka uniosła głowę, szeroko otworzyła oczy, wpatrując się w jego bezdenną głębię. Z czymkolwiek tu przychodziła, w tej głębi wszystko, co doczesne, zawsze rozpuszczało się i znikało, ścierało z pamięci Wszechświata, jakby na sekundnikach czasu nigdy nie istniała ani ona, ani ojciec, nikt. Tylko gwiazdy i niebo. Narodziny supernowej i rozsypka bezkresnych galaktyk. Resztę dorysuje wyobraźnia.
Dziewczynka bez lęku podeszła do krawędzi dachu i rozłożyła ręce. Wiatr jakby tylko na to czekał, porwał jej włosy, zaczął bawić się pasmami… Mewa. Jest Mewą. Saszka zamknęła oczy i wyobraziła sobie morze, którego nigdy nie widziała — błękitne i bezkresne. Oto ono, rozlało się za horyzont i faluje pod nią — żywe, potężne. Przetacza fale z pienistymi grzywami, rozbija je o skały albo wyrzuca na brzeg, i rozlewają się po kamieniach kłótliwym szelestem. Odpływają z westchnieniem, przetaczają przybrzeżny piasek i żwir, zostawiając po sobie języki piany.
Szum morza może dopełnić tylko krzyk mew, i rozlega się on chyba ze wszystkich stron — wysoki i gardłowy: kra-a, kra-a… Dumne głowy unoszą się, białoczarne skrzydła się rozprostowują, i setki silnych, wolnych ptaków zrywają się ze skalistych urwisk, by rzucić się w morską otchłań, a potem wzbić w górę. Kra-a, kra-a…
Jak bardzo chce się krzyknąć i wzlecieć razem z nimi. Poczuć na sobie obłok słonych bryzgów i zniknąć w tym nieobjętym morzu jako czarna kropka, na zawsze stapiając się z niebem. Jak bardzo się chce…
Kiedy po godzinie Saszka zasypiała w swoim pokoju, uspokojona blaskiem gwiazd i marzeniem, myślała, że jest najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Bo już jutro koniecznie kupi najlepsze farby i narysuje nowy świat. Koniecznie narysuje…
Nocą drzwi się otworzyły i Saszka zerwała się. Ojciec rzadko wchodził do jej pokoju, a niejasny szelest i lekkie skrzypnięcie wyrwały dziewczynkę ze snu.
– Tato?
Nie, to nie ojciec. Ale Szewcow zareagował szybko. Zatkał gościowi usta dłonią i uderzył pod żebra. Kiedy facet osunął się na podłogę, wyciągnął go na korytarz, pochylił się nad nim i wbił mu pięść w twarz — szybko i twardo, Saszka nawet nie zdążyła niczego zrozumieć. Tylko usłyszała chrapliwe:
– Dima, kurwa mać… Co ty sobie pomyślałeś?
I brutalne ojcowskie:
– Wstawaj, Wołodka. Odprowadzę. Po drodze wyjaśnię „co”.
– Tato?
– Śpij, Sańka! Śpij! Już wychodzimy.
Stęskniła się za chłopcem, bardzo, ale starała się nie oglądać, choć przez całą drogę do szkoły czuła za plecami jego obecność. A jednak nie wytrzymała, kiedy Sawin minął Marszawinę i usiadł w ostatniej ławce w sąsiednim rzędzie — odwróciła się, odnalazła wzrokiem niebieskie oczy. Uważnie i długo wpatrywała się w nie, w jego twarz, upewniając się, że pozostał taki sam, tylko schudł, ale nadal równie sympatyczny i miły.
– Cześć, – Ignat uśmiechnął się do niej, a Saszka zmusiła się, by się odwrócić, ale serce jeszcze długo stukało, powtarzając dźwięk jego głosu. Jedno proste i krótkie słowo: „Cześć… Cześć… Cześć…”.
„…Ty, Irisha, pomyśl w wolnej chwili. Zatroszcz się o synka. Ja się przecież o dobrych ludzi martwię!.. Patrzcie no, wilczek z kurczątkiem…”.
Dlaczego on cały czas na nią patrzy? O, jak dziewczyny się dziś wystroiły, gdzie tam Saszce do nich. Kira Krapiwina się ostrzygła, Swieta Awdjuszko nieśmiało podmalowała blade rzęski, a Weronika naplotła warkocze ze wstążkami, prychnęła niezadowolona, zadzierając nos, kiedy na pytanie nauczyciela: „Sawin, dlaczego przesiadłeś się od Marszawiny?”, odpowiedział:
– Przepraszam, Tamaro Michajłowno, ale tutaj jest mi wygodniej. Kiedy siedzę blisko tablicy, bolą mnie oczy.
– No proszę. Pierwsze słyszę o czymś takim.
– Tak, u mnie to szczególny przypadek. Skutki dziecięcej nadwzroczności.
– To znaczy? Wyjaśnij.
– Czasem wraca dalekowzroczność. Ale proszę się nie martwić, lekarz zalecił po prostu nie przemęczać wzroku, więc stąd wszystko świetnie widzę.
Sawin powiedział to i spojrzał na Saszkę uparcie — nie przesiądzie się i nie przestanie patrzeć. A ona się zdziwiła: od kiedy zrobił się taki rozmowny?
Na korytarzu, w drodze do stołówki, natknęli się na Czwyriewa. Zobaczywszy Szewcową, chłopak odszedł od kolegów i zastąpił jej drogę, zwyczajnie się uśmiechając. Przez lato urósł o pół głowy i teraz górował nad dziewczyną, ważniacko popisując się wzrostem.
– Cześć, Mewa! Dawno się nie widzieliśmy. Założę się, że mnie szukałaś! – powiedział i roześmiał się.
W te wakacje Artur stał się prawdziwym przystojniakiem, w każdym razie tak mówiły dorosłe przyjaciółki jego brata, i bardzo mu to schlebiało.
Któraś ze starszych dziewczyn zachichotała, oglądając się za nagle dojrzałym kolegą z klasy, i Saszka też spojrzała. Co prawda obojętnie i chłodno, z niechęcią wynurzając się z własnych myśli. Nie, nie myślała. Nawet nie wspominała. Odpowiedziała z uśmieszkiem, ale szczerze:
– Marzenia, Czwyriew. Jesteś dla mnie zerem. Daj przejść!
Zaczepniś się nie obraził. Taka utarczka z Szewcową od wielu lat była u nich czymś zwyczajnym. Nawet mu się to podobało.
– Mój starszy brat ma własny garaż i motocykl, chcesz, wieczorem pokażę? – niespodziewanie zaproponował. – Idziemy tam z kumplami.
– Nie chcę.
– Poczekaj, Mewa! – Czwyriew zatrzymał ją, kiedy Saszka już zamierzała go obejść, łapiąc za łokieć. Nagle spytał poważnie: – Dokąd wyjeżdżasz każdego lata? Nigdy nie ma cię na podwórku, wiem.
– Na wieś. Doić kozy i pielić ogród. Mogę też sprzątać po kurach, jeśli trzeba.
– Ale ty jesteś! – chłopak głośno się roześmiał, jakby z żartu, a Ignat nadstawił ucha, aż wybił się z kroku. Jego też bardzo ciekawiło dokąd.
To lato okazało się najdłuższym latem w jego życiu. Boleśnie długim. Nie mijał dzień, żeby nie myślał o Alce. Żeby nie wspominał chłodnych cienkich palców w swoich dłoniach i szczęśliwego uśmiechu, którym dziewczyna od czasu do czasu go obdarzała. Potrzeba widzenia jej doprowadzała do obłędu, a sąsiadka, raz wyjechawszy, wciąż nie wracała. Mama jasno dała synowi do zrozumienia, że nie cieszy się z tej przyjaźni, i Ignat zamknął się przed rodzicami w swoich przeżyciach. Ale ratowała go muzyka. Tylko sam na sam z nią można było być szczerym, marzyć i mieć nadzieję. I oczywiście od dawna znał przyczynę swojej tęsknoty.
A więc latem Alka była na wsi. Z jakiegoś powodu Ignat wcale się tą wiadomością nie zdziwił i od razu zrozumiał, że dziewczyna nie skłamała. Sam z przyjemnością znalazłby się z nią na wsi. Poszedłby na grzyby i nad rzeczkę, a po kurach też by posprzątał, jeśli trzeba. Nauczyłby się, wielkie rzeczy! Na próżno ten głupek Czwyriew się śmieje. Spędzać czas obok Alki byłoby o wiele weselej i ciekawiej niż na nudnym Cyprze. Tam tylko się spalił i cały czas tęsknił.
– Czwyriew, jeśli nie puścisz mojej ręki, zrobię ci krzywdę.
– Ty? – słowa chudej Saszki zabrzmiały pewnie siebie i wysoki chłopak zarechotał. – Spróbuj, Mewa! A ja połamię ci skrzydła! – obiecał, nacierając na dziewczynę, ale ktoś mu przeszkodził.
Ignat sam nie zrozumiał, jak znalazł się z oprawcą na podłodze. I kiedy tamten rozbił mu wargę, też nie zauważył. Poczuł tylko uderzenie potylicą o podłogę i usłyszał z boku: