Rozdział 5
Carter
Rok później
Liceum
Piątek. Wrzesień. Piąta po południu.
Wiem to, bo bez przerwy gapię się na zegarek, na którym uciekają sekundy, kciukiem skubiąc suche wargi.
Słońce praży tak niemiłosiernie, że ma się wrażenie, iż wystarczy kopnąć obcasem wyschnięty na biało żwir, by rozsypał się w pył.
Na niebie nie widać ptaków. Liście na wiązach zwisają jak ochłapy, ale w cieniu dziurawego zadaszenia starego magazynu za garażem ojca Lucasa, gdzie się zebraliśmy, da się niemal normalnie oddychać, choć nozdrza zachłannie wciągają gorące piekło dnia.
— Jak myślisz, Carter, uda im się? Chrisowi i chłopakom? Ten tłuścioch Higgins to jednak szczwany lis. Chris jest pewien, że w przeszłości musiał już wywijać takie numery, inaczej nie poczynałby sobie w mieście tak bezczelnie. A ty jak uważasz?
Oczy Lucasa błyszczą gorączkowo, a pot perlisty na skroniach mówi więcej niż samo pytanie. Odwracam głowę i patrzę na kumpla.
— Uda się, Palmer. Ale i tak uważam, że to idioci.
— Dlaczego? — protestuje Lucas. — Czy on na to nie zasłużył, ten Higgins? Słyszałeś, że faceta, który dwa lata temu sprzedał mu bar na Melbourne Lane, znaleźli zeszłej wiosny martwego w Szarpanym Jarze przy Koralowym Wzgórzu? No więc ten facet sam zgodził się na układ z Higginsem i wszystko podpisał, nie ma się do czego przyczepić. Dziwne jest co innego: po cholerę miałby nagle sprzedawać bar, który świetnie prosperował, i to za jedną czwartą ceny, co?
Wzruszam ramionami, zastanawiając się:
— Może być tysiąc powodów. Długi, sprawy rodzinne, a może po prostu mu się znudziło. Takie rzeczy się zdarzają.
— No jasne, akurat! — parska głośno Lucas. — A rok później, w ulewnym deszczu, udaje mu się trafić w miejsce, gdzie co trzy metry sterczy tabliczka „Niebezpieczeństwo”, i skręcić sobie kark! Bardzo wygodne. Co on tam w ogóle robił?
— To Ameryka, Palmer. Tu każdy jest panem swojego losu. Jeśli w nocy przyjdzie ci ochota wyjąć fiuta i odlać się znad krawędzi urwiska, nikt nie ma prawa ci zabronić. A jeśli przy okazji się poślizgniesz — cóż, twój problem.
Lucas unosi wysoko swoje szerokie brwi.
— Nie rozumiem, Carter… Jesteś jego adwokatem?
Zapalniczką odpalam papierosa. Wypełniam płuca i powoli wypuszczam dym.
— Po prostu próbuję myśleć tak jak Higgins i tak, jak powinien myśleć twój brat. Brak motywu, brak powiązania, a co za tym idzie — brak przestępstwa. A ty, Palmer, gadaj do końca, skoro już zacząłeś.
— Chodzą słuchy, że ten facet, Ron Knowles, były właściciel baru, wygrzebał na grubasa coś grubego i za to zapłacił.
Nazwisko wydaje mi się dziwnie znajome. Przypominam sobie.
— Czekaj… Knowles… Betty Knowles, tak? Skończyła szkołę w zeszłym roku. Była w cheerleaderkach i chyba przez jakiś czas kręciła z Chrisem. To córka tego Rona?
Lucas od razu zaciska usta i ucieka wzrokiem.
— No tak. Potrzebowała pieniędzy — Beth chce wyjechać do Ohio, ma tam ciotkę. Więc zwinięcie Higginsowi nowej bryki za pięćdziesiąt kawałków jest, cholernie, sprawiedliwe!
Cholera, no tak! Jak najbardziej. Ale dziwi mnie coś innego.
— Jesteście idiotami! — rzucam sucho i mówię to zupełnie szczerze.
— A to dlaczego? — dziwi się kumpel.
— Bo to dla was za wysokie progi! Bo ten Higgins na bank ma plecy w policji, inaczej nie byłby taki bezczelny. Ale przede wszystkim — ma mózg! Jeśli zacznie węszyć, dziewczyna się wypruje!
Ale Lucas pewnie kręci głową.
— Nie, Beth będzie milczeć, nienawidzi go. Razem z matką wydały wszystkie pieniądze na prawników, ale za to mają teraz nakaz sędziego okręgowego. Za publiczne groźby pod ich adresem Roakin Higgins ma zakaz zbliżania się do nich na mniej niż sto metrów. A nasza rodzina potrzebuje kasy, Carter — sam wiesz.
— Ile?
— Połowę z dziesięciu tysięcy.
Niewiele. Co ja gadam! To skandalicznie mało jak na takie ryzyko.
— Zdajesz sobie sprawę, że jeśli Chris sobie nie poradzi i furgonetka nie pojedzie do Raleigh najpóźniej jutro rano, to waszej rodziny nie uratuje nawet pięć tysięcy dolarów?
Lucas przytakuje:
— Wiem.
— Trzymaj język za zębami i nie piśnij nikomu ani słowa. Szlag!
— Przecież nikomu nie powiem, Wright! Wiecie tylko ty i Holt! Nawet Peterowi nic nie pisnąłem! — zarzeka się poruszony Palmer. — Ten rudzielec za hot-doga sprzedałby własną matkę! Myślisz, że jestem głupi?
— Dwaj to już tłum.
— Daj spokój, Carter! Tobie ufam! Boję się tylko, żeby Walberg nie kłapnął dziobem o naszym garażu, jak zrobi się gorąco.
— Nie kłapnie, będę musiał z nim pogadać. Niech tylko spróbuje, nikomu niczego nie zapominam.
I nie kłamię, pamięć mam doskonałą — właśnie dlatego Lucas potakuje.
Siedzimy przy tylnych drzwiach magazynu, na odwróconej skrzynce z napisem „Rochester”, między pustymi baniakami po farbie, i słuchamy, jak w przedwieczornej ciszy, tuż za rdzawą ścianą, miarowo skrzypi kanapa. Tach. Tach. Tach.
Dziś jest piątek i o tej porze garaż Palmerów jest już zamknięty. Za to dwie ulice dalej otwarty jest bar „Setna Zatoka”, gdzie ojciec Lucasa, były wojskowy, a obecnie marny mechanik, tradycyjnie upija się od obiadu.
Jesteśmy tu sami.
Lucas, Nick, ja i Tilda.
Za otwartymi drzwiami trzeszczy materac, drewniany stelaż wysłużonej kanapy głucho uderza o ścianę i słychać urywany, obcy oddech… Słyszymy, jak Tilda śmiechem przerywa sapanie Nicka, prosi, żeby dał jej zapalić i nie gniótł jej piersi tak mocno, jakby pieprzył dziewczynę pierwszy raz w życiu.
Po długiej pauzie, podczas której grdyka Lucasa nerwowo skacze w górę i w dół, Tilda pozwala Holtowi kontynuować.
Kiedy Lucas odchodzi, a na jego miejscu siada Nicholas, ten zabiera mi z palców resztkę papierosa i kiwa głową na drzwi:
— Mam jej dość! Trzeba będzie jej powiedzieć, żeby więcej tu nie przychodziła. Nienawidzę dziwek!
Ale sądząc po tym, jak długo Nick nie schodził z Tildy — to raczej mało prawdopodobne. Chociaż, może rzeczywiście go nie kręci?
Z ironicznym uśmieszkiem rzucam mu krótkie spojrzenie i znów przenoszę wzrok na koniec podwórka, tam, gdzie nad płotem widać otwarty odcinek drogi.
— A mi się wydaje, Holt, że ty po prostu nie znosisz być drugim. Ale to nie moja wina, stary, że bardziej podobam się laskom. Nie ta, to inna — co za różnica?
Nick śmieje się tak, że dym kłębami wyrywa się z jego płuc, i opiera plecy o ceglaną ścianę.
— Wal się, Wright! — trąca mnie łokciem w bok. — Czasem żałuję, że tak dobrze mnie znasz! Właśnie dlatego, w przeciwieństwie do ciebie, znajduję sobie stałe dziewczyny — żeby być dla nich tym pierwszym.
— I jak? Nie rozczarowują?
Jasne oczy Holta mrużą się z zadowoleniem.
— Czasami mam farta!
Na podwórko od strony domu wchodzi chłopak, około czternastki — Matthew Palmer, najmłodszy z braci — i spogląda w naszą stronę niechętnie. Od dawna podejrzewam, że z całej trójki on jest najbystrzejszy, i wiem, że teraz absolutnie nie powinno go tu być.
— Gdzie Lucas? — zwraca się do nas Matt z wyższością. — Trener Hurley dzwoni! Mówi, że jutro macie pierwszy trening i chce widzieć wszystkich!
Dzieciak stoi i gapi się dalej. Podnoszę leżący przy moich sneakersach spory kawałek żwiru i celnie cisnę mu pod nogi.
— A psik stąd! Naucz się sam odpowiadać!
On się nie cofa, więc drugi kawałek żwiru trafia go prosto w piszczel, wywołując krzyk bólu.
— Powiedziałem: znikaj, smarkaczu!
Matt się wynosi, ale zanim odejdzie, odważnie pokazuje nam „fucka”, a to, co widzę wtedy w jego oczach, podoba mi się.