Rozdział 4
– Kryć się, geograficzka idzie! Artur, zostaw Grubaska! – i ręce Czwyriewa go puściły. A może zmusiła go do tego Alka, kiedy wcisnęła kolano w plecy starszego ucznia i wpiła palce w ciemne włosy, ściskając je tak mocno, że tamten skrzywił się z bólu i krzyknął:
– Mewa, głupia, boli!
– Lepiej go puść, Czwyriew! Bo będzie gorzej!
– A co ci do niego?
– Nie twój interes!
Wszystkich rozpędziła nauczycielka geografii. Krzyknęła surowo, odesłała do klas i zagroziła, że przekaże nazwiska dyrektorowi.
– Sawin, po tobie akurat się tego nie spodziewałam. Czwyriew!
– Przecież to on na mnie upadł! Pierwszy się rzucił! Mario Konstantinowno, słowo honoru!
– Sawin?
– Nie. Przypadkiem się potknąłem.
– Szewcowa, a ty co powiesz?
– Nic. Po prostu przechodziłam obok.
– Jasne.
Znowu wracali ze szkoły razem. Ignat dogonił, a Saszka przemilczała. Szli długo, bez pośpiechu, nie patrząc na siebie, ale czasem stykając się ramionami, i mimo wszystko droga wydała się krótka. Kiedy weszli do klatki i wspięli się kilka pięter, nagle zawołał ją cicho:
– Ala, poczekaj.
Saszka zatrzymała się, odwróciła, i ich oczy się spotkały. Po raz pierwszy od dawna odezwała się do niego tak, jakby znów byli bliskimi przyjaciółmi.
– Puchu, idź do domu, mama na ciebie czeka. I lepiej się nie skarż, powiedz, że upadłeś. Inaczej będzie tylko gorzej. Niepotrzebnie się wtrąciłeś, z Czwyriewem sobie nie poradzisz.
– Ala, ale chciałem spytać…
Dziewczynka uparcie potrząsnęła głową.
– Nie trzeba. Nic się nie zmieniło, słyszysz? Nic. A ja muszę iść do domu.
– Ale dlaczego? Ala, dlaczego?
Ignat zrobił krok naprzód, a Saszka przełknęła ślinę. Gdyby nie ściana — cofnęłaby się, nagle przestraszona tą bliskością, kiedy w ciszy klatki schodowej dzielił ich jeden krok. Teraz sama też bardzo chciałaby wiedzieć: „Dlaczego?” Przecież byli jeszcze dziećmi, skąd wzięło się to ściskające duszę uczucie, jakby na progu spotkania znów musieli się rozstać.
– Sam wiesz. Bo ja to ja. A ty to ty.
– Bzdury! I co z tego? Jaka różnica?
– Duża. Oni tak nie myślą, – niejasno powiedziała Saszka. – I ja też.
Ta dwójka jeszcze nie wszystko dopowiadała i nie wszystko rozumiała. Nie śmiała, nie znała słów, wypełniając pauzy milczącymi spojrzeniami. Ale potrzeba wyjaśnienia była, i to też wydawało się dziwne.
Saszka pierwsza się odwróciła i zaczęła iść po schodach, ale Ignat dogonił.
– Ala, poczekaj! Proszę, weź! – otworzył plecak, wyjął i wetknął jej w ręce proste kartonowe pudełko, dwa razy mniejsze od kartki z zeszytu. – To dla ciebie.
– Co to? Po co?
– Pamiątka. Tak po prostu.
– Co? – Saszka wydyszała ze zdumieniem, ale Ignat już zbiegł w dół, przestraszony, że rozmyśli się i nie weźmie prezentu.
– Ala, tylko nie otwieraj teraz, – poprosił, – w domu zobaczysz. Jeśli się wsłuchać, szumi.
– Poczekaj, Puchu!
Zszedł piętro niżej, ale oczywiście patrzył na nią.
– Powiedz, a ty… Nauczyłeś się grać na gitarze? Choć trochę, tak jak chciałeś?
Ignat się uśmiechnął i dołeczki na policzkach ożyły. Na ich widok dusza Saszki radośnie się poruszyła.
– Tak! Oczywiście, jeszcze nie wszystko umiem i wiele muszę się nauczyć, ale się staram. I nawet wymyśliłem piosenkę! Jeśli chcesz, mógłbym ci zagrać.
Mógłby jej zagrać…
Saszka nagle sposępniała i odsunęła się od poręczy. Odwróciwszy się, szybko ruszyła do swojego mieszkania.
– Na razie, Sawin. I nie czekaj na mnie jutro rano! I tak nie pójdę z tobą do szkoły!
A nocą ojca znowu męczył koszmar. To zdarzało się nieczęsto, byli w domu sami, i Saszka pospieszyła z pomocą.
Szewcow był pijany i miotał się po podłodze. To pełzł, to jakby się turlał — w półmroku ojcowskiej sypialni nie zdołała zrozumieć, usłyszała tylko chrapliwe jęki i krótkie okrzyki. Mogło to potrwać do rana i przestraszyć sąsiadów, więc Saszka włączyła światło, pochyliła się nad mężczyzną i zaczęła nim potrząsać, powtarzając głośnym szeptem:
– Tato! Tato, obudź się! Proszę, obudź się! Głośno mówisz, tak nie wolno!
Mocne łapsko wzleciało z podłogi i objęło chudą szyję Saszki. Oczy nawet się nie otworzyły.
– Suka! Zabiję! Zaduszę, gnidę! Cały desant położyli, a nie ma kogo spytać! Kto za nich odpowie, kto?.. Zabiję!
To nie zdarzyło się po raz pierwszy, palce zacisnęły się na szyi, i Saszka uderzyła ojca w twarz tak, jak ją uczył — prostym ciosem, z całej siły swoich cienkich rąk. Z nosa popłynęła krew, ale mężczyzna oprzytomniał. Spojrzał mętnie…
– Sańka?
– Ja, tato.
– Znikaj, zanim cię uduszę, – zachrypiał i ucichł, upadając twarzą na podłogę. – Zaraz dojdę do siebie.