SOVABOO

Niebo ponad chmurami

Ch. 1: Rozdział 1

Rozdział 1

Chapter 1/21 · Page 3 of 33%

— A tak przy okazji, nie wie pani – pytam kobietę, dopiwszy herbatę i podziękowawszy za poczęstunek – kto ma dziś u nas nocny dyżur? Trzeba by uprzedzić w sprawie Nataszy, żeby nie zostawiali jej samej. Wszystko jest na razie bardzo niestabilne i załamanie może się powtórzyć. Dzisiaj zostanę mniej więcej do dziewiątej wieczorem, więc zajrzę dowiedzieć się, co powiedział lekarz, ale chciałabym mieć spokojną głowę.

— Ja zostanę. Nie martw się, Swieta. Ode mnie nie ucieknie, ale pod kluczem jej trzymać nie będę – jeszcze bardziej się rozstroi. Porozmawiam z nią. Wypijemy herbatę, tak jak z tobą. A potem niech się wyśpi.

— Dziękuję.

Wstaję i poprawiam ubranie. Podnoszę rękę, żeby spojrzeć na zegarek.

— W takim razie zajrzę do Olgi Walentinowny. Coś długo jej nie ma. Już dawno powinni byli przyjechać z inspekcji. W razie czego pomogę trzymać obronę.


W sali zabaw panuje niezwykła cisza. Wszyscy wyszli na dwór, tylko niania krząta się w sąsiedniej sypialni, robiąc porządek, a dwie starsze dziewczynki siedzą przy stole i coś rysują. Zauważywszy mnie, obie z zainteresowaniem unoszą głowy i odrywają się od zajęcia. Odprowadzają mnie ciekawymi spojrzeniami.

Wchodzę i zauważam Andriuszkę w kącie, przy dużym konstruktorze, z samochodem w ręku – pięcioletniego chłopca, kruchego, podobnego do figurki z gutaperki.

Jak zawsze siedzi sam, bawi się zabawkami i gdy mnie słyszy, nie podnosi oczu.

Bardzo zamknięte dziecko, z własnymi ranami duszy, milczące i ciche jak cień. Przez długi czas w ogóle nie mówił, byłam pierwszą osobą, której powiedział swoje imię, i do dziś zostałam jedyną, z którą rozmawia.

— Cześć, Andriuszka.

Chłopiec nie odpowiada, ale przestaje się bawić. Podnosi oczy, żeby mnie zobaczyć, i natychmiast opuszcza wzrok na podłogę. Cieszy się – nauczyłam się już rozpoznawać jego nastrój po najmniejszych oznakach (nie ma niepokoju, ulubiona zabawka zapomniana, a paluszki, jakby do ognia, ślizgają się po podłodze w moją stronę), ale pozostałe dzieci są bardzo uważne i nie wybaczają troski, więc on także nauczył się ukrywać radość.

— Pójdziesz ze mną na spacer?

Znowu milczenie i tylko skinienie głową w odpowiedzi.

Podchodzę i, nie mogąc się powstrzymać, przesuwam dłonią po ciemnowłosej główce. Zatrzymując palce przy potylicy, proszę cicho:

— No, biegnij się ubrać. Poczekam na ciebie.

Andriuszka zrywa się i kulejąc, opierając się na czubku stopy, bardzo szybko biegnie do sypialni, zapominając o zabawce. Podnoszę ją i odwracam się. Widzę, jak zatrzymuje się w progu sypialni i ogląda, jakby bał się, że odejdę. Zastyga jak napięty knot, wyciągnięty ku mnie.

Ta chwila powtarza się raz za razem, jakby moje słowa nie wystarczały i za każdym razem bał się stracić mnie z oczu.

Ten strach jest wzajemny. Odbija się w oczach chłopca i odzywa bólem w mojej duszy. Nie wiem, czy pamięta swoich rodziców – najpewniej tylko obrazy, ale pamięć straty żyje w nim jak ciemny potwór, w tym małym, smutnym człowieczku, który nagle został sam na sam z ogromnym światem, i rozumiem: sam sobie nie poradzi.

Ja też boję się go stracić i śpieszę wypędzić strach z oczu dziecka spokojnym uśmiechem. Czekał na mnie, a radość z tego zrozumienia odpędza niepokój i napełnia serce ciepłem oraz miłością. Widzi to ciepło w moich oczach, chłonie je zachłannie i dopiero upewniwszy się, że przez dzień nigdzie nie zniknęło, ucieka się ubrać.

Mój chłopiec. Mój!

Dlaczego właśnie on? Dlaczego Andriuszka Somow? Nie wiem.

Pamiętam swój pierwszy dzień pracy, dom dziecka, panujący tam rozgardiasz, gabinety, teczki, akta osobowe wychowanków. I twarze dzieci. Wtedy zanurzyłam się w nowy dla siebie świat i myślałam, że zostanę w nim tylko trzy miesiące, odpowiadając na prośbę znajomej. Ten świat przerażał kolczastą szczeciną i rozbitymi losami.

A zostałam na rok, a nawet dłużej.

Trudny przypadek, pierwszy aż tak skomplikowany w mojej praktyce. Śmierć obojga rodziców na oczach dziecka, szok bólowy, skrajny stres i pełne psychiczne odcięcie dziecka od świata.

Chłopca wzięli na wychowanie dalecy krewni, ale sobie nie poradzili, podejrzewając, że po traumie w jego układzie nerwowym zaszły nieodwracalne zmiany. Pół roku po wypadku Andriuszka Somow trafił do domu dziecka z podejrzeniem diagnozy: „autyzm”, którą być może miał od urodzenia – rodzina całkiem niedawno przeprowadziła się z odległego miasteczka. A ja… Ja go znalazłam.

Mylili się, wszyscy się mylili. Może to była intuicja, ale mnie nie zawiodła, diagnoza się nie potwierdziła.

Na początku naprawdę był tak zamknięty, że nie reagował na pytania, nie bawił się, nie prosił o pomoc, nie odzywał się na dźwięk swojego imienia i nie mówił. Siedział całymi dniami jak zastygła figurka w szklanym sześcianie. Dzieci potrafią wiele zapomnieć, dobrze przystosowywać się do nowego otoczenia, szukać przyjaciół i lgnąć do ciepła, ale Andriuszka okazał się wyjątkiem. Nie chciał. Przechowywał kawałek ciepła w sobie samym i rozpaczliwie, jak umiał, próbował go ocalić.

Termin mojej tymczasowej pracy dobiegł końca, ale nie potrafiłam odejść z domu dziecka.

Potrzebowałam więcej niż jednego dnia, wielu, wielu cichych słów i godzin milczenia, żeby pewnego razu, kiedy dłoń chłopca znalazła się w mojej, jego małe palce się zacisnęły.

Andriuszka się ubiera, biorę go za rękę i wychodzimy na dwór. Tak samo jak on chcę ukryć się przed ciekawskimi spojrzeniami, przed zbędnymi pytaniami i ludźmi, więc wyprowadzam go za bramę internatu. Prowadzę dalej, tam, gdzie przez całą godzinę możemy pobyć po prostu we dwoje.

Gdy znajdujemy się w cieniu klonowej alei, nie mogąc się powstrzymać, kucam i przyciskam chłopca do siebie – codziennie czekam na tę chwilę.

— No, cześć, mój kochany. Cześć, słoneczko! Tak bardzo tęskniłam!

I Andriuszka, wyciągając się ku mnie, obejmuje mnie mocno, mocno za szyję i wyznaje:

— Ja też!

Jesteś mi potrzebny
Jesteś mi potrzebny, gdy śniegi zasypują drogę do serca,
Jesteś mi potrzebny, gdy brak sił, by przejść przez mosty,
Gdy z przyjaciółką nie da się już dzielić ciszy,
Gdy dusza nie potrafi zamilknąć, a ciało – ostygnąć.
Gdy w ciężkich chmurach nie ma miejsca na błękit,
Gdy z tysiąca dróg moja – prowadzi do ciebie.
Gdy trzy słowa na ustach lśnią bursztynem,
Gdy potrzebujesz ognia w wilgotny, przenikliwy dzień…
Jak dobrze cię odnaleźć. Jak dobrze powiedzieć:
„Jesteś mi potrzebny. Ty… jesteś mi potrzebny!”
I objąć na zawsze.

The story continues...

The next chapter is already waiting for you.

Chapter 1 / 21 · Page 3 of 3