SOVABOO

Niebo ponad chmurami

Ch. 2: Rozdział 2

Rozdział 2

Chapter 2/21 · Page 1 of 25%

— O, Swieta przyszła! Pola, słyszysz? Nasza najstarsza córka wróciła! Swiet, no dlaczego tak późno? Ty pracujesz na dwie zmiany? Nie, co to za stachanowskie normy? Masz ty w ogóle życie osobiste czy nie?

— Nie mam go, tato, i dobrze o tym wiesz.

Wchodzę do mieszkania i rozbieram się. Zrzucam ze zmęczonych ramion płaszcz, ze stóp – szpilki, chowam ubranie do szafy i podchodzę do ojca. Całuję go w policzek i kieruję się do swojej sypialni, żeby się przebrać i zostawić torbę.

— Wszystko jedno! – ojciec idzie za mną. – Przysłali mi tu projekt do nowego hotelu, a nie mam z kim się naradzić! Matkę boli głowa – jej wszystko się podoba, Lalka do tej pory gdzieś chodzi, a Umka dzisiaj znów wróciła smutna. Chyba coś się stało z jej referatem i jest przybita.

— Tato, nie marudź. Lepiej nastaw czajnik i sprawdź, co tam mamy dobrego. Jestem głodna jak wilk!

— Pola! – ojciec podnosi głos, odwróciwszy się. – Co mamy na kolację? Twoje dziecko jest głodne!

— Swietul, chyba zostały kotlety! – odpowiada z salonu mama. – Jeśli Ola z Kostikiem ich nie zjedli. Słyszałam, jak godzinę temu kręcili się po kuchni, więc nie jestem pewna.

— Zjedli! – melduje tata, przykładając dłoń do ust. – I nawet sos. Kostik ma teraz apetyt jak chłop! Ogólnie owsianka z szynką może być? – pyta troskliwie. – Przygotuję!

Kucharz z niego nieszczególny, ale kiedy ma się trzy córki, a żona trzy kliniki weterynaryjne, trzeba się czegoś nauczyć. I nieważne, że najstarsza z córek ma już dwadzieścia siedem lat. Odpowiedzialność to taka rzecz: jeśli jest, z wiekiem nie mija!

— A co powiesz na soloną rybkę, córeczko? – na twarzy rodzica pojawia się chytry uśmieszek kota, który dorwał się do śmietanki. – Znajomi sprezentowali mi taką rybkę, że głowa mała! Chcesz?

— Jasne, tato!

— To ja szybciutko! Swiet?

— Co? – odwracam się w progu.

— A może skombinujemy sobie po kufelku piwka na dwoje? No, skoro już mamy rybkę?

Uśmiecham się i na sekundę przymykam oczy, dając do zrozumienia, że się zgadzam.

— Może być po kufelku. Ale nie więcej, Ufimcew – surowo grożę rodzicowi palcem – jutro idę do pracy!

— Zrozumiałem, Swietul! Zaraz wszystko załatwię!

Mój ojciec to znany w mieście biznesmen. Właściciel sieci aptek weterynaryjnych i sklepów zoologicznych w dużym ośrodku obwodowym. Współwłaściciel kilku hoteli na wybrzeżu i kompleksów wypoczynkowych. Ciekawy i ważny facet, wszystko jak należy. Ze skórzaną teczką, osobistym kierowcą, najnowszym modelem lexusa, trzema dyrektorami wykonawczymi i pięciopokojowym mieszkaniem w najdroższym osiedlu miasta – znanym wieżowcu „Siódme Niebo”.

Ale to wszystko zostaje w wielkim świecie za drzwiami. Kiedy jest w domu, jest zwykłym czterdziestosześcioletnim chłopem. Tym samym Tolikiem Ufimcewem, kiedyś zdolnym studentem, który w wieku dziewiętnastu lat się ożenił, a gdy miał dwadzieścia dwa, woził mnie na plecach i rżał jak wesoły koń: „I-ha-ha! Świetliczku, trzymaj się!”

Pstrąg rzeczywiście okazał się delikatny i smaczny, a piwo – moje ulubione, bawarskie.

Siedzimy z ojcem w kuchni przy stole, na ścianie bezgłośnie działa telewizor, a my przeglądamy projekt prezentacyjny nowego, ulepszonego wnętrza sali VIP w nadmorskim hotelu.

— No i jak ci się podoba, córeczko? Projektant obiecuje, że wyjdzie porządnie. Matce się podoba.

— A co ciebie niepokoi, tato? Przecież sam chciałeś salę w jasnych tonach.

— Tak, ale wyobrażałem sobie, że będzie drewno. Coś w duchu angielskiej prowincji albo w stylu prowansalskim.

— Błagam cię, tato. Tylko bez kwiatków i falbanek. Bez tych wszystkich winietek i lawendy, które zostały w poprzednim wieku.

— Ale błękit i seledyn, Swiet! – waha się ojciec. – Nietypowe połączenie! Sam nie wiem, co myśleć. Ja jestem jednak bardziej przyzwyczajony do klasyki.

— Tutaj seledyn nie dominuje, spójrz. Praktycznie rozpuszcza się w obfitości kremu i świetnie współgra z błękitnymi portierami oraz prostymi liniami. Wyobraź sobie tylko – morze, słońce, przestrzeń i czyste powietrze. Tak samo czyste jak te kolory. Duża jasna sala zalana światłem, otwarty taras. I ludzi, którzy przyjechali odpocząć i się odprężyć. Tato, świetny projekt i świetna atmosfera, uwierz! Mnie się podoba.

— No, skoro tak mówisz… Czyli się zgadzamy?

Podnoszę kufel i ostrożnie dotykam brzegiem ojcowskiego. Uśmiecham się zmęczona.

— Czyli tak.

Przez chwilę milczymy, dopóki ojciec dogryza rybkę. Potem gadamy o dniu pracy. Opowiadam o Andriuszce i o Biełudze. Ojciec – o spotkaniu z partnerami i nowych planach. Jak zawsze zrzędzi, że mama dużo pracuje i jemu się to nie podoba. A teraz jeszcze ja wracam późno.

— Swiet, no i czemu milczysz już drugi dzień? – pyta z ostrożnym wyrzutem, kiedy jednak decydujemy się wypić drugi kufel – piwo jest dziś ponad wszelką pochwałę. Albo to dzień był trudny? – Myślisz, że jak nie opowiesz, to będzie ci lżej? No, co tam zdecydowała opieka? Sąd znowu nie dał zgody?

Ze zmęczeniem poruszam ramionami.

— Nie. Na pełną adopcję nie dał.

— Odmówili? Przecież zebrałaś wszystkie potrzebne dokumenty!

— Odrzucili wniosek.

— I co im tym razem nie pasuje?

Westchnienie samo wyrywa się z piersi. Trudno o tym mówić.

— Wiele rzeczy.

— Swieta…

— Tato? – wstaję, biorę ze stołu oba kufle i odnoszę do zlewu. Płuczę je, a potem odstawiam na miejsce. – Mało masz własnych zmartwień? Przecież dorastają ci Lalka i Kote, trzeba ich pilnować na każdym kroku. Katia się uczy. Matka przy takiej pracy wkrótce się wykończy. Na pewno spróbuję sama coś wymyślić, obiecuję!

— Moje główne zmartwienia to moje dzieci – sprzeciwia się ojciec, poważniejąc. – Widzę przecież, że serce nie daje ci spokoju, i chcę wiedzieć, co się dzieje. Dlaczego odmówili? Prawnik zapewniał nas, że wszystko będzie w porządku! – oburzony zaciska usta. – Teraz nawet samotne kobiety mogą adoptować dziecko. Więc dlaczego nie? Co oni tam sobie wymyślili?!

— Są niuanse, tato. To nie takie proste.

— Ale przecież powiedziałem, że pomogę z operacją. Może oni tam nie wiedzą, w swoich ważnych gabinetach opieki, że Andriuszka potrzebuje pomocy? Albo zapomnieli? On, nawiasem mówiąc, rośnie każdego dnia. Ile można odkładać?

— Nie, nie zapomnieli. Wiedzą. A także wiedzą o wysokości mojej niskiej pensji i braku własnego mieszkania. Ale najważniejsze nawet nie jest to.

— A co?

— Andriuszka nie jest zwyczajnym dzieckiem. To dziecko po urazie fizycznym i psychicznym. Potrzebuje długiego leczenia i pomocy psychologa. Zdaniem rady opiekuńczej powinien wychowywać się w pełnej rodzinie. W rodzinie, w której jest matka i ojciec. W której są wszystkie warunki do jego zdrowego i pełnego rozwoju.

— Ale przecież ty jesteś psychologiem! I go kochasz! Czego im, do cholery, jeszcze trzeba?!

— Niestety, to nie argument i ja ich rozumiem. Potrzebują gwarancji, że dziecko będzie zabezpieczone społecznie nie na rok i nie na dwa.

Tata milczy, ja też. Wymieniamy uśmiechy – smutne, a jednocześnie pełne zrozumienia. To bardzo ważne – zobaczyć na twarzy bliskiego człowieka takie współuczestnictwo.

— Swieta, przecież rozumiesz, że zawsze możesz wrócić do mnie do pracy.

— Rozumiem, tato, ale teraz nie mogę. Muszę widzieć Andriuszkę codziennie, a on – widzieć mnie. Wiedzieć, że jestem obok i pewnego dnia nie zniknę, tak jest mu łatwiej. Gdybyś wiedział, jak ciężko mnie puszcza. O nic nie prosi, po prostu milczy, ale to jego milczenie…

Chapter 2 / 21 · Page 1 of 2