Rozdział 1
Słyszy płacz, a to jest dla niej sygnał, by wkroczyć. Wchodzi dostojnie, z poważną miną trzymając w ręce torbę ze środkami do dezynfekcji. Podchodzi i kładzie mi dłoń na ramieniu.
— Wszystko dobrze, Swieta. Lepiej sama się tym zajmę. Nataszce trzeba teraz twardej komendy, jak ma dalej żyć, ona ciebie nie słyszy. Wypłacze swoją biedę, a potem porozmawiacie sobie o czeremsze.
Iraida ma własną filozofię i własną prawdę życiową. Kiedyś sama wychowanka domu dziecka, nie ma w sobie nadmiaru taktu. Ale już nie raz przekonałam się, że jej taktyka czasem działa o wiele lepiej niż moja.
Podchodzi do dziewczynki blisko, bez pytania wkraczając w jej przestrzeń osobistą. Wyjmuje z kieszeni chusteczkę i pewnie wyciera zasmarkany nos. Uderzyć Iraidę to prawie świętokradztwo; przez jej ręce przeszło niejedno pokolenie wychowanków i Bieługa, po kilku próbach wyrwania się, cichnie, ale wciąż drży ramionami.
— No chodź, Nataszka, rozbieraj się… Aleś ty nam się ubrudziła. To zupa ci tak zaschła na rękawie czy smarki? Samej cię to nie brzydzi, co? Jesteś przecież dziewczynką. No, czego ryczysz? Jesteś w domu, jakby nie patrzeć. W domu! Daj, obejrzę cię… Swiet! – Iraida woła mnie, a ja odpowiadam:
— Tak?
— Włącz grzejnik pod prysznicem. Nie podoba mi się ona. Żeby tylko nie złapała zapalenia oskrzeli – charczy, a skórę pod oczami ma siną. A tu mamy cały komplet! – oznajmia z westchnieniem. – Kołtuny i wszawicę. Tak że rzeczy, Nataszko, konfiskuję. Nie chcesz chyba, żeby te paskudztwa zjadły cię żywcem? No?
— Tylko nie golcie mnie – chlipa dziewczynka, ale już się nie opiera. Prosi uparcie: — Nie chcę, żeby wszyscy wiedzieli! I się śmiali. Nie chcę!
Drwiny i samotność – oto największe lęki w murach domu dziecka. Iraida i ja wymieniamy spojrzenia, a ja kiwam głową, patrząc, jak pielęgniarka, po brudnym swetrze, ściąga z dziecka koszulkę i spodnie, odsłaniając chude ciałko. Obraca dziewczynkę ostrożnie, odciągając jej uwagę rozmową i pozwalając mi obejrzeć ją pobieżnie.
Dzięki Bogu, widocznych siniaków ani otarć nie ma, tylko bolesna chudość. Kiwnąwszy Iraidzie głową, idę do łazienki, żeby włączyć grzejnik. Wracam po ręcznik i słyszę, jak kobieta szczerze się dziwi.
— Co ty, dziecino! Jak można! Mnie w dzieciństwie golili nieraz, tak że ten wstyd zapamiętałam na całe życie. A teraz naukowcy wymyślili takie preparaty – dziesięć minut i po paskudztwach. Zrobimy zabieg i zapomnisz! Przy okazji obetniemy paznokcie. I nie będziesz u nas zasmarkaną niechlujką, tylko znowu mądrą Nataszą Bieługiną. Bo aż wstyd ludziom pokazać się na oczy, smarki po kolana. Co powie twoja przyjaciółka Nadia, kiedy zobaczy cię taką?
— Nie obetniecie? Obiecujecie? Bo znowu ucieknę!
— Nastraszyłaś mnie. Najpierw się odkarm! Jak dorośniesz, zostaniesz naukowcem i sama wymyślisz nie takie rzeczy.
Już pod prysznicem, kiedy pomagam Iraidzie umyć dziewczynkę, Bieługa mówi bez łez: albo naprawdę się uspokoiła, albo na jakiś czas się poddała, na razie trudno zrozumieć.
— Nie chcę być naukowcem. Będę pisać bajki. Dobre i miłe. O mamie… Niech pani nie odchodzi, Swietłano Anatolijewno, proszę! – prosi, kurczowo chwytając palcami mój nadgarstek. – Myślałam o pani, słowo honoru!
Rozmowa nie należy do łatwych. Świat widziany oczami dziecka wygląda zupełnie inaczej, a żal, jak śnieżna kula przygniatająca pierś, nie pozwala dziewczynce oddychać. Trzeba ostrożnie i długo wymacywać odwilżowe prześwity, obchodzić ostre kanty, wracać i mówić. Rozgarniać ten śnieg rękami, żeby Biełudze przypadło choć trochę ludzkiej uwagi i ciepła.
Odmarza. Nie od razu, ale znów pociąga nosem, zajadając barszcz. Opowiada o starszym bracie, który niedługo wróci z wojska i ją zabierze. O domu, który kiedyś na pewno będą mieli – dużym i prawdziwym. I o matce, która mimo wszystko ją kocha.
— Po prostu ma ciężki los, dlatego pije. A jeszcze jej facet to drań. Gdyby nie on, mama zabrałaby nas wszystkich do siebie. Wierzy pani?
Nie wierzę, więc milczę. Oczywiście, kiedy ma się czworo dzieci i wszystkie wychowuje państwo, to najlepszy moment, żeby wbić do głowy dziecku, które się porzuciło, litość nad sobą. Zanurzyć je w tej litości po czubek głowy, aż do chrypliwej niemoty, póki w dziecięcych oczach nie zrodziła się jeszcze nienawiść, a potem obojętność.
Zabiłabym!
Już po rozmowie, kiedy włosy są rozczesane, a dziewczynka siedzi na łóżku z książką, czekając na wizytę lekarza, wychodzę z pokoju izolatki, a Iraida woła mnie na herbatę. Częstuje ciastkami.
— No co, siadaj, Swiet. Odetchnijmy, co? Ale dzień! Najpierw Karasiow z Czebanowem pobili się do krwi. Dobrze, że nasz Nikita Walerjewicz był w pobliżu – w porę ich rozdzielił. Teraz Nataszka narobiła hałasu – niespokojna dusza. A najstraszniejsze jest to, że ona nie kłamie. Dojdzie do siebie i jak amen w pacierzu znowu ucieknie do mamki!
Dzisiejszy dzień naprawdę nie należy do łatwych. Opadam na krzesło, biorę filiżankę w dłonie i ogrzewam o jej brzegi palce, które okazują się zziębnięte, jakby naprawdę były w śniegu, choć na dworze wiosna oddycha już pewnie.
— Niech mi ludzie i Bóg wybaczą, ale lepiej byłoby, gdyby tę pijaczkę zamknęli! – rzuca wzburzona Iraida bez żalu. – Choćby dała córce dorosnąć! Jeśli ona wpadnie w kłopoty, czy tę kurwę da się pociągnąć do odpowiedzialności?
Herbata jest gorąca, a ciastka proste i smaczne. Z przyjemnością popijam herbatę, patrząc w okno. Na placu zabaw spacerują starsze dzieci – dziesięcio-, dwunastolatki. Zajęcia w klasach się skończyły i teraz dzieci mają czas wolny. Andriuszka na pewno już się obudził i po podwieczorku bawi się w sali zabaw. I czeka. W tym domu dziecka z internatem, gdzie od roku pracuję jako psycholog, dzieci pamiętają obietnice, a ja obiecałam chłopcu, że przyjdę.
Andriuszka. Na myśl o chłopcu na ustach jak zawsze pojawia się uśmiech, a serce odpowiada ciepłem.
— Czyli postaramy się temu przeszkodzić, Iraido Borysowno – mówię stanowczo do pielęgniarki. – Tym razem Nataszy nie było trzy tygodnie. Bałam się nawet przypuszczać, co mogło się stać z dzieckiem przez ten czas. Jeśli znowu ucieknie, matka na pewno ją ukarze, żeby następnym razem nie dała się złapać. A kolejnego powrotu dziewczynki może już nie być.
— Co za suka! To już lepiej tak jak ja – zupełna sierota, niż w ten sposób. Jesteś psychologiem, Swiet, to mi wyjaśnij: dlaczego? Wyrzekają się ich, porzucają, a te dzieciaki, wykarmione cudzym chlebem, jak wilczęta biegną po śladzie. Są gotowe spać pod gołym niebem, byle z taką mamką!
To brzydka prawda i nie ma na nią żadnej odpowiedzi.
— Raczej nie „byle”, tylko żeby ona po prostu była – mamka. Sama odpowiedziała pani na swoje pytanie, Iraido Borysowno. Natura to nie puste gadanie. Ewolucja tyle w niej namieszała, a człowiek potrzebuje kotwicy. Korzeni, żeby się uczepić, przetrwać i wypuścić zdrowe pędy. To nie wina dzieci, że pozbawiono je gruntu i opieki, to wina rodziców. Zwłaszcza takich kukułek. Człowiek z założenia powinien mieć dom i rodzinę, a dzieci to czują. Najpierw trzewiami, dopiero potem głową. Człowiek jest jedyną istotą, która pamięta, kim jest i skąd pochodzi. Dlatego ciągną, jak potrafią, żeby być potrzebnymi i kochanymi. Nieporzuconymi.