SOVABOO

Niebo ponad chmurami

Ch. 2: Rozdział 2

Rozdział 2

Chapter 2/21 · Page 2 of 27%

Nie udaje mi się dokończyć. Klucha ściska gardło i odwracam się.

— Porozmawiajmy jutro – tylko o to proszę.

— Swietoczko, córeczko, tylko się nie martw! – tata wstaje i kładzie dłonie na moich ramionach. – Coś wymyślę! Już jutro porozmawiam ze swoim prawnikiem. W końcu mogę przepisać na ciebie część biznesu. Jestem pewien, znajdziemy wyjście!

— To nie rozwiąże problemu do końca, raczej go skomplikuje. Znów pojawi się pytanie o pracę w domu dziecka. O mój czas i niemożność poświęcania Andriuszce wystarczającej uwagi. Poza tym ten proces nie jest szybki, a chłopiec potrzebuje operacji już teraz. Potrzebował jej już rok temu.

Całuję ojca, zanim odejdę.

— Tato, twoja najstarsza córka dawno dorosła. Nie mogę wiecznie przerzucać swoich problemów na twoje barki. A Andriuszka… – wzdycham. – Jeśli chcę zostać dla niego mamą, jeśli chcę rodziny, muszę sama znaleźć wyjście, rozumiesz?


Już trochę później, kiedy leżę w swoim łóżku i oglądam telewizję, dzwoni Rudy – mój szkolny kumpel i sąsiad z bloku, Wiktor Artiomjew. Mieszka z rodziną dwa piętra wyżej, jestem chrzestną ich córeczki z Tanią i mam do tych ludzi czułe uczucia.

Późny telefon mnie nie spina, czasem do siebie dzwonimy, a dziś sama prosiłam przyjaciela, żeby oddzwonił później.

— Cześć, Ufimcewa! No, jak tam? Jak minął dzień?

Biorę pilota i przyciszam telewizor.

— Cześć, Wit. Słuchaj, obejdźmy się bez oficjalności, bo nie mam nastroju – dzień był trudny.

Artiomjew rozumie mnie w pół słowa.

— Swieta, przemyślałaś moją propozycję? Nadal uważam, że to dobry wariant. Czemu nie zaryzykować? Do następnej rozprawy będziesz już miała w rękach akt małżeństwa. Opieka po prostu nie znajdzie powodu do odmowy. Szibujew to u nas nie tylko życiowy przystojniak, jest chirurgiem z doskonałymi perspektywami i znanym nazwiskiem. Dziewięćdziesiąt procent na sto, że dla ciebie i chłopca wszystko rozstrzygnie się pozytywnie.

— Tak, przemyślałam, Wit.

Tak naprawdę o Andriuszce Somowie do niedawna wiedziała tylko moja rodzina. I nie planowałam wtajemniczać nikogo w swoje plany, dopóki nie dowiedziałam się, że odmówiono mi adopcji. A kiedy się dowiedziałam, nagle zalała mnie rozpacz. Właśnie wtedy zadzwoniłam do Witki – nie wiem, czy zdecydowałabym się zadzwonić do przyjaciela pięć minut później, ale w tamtej chwili jakby przykrył mnie klosz beznadziei. Gdybym usłyszała głos mamy, po prostu bym się rozpłakała.

Znałam Artiomjewa dwadzieścia lat; kiedyś w młodszych klasach wciskałam mu głowę w śnieg i okładałam torbą. Siedzieliśmy w jednej ławce i razem uciekaliśmy z lekcji. Chodziliśmy w jednej paczce. To właśnie on pomógł mi uwolnić się od Feliksa – chłopaka, za którego omal nie wyskoczyłam za mąż – i przemówił mi do rozumu. Jeśli ktoś rozumiał mnie lepiej niż wszyscy, to właśnie Rudy.

A jeszcze miał talent do znajdowania właściwych rozwiązań. Kiedy trzeba kryć cudze tyłki i przy tym unikać problemów.

Mogłam mu ufać całkowicie i bez reszty.

— Swiet, mogę sam zadzwonić do Andriuchy, jeśli to dla ciebie trudne. Pogadam i wszystko mu wyjaśnię. Tak jak jest.

— Nie trzeba. Już dzwoniłam do Andrieja.

— Aż tak? – w głosie Rudego słychać zdziwienie. – I co powiedział?

— Posłał mnie na długi spacer w trzech kierunkach naraz.

Ale nie udaje mi się nabrać Artiomjewa. Wyczuwa mój nastrój i powstrzymuje się od złośliwości. Innym razem na pewno by dogryzł.

— Ufimcewa, nie mów, że się boisz. Ty, Swietka?! – dziwi się Rudy. – Dziewczyna, która w piątej klasie za zakład skoczyła z drugiego piętra daczy moich rodziców w zaspę? Nie wierzę!

— No, coś ty sobie przypomniał. Jeszcze przypomnij, jak w ósmej klasie namawiałam wszystkich, żebyśmy zrobili sobie tatuaże na ramionach, i nasze eksperymenty z alkoholem – przymykam oczy, rozumiejąc, że się uśmiecham.

— Wit, nie widziałam Andrieja ponad trzy lata, chyba nie sądzisz, że będę z nim rozmawiać na taki temat przez telefon? – szczerze dziwię się jego niezrozumieniu prostych rzeczy. – Tak, boję się ogłuszyć Szibujewa, jeśli chcesz wiedzieć. Wleźć w jego życie i wywrócić plany do góry nogami. Wciąż jest dla mnie ważne, co on o mnie myśli.

— Czyli sama perspektywa fikcyjnego małżeństwa już cię nie przeraża? Wczoraj odpowiedziałaś kategorycznym „nie”.

Po tym, ile od tamtego „wczoraj” zdążyłam przemyśleć?

— Nie – przyznaję. – Już nie przeraża, jeśli to będzie Andriej. Zadzwoniłam i umówiliśmy się pojutrze w kawiarni.

— Pogadacie i się dowiesz. Uwierz, Szibujew to po prostu idealna kandydatura!

— Wit, a jeśli on się zmienił? Albo ma poważny związek z dziewczyną? Albo nie zechce? To naprawdę wcale nie jest awantura! Wszystko jest o wiele bardziej skomplikowane. Dopóki sama nie zobaczę Andrieja, nie wiem, czy zdecyduję się pójść do końca.

Witka parska śmiechem.

— Swiet, znasz Szibujewa nie gorzej ode mnie. Nie sądzę, żeby się zmienił. Za to wy dwoje dostaniecie szansę ostro skręcić los.

Napinam się. Czasem Bumper ma takie żarciki, że aż chce się znowu okładać go torbą po rudej głowie.

— Nie zrozumiałam, Artiomjew. O czym ty teraz mówisz?

— A tak, samo się nasunęło.

No oczywiście, jakbym go nie znała.

— Na litość boską, Witka – mówię zmęczona. – Skończ z aluzjami! Do pełni szczęścia brakuje mi tylko męża-babiarza! Ja jestem zazdrosna, zabiję w afekcie i nie będziesz miał więcej przyjaciela. Więc lepiej bez ostrych zwrotów losu!

Śmiejemy się.

— Dobra, Swieta. A co z mieszkaniem? Przecież zostaje kwestia lokum?

— Tak, zostaje. Nie mogę się zdecydować, żeby poprosić rodziców o kupno mieszkania. I nie chodzi o to, Wit, że nie będą chcieli. Ja po prostu jestem w domu, rozumiesz? Inaczej dawno bym się wyprowadziła. No i Andriuszka potrzebuje kontaktu. A tutaj są dziewczyny, kot, pies. W mojej rodzinie nie będzie mu samotnie.

— Mnie to mówisz, Swiet? – prycha Witka. – My z Tanią sami nie możemy się wynieść od starych! Lubimy tu mieszkać.

— Ja też. Dlatego, jeśli coś, spróbuję na jakiś czas wynająć mieszkanie. W końcu prawo tego nie zabrania, a meldunek mam.

Chapter 2 / 21 · Page 2 of 2