Rozdział 3
— Nie, Ufimcewa, jestem tym samym Szibujewem – przyznaję oczywistość – który w gabinecie ojca uczył cię pić whisky i pchał się do całowania.
Jednak się peszy. Trochę, ale patrzy już z większą zadziornością.
— Pamiętam. Wtedy dostałeś ode mnie porządnego plaskacza. I, nawiasem mówiąc, zasłużyłeś!
Swietka nie kłamie. Rękę zawsze miała ciężką, ale charakter sprawiedliwy. Kiedyś dobrze się razem bawiliśmy.
— O tak! Trzy dni chodziłem z czerwonym uchem, a jeszcze od ojca mi się dostało – któregoś z naszych chłopaków jednak zemdliło do mamy donicy z palmą. Za to impreza wyszła świetna!
— Wybacz, Andriej, poniosło mnie. Teraz już mogę się przyznać: wtedy porządnie mnie przestraszyłeś.
Dziwię się:
— Naprawdę byłem taki straszny?
— Nie – spojrzenie Swiety ciepleje – raczej mało domyślny. Mogłeś chociaż wpaść na to, żeby przymknąć drzwi. Wszyscy nasi byli w sąsiednim pokoju i wyraźnie się na nas gapili.
Uśmiechamy się. Dobrze, kiedy dwoje ludzi ma co wspominać, jakby nie minęły cztery lata. Ba – jakby nie minęło dziesięć.
Swieta na sekundę odwraca się i daje znak kelnerce. Domyślam się, że wszystko już zamówiła, po prostu czekała na moje przyjście. Patrzę na zgrabny płatek ucha, w którym tkwi mały kolczyk, i na delikatną linię kości policzkowych.
Tak właśnie jest. Bardzo młoda dziewczyna spieszy do nas przez całą salę z pełną tacą. Podszedłszy do stolika, szybko stawia na nim dwie filiżanki espresso, dwa desery i talerz, na którym leżą kawałki gorącego smażonego mięsa oraz sałatka grecka.
Od zapachu mięsa głód natychmiast budzi się we mnie jak zwierzę.
— Pomyślałam, Szibujew, że jesteś po pracy i na pewno głodny, więc proszę, nie odmawiaj – Swietka raczej oznajmia, niż prosi. Cała ona. – Znasz mnie, i tak będziesz musiał to zjeść! Okazuje się, że w kawiarence od czasów naszej młodości jednak coś się zmieniło. Teraz podają tu śniadania!
Rozrywa saszetkę z cukrem i wsypuje go do swojego espresso. Miesza łyżeczką, na sekundę odpływając myślami. Ale zaraz wraca i dodaje, kontynuując przerwane wyznanie:
— To był Rudy – przy donicy z palmą, ale cicho, nic ci nie mówiłam.
Nie pogania rozmowy i jemy śniadanie w milczeniu, nadal badając się spojrzeniami. Mam dopiero dowiedzieć się, po co mnie zawołała, a teraz myślę o tym, jaka Ufimcewa jest piękna i świeża, zwłaszcza w porównaniu ze mną, wymęczonym.
Tylko na twarzy nie ma zwyczajowego uśmieszku pewnej siebie dziewczyny, a przecież kiedyś byliśmy do siebie w tym podobni. Kiedyś potrafiła uśmiechać się złośliwiej niż ja.
— Chyba, Andriej, dawno się nie strzygłeś.
Kiwam głową. Ma rację: chyba nie.
— Nie było kiedy. Ale zmieniłem koszulę, Swiet, i wziąłem prysznic, słowo – puszczam do niej oko, biorąc gorzki łyk. – W końcu szedłem na randkę z piękną dziewczyną! A tak przy okazji – zauważam – ty nadal się nie rozebrałaś. W środku jest całkiem ciepło.
Marszczy brwi, jakby sama z irytacją odnotowywała ten fakt.
— Wiesz, Szibujew, coś się denerwuję – nagle wyznaje.
— Ty? – szczerze się dziwię. – Daj spokój, Swieta. To przecież ja – twój przyjaciel. Możesz prosić mnie o wszystko. No, dalej! – uśmiecham się, splatając dłonie palcami. – Powiedz, o co chodzi? Rudy dzwonił, ale nic konkretnego nie powiedział. Tylko tyle, że jestem ci potrzebny.
Ufimcewa patrzy prosto w oczy. Nie spieszy się z odpowiedzią, ale w końcu mówi:
— Tak, potrzebny. Nie od razu to zrozumiałam, ale Witka jak zawsze miał rację.
Na sekundę przygryza wargi, skupiając na mnie uwagę. Wspaniałe wargi – pełne i soczyste, takie, jakie lubię.
— Andriej, powiedz, jesteś żonaty? – pyta nagle. – Może masz dziewczynę albo żyjesz z kimś bez ślubu? Prawie nic o tobie nie wiem.
Co za pytanie! A wydawało mi się, że przeciwnie. Mnie akurat powinna znać dobrze.
— Żartujesz, Swiet? Niby skąd? Jestem kawalerem z powołania – to mój stan ducha. A ty? – zadaję pytanie z kolei, ledwie zdążywszy pomyśleć: po co?
Ale słowo się rzekło, już wyleciało i zawisło w powietrzu.
— Nie – potrząsa jasną głową – nie jestem mężatką.
— Ale ktoś jest? Jeśli nie dla duszy, to dla ciała? – nazywam rzeczy po imieniu, przeczuwając, że coś się za tym kryje. – Na pewno ktoś jest?
Ufimcewa nie spieszy się z odpowiedzią. Gniecie nową serwetkę, zmuszając mnie, żebym patrzył na jej ręce. Piękne ręce o cienkich palcach i kruchych nadgarstkach.
W czasie tej przeciągającej się pauzy można by już trzy razy skłamać, ale coś każe jej odpowiedzieć uczciwie.
— Nie. Teraz nie.
— I ile trwa to „teraz”? – nie potrafię wyobrazić sobie Ufimcewej samej. Wokół niej zawsze kręcili się najlepsi faceci. – Tydzień? Miesiąc? – pozwalam sobie zgadywać. Szczerze się dziwię, czytając odpowiedź w jej oczach. – Nie mów, że rok?!
Błękitne oczy tylko na chwilę kryją się pod rzęsami i znów patrzą prosto.
— Dwa, jeśli dla ciała. A dla duszy już nawet nie pamiętam.
Jestem tak pod wrażeniem, że gwiżdżę:
— Oho. Mocno.
— A ty? Masz kogoś? Dla ciała? – Swieta przypomina sobie, że kawa jej stygnie, i miesza ją łyżeczką. Na policzkach gra jej rumieniec, a ona odsuwa dalej rozpiętą połę płaszcza. – Twój wyjątkowy stan ducha nadal przyjmuje prezenty od życia, co, Andriej?
Teraz uśmiecha się jak dawniej. Bawi się ostrym spojrzeniem koloru letniego nieba, prowokując mnie do szczerości.
— Tylko nie pytaj, jak często, dobrze? W tym sensie, że nigdy nie miałem i nie będę miał nikogo dla duszy. Uwierz mi, jak mało kto wiem, jak bardzo jest krucha. Nie, nie jestem stworzony do poważnych związków. Nie – kręcę głową – małżeństwo zdecydowanie nie dla mnie.
— A właśnie że zapytam! – Swietka pochyla się i ładnie podpiera brodę dłonią. – Kobieca ciekawość to wielka siła. To jak dawno kogoś miałeś, Szibujew? No, dalej, przyznaj się: o ile pozycji spadłam w twoich oczach?.. Miesiąc? Tydzień? – unosi brew, ale widząc, jak syto ocieram usta pięścią i uśmiecham się, Swietka aż wzdycha: – Nie mów, że dzień?! Ty bezwstydny kocurze!
— Mniej – przyznaję. – Ale, Ufimcewa, udało ci się mnie zawstydzić. To wszystko jest naprawdę bardzo proste. Fizjologia nigdy nie zawodzi. Najważniejsze to jasno wyznaczyć granice.
— Uch, gorący doktor Szibujew! Dotkniesz – poparzysz się! – Swietka dotyka mnie palcem i oboje śmiejemy się jak starzy dobrzy przyjaciele.
— Swieta?
— M?
— A jednak? Tyle lat się nie widzieliśmy. Opowiesz, co się stało?
W błękitnych oczach wciąż jeszcze odbija się wesołość, ale kąciki ust już opadają. I broda unosi się z dłoni.
Swieta chowa ręce pod stół i odchyla się na oparcie krzesła. Zaciąga płaszcz na piersi, znów wracając do serwetki całkiem podartej na strzępy.
— Jestem bezpłodna, praktycznie na sto procent. Lekarze zostawiają szansę przy idealnym partnerze, ale jest tak znikoma, że postanowiłam nie mieć nadziei, tak łatwiej żyć. Tobie może prościej to zrozumieć niż innym. Dlatego nie chcę też budować związku. Ale chcę adoptować dziecko i potrzebuję fikcyjnego męża. Może na rok, a może na dwa, dopóki nie załatwię dokumentów i nie rozwiążę kwestii mieszkania. Żadnych zobowiązań, żadnych roszczeń i oczywiście żadnego długu, tylko akt małżeństwa i kilka wizyt we właściwych miejscach.
Patrzymy na siebie bez odrywania wzroku.
— Andriej, weź mnie za żonę, proszę. Nie mam kogo innego poprosić.
Thank you for choosing Sovaboo and valuing honest creativity!
We are building this space with love for books and respect for authors. Your support allows authors to keep writing and create new stories for you.
To keep reading, you can purchase online access to all chapters of the book.
* VAT is included in the price.