Rozdział 4
Nie zastanawiam się nad tym, co będzie dalej. Mam wystarczająco dużo własnych spraw na głowie. Ale co do Victorii, już teraz nie robię sobie złudzeń – mojej siostrze poskąpiono rozumu, w przeciwieństwie do urody. Potomkowie Irlandczyków, Indian i Holendrów – wybuchowa mieszanka! – ja i brat urodziliśmy się ciemnowłosi, ze śniadą cerą i niebieskimi oczami, za to Vic odziedziczyła paląco ciemne oczy ojca i zmienny charakter matki. Jest więc w stanie usidlić jakiegoś idiotę nawet w wieku czternastu lat, zupełnie nie martwiąc się o konsekwencje.
Moja siostra miała jednak szczęście w czymś innym – wiedziałem, jak wybić jej z głowy włóczenie się za nami, dopóki nie dorośnie. Reszta świata guzik mnie obchodziła, ale nie było mi wszystko jedno, co dzieje się w mojej rodzinie i z moimi bliskimi.
Rozmowę z Alexem udaje mi się dokończyć późnym wieczorem, kiedy wracam z dworu i wchodzę do naszej wspólnej sypialni. Zapalam przy drzwiach lampkę nocną i rzucam kurtkę na fotel. Nasz dom jest dość przestronny, jest w nim wystarczająco dużo sypialni, by każde z trójki dzieci Wrightów mogło mieć własny pokój, ale my z bratem wciąż mieszkamy w tym jednym, do którego przyniesiono nas jako niemowlęta. Mam wrażenie, że to fizyczna konieczność – wiedzieć, że Alex jest obok. Patrzeć na niego, rozpoznawać w nim własne rysy i za każdym razem upewniać się, że wszystko z nim w porządku.
Łóżko brata jest rozbełtane, ale wiem, że on nie śpi. Al siedzi w samych bokserkach na parapecie, z jedną nogą podciągniętą do góry, opierając się ostrymi łopatkami o framugę okna, i patrzy na mnie. Przechodzę obok i zaczynam się rozbierać.
– Ten motocyklista, który cię przywiózł... to był Christian Palmer, prawda? – pyta cicho. – Starszy brat Lucasa?
Szlag! Ostrzegałem Chrisa, żeby zachowywał się ciszej i wysadził mnie dwadzieścia metrów przed domem, ale ten palant uwielbia się popisywać. Dźwięk ryczącego silnika „Scramblera”, gdy Chris ruszając z kopyta i odjechał, na pewno dotarł do uszu mojego brata.
– Tak. I co z tego?
– Słyszałem, że miał problemy z prawem. Ile on ma lat? Dziewiętnaście?
– Słuchaj, Al, jakie to ma znaczenie? Nie jestem jego mamuśką, żeby go wychowywać.
Zdejmuję trampki i rozpinam pasek u dżinsów. Ściągam je z siebie, odwrócony tyłem do szafy. Jestem cholernie zmęczony i nie mam ochoty wysłuchiwać wywodów Alexa, wystarczy mi kazanie od rodziców.
– Czuć od ciebie papierosy.
– Odwal się! Ty też nie jesteś moją matką!
Ale od brata nie tak łatwo się opędzić. Zdejmuje nogi z parapetu i prostuje się.
– Carter, jest pierwsza w nocy! Mogliście bez problemu trafić na policję i ojciec miałby przez ciebie kłopoty! Jesteś niepełnoletni i o tej porze powinieneś być w domu!
– Daj spokój! – podnoszę głowę i spoglądam na Alexa. – Nie jestem głupi, żeby dać się na czymś takim złapać. Rodzice nigdy nie będą mieli przeze mnie problemów, mówiłem ci przecież!
Kłócimy się o moje późne powroty nie pierwszy raz, więc Alex parska z niedowierzaniem:
– Na miejscu ojca nie byłbym tego taki pewien, wiedząc, że nikogo nie słuchasz.
Tu ma rację. Uśmiecham się gorzko, myśląc nagle o tym, że moi rodzice zamiast dwójki powinni byli spłodzić jednego syna – wyszedłby z tego idealny wynik! Ale skoro tak się nie stało, trudno, będę musiał ich rozczarowywać, żeby wywalczyć sobie własny teren i prawo do decydowania o swoim życiu. W końcu tak właśnie będzie.
Zdejmuję koszulkę i przyznaję:
– Mam szlaban, Alex. Przez cały tydzień tylko szkoła, treningi u Hurleya i siedzenie w domu wieczorami. Więc idź już spać i daruj sobie te kazania! Jestem zmęczony jak diabli i bez twojego gadania. Nie martw się, dzisiaj staruszek przeszedł samego siebie.
Słysząc to, Alex zeskakuje z parapetu i podchodzi bliżej.
– Odwróć się, Carter – prosi niespodziewanie, a ja napinam mięśnie pleców. Odpowiadam ostro:
– Powiedziałem: odwal się!
– A ja powiedziałem: odwróć się!
Jestem od niego silniejszy i bardziej żylasty, ale on jest bardziej uparty. Już po sekundzie Alex widzi to, co chciałem przed nim ukryć – świeże siniaki na żebrach i obojczyku. I rozmazany ślad po sygnecie Raya Walberga na podbródku, który zdarł mi skórę.
– Co... Co się stało?! Carter! – wykrztusza Alex i blednie tak, jakby w jednej chwili zabrakło mu tchu. – Pobili cię?!
– Mnie? – Nie mogę się powstrzymać i wybucham śmiechem. Najpierw cicho, potem głośniej. To nerwowy, szorstki śmiech, który urywa się niemal natychmiast. Odpycham brata ramieniem, zgarniam brudne ubrania w naręcze i podchodzę do ściany, rzucając je do kosza. – Kładź się spać, Al – proszę, wyciągając z szafy ręcznik, żeby pójść pod prysznic. – Wszystko ze mną w porządku. Po treningu starłem się z Simonem Adamsem i tyle! Zdarza się.
Gdyby mi uwierzył, wszystko byłoby prostsze. Ale on nie wierzy.
– Nie kłam! W szkole nie miałeś nic na twarzy, zauważyłbym!
Nie chcę go okłamywać, chcę tylko, żeby nie pchał nosa w te mroczne kąty, o których go ostrzegałem. Czy to nie jasne?
– Nie twój interes!
Alex nie potrafi się obrażać, jesteśmy niemal jednością, dlatego jego gorzkie, ale szczere wyznanie uderza mnie prosto w serce:
– Jakże chciałbym wiedzieć, Carter, jakie życie prowadzisz wieczorami. I po co. Czy naprawdę te ślady na twoim ciele to ta wolność, o której mówiłeś? Wywalczona pięściami?!
Nie wytrzymuję i uderzam dłonią w ścianę, w ostatniej chwili powstrzymując się przed zaciśnięciem palców w pięść.
Dlaczego tak trudno mi z nim rozmawiać? Wyjaśnić akurat jemu – dlaczego?.. Każda komórka mojego ciała buntuje się przeciwko spowiadaniu się przed kimkolwiek.
– Na litość boską, Alex! Nie zamierzam się kłócić ani tłumaczyć. Nie zamierzam – do diabła! – o niczym dyskutować! Po prostu jestem inny i mam dość powtarzania tego! Potrzebuję tego, jasne?! Tak samo mocno, jak ty potrzebujesz pisać! Pogódź się z tym wreszcie, albo sam stąd spieprzam!
Koniec, na dziś mam dość. Zamierzam minąć brata, wejść do łazienki i porządnie trzasnąć drzwiami, kiedy ten idiota robi coś, czego nigdy nie pokazalibyśmy przy ludziach. Blokuje mi drogę i z całych sił chwyta mnie za ramiona, przytulając do siebie. Wypala niemal tak wściekle jak ja:
– Carter, jak ty nie rozumiesz? Nie chcę cię któregoś dnia stracić!
Jego ciepło niespodziewanie mnie obezwładnia. Zastygam, czując chłodny policzek brata na swoim, który wciąż płonie po bójce z Walbergiem.
– Kretyn... – szepczę, tracąc głos. – Al... puść – proszę, ale sam nie robię nic, żeby go odepchnąć.
– Nie!
– Ale z ciebie głupi dzieciak...
– Obiecaj, Carter, że będziesz w domu! Tylko przez ten tydzień! Daj ojcu poczuć, że jest dla ciebie ważny! Proszę!
Odpowiadam nie od razu, za to szczerze:
– A dla kogo, Al, gram w tego pieprzonego lacrosse'a? Myślisz, że nie mam nic lepszego do roboty? Tylko mu nie mów, staruszek jest zbyt dumny.
– Nie powiem!
Kiedy leżymy już w swoich łóżkach, lampka jest zgaszona, a wieczorna bryza od oceanu, wpadając przez lufcik, porusza żaluzjami, Alex nagle wyznaje:
– Wiesz, Carter, miałeś dzisiaj rację.
– Kiedy?
– Na szkolnym parkingu, kiedy powiedziałeś, że jestem mięczakiem, bo nie potrafię się odważyć, żeby pocałować Lenę.
– Nie tak to ująłem, nie zmyślaj.
– Ale tak pomyślałeś. Nieważne! Miałeś rację. Chciałem to zrobić od dawna, ale nie mogłem się przemóc.
– I?
– Myślę, że ją kocham.