SOVABOO

Pokochaj mnie, Wróbelku!

Ch. 2: Rozdział 2

Rozdział 2

Chapter 2/7 · Page 1 of 314%

Rita

I w tej chwili naraz wydarzyły się aż trzy rzeczy.

Chłopak gwałtownie odsunął fotel kierowcy do tyłu, zakleszczając mnie między siedzeniami, nieznajoma dziewczyna oparła rękę na mojej głowie, a ja, nie wytrzymując nacisku, wrzasnęłam ze strachu:

— A-a-a-a-a-a!

I chyba capnęłam tę dziewczynę za palec.

— A-a-a-a-a-a! — rozległo się w samochodzie od razu na dwa głosy, a tym drugim darła się nieznajoma.

— Dani, tam jest pies! Ugryzł mnie!

— Sama jesteś psem! Pomocy! Wypuśćcie mnie!

Bransoletka dziewczyny zaplątała się w moje rozpuszczone włosy, potargane od wiatru i farby, więc obie wrzasnęłyśmy jeszcze głośniej. Boleśnie szarpnęła mnie za pasmo, uderzyła bukietem kwiatów, a ja znowu ją ugryzłam. Zaczęłam się rozpaczliwie miotać między siedzeniami, próbując się uwolnić, ale gdzie tam. Za to odbiłam pęk kwiatów i zdzieliłam nim dziewczynę.

— Przestań mnie szarpać! To boli! Wypuśćcie mnie, napalone chomiki! Nie chcę już tego słuchać!

Możliwe, że gdyby to był inny dzień i inna sytuacja, zachowywałabym się przyzwoiciej. Może nawet ciszej i rozsądniej. Co ja gadam! Ja zawsze zachowuję się przyzwoicie! Ale dzisiaj wszystkiego było za dużo: własnej odwagi, głupiej desperacji i strachu, żebym mogła teraz utrzymać się w ryzach.

A jeśli rodzice o wszystkim się dowiedzą? Co powie Daszka? Przecież ona oszaleje! O tacie boję się nawet myśleć!

Nie, moja psychika nie była gotowa na taki adrenalinowy stres. Nasza akcja z dziewczynami miała przebiec inaczej. Cywilizowanie! Kiedy poprzedniego wieczoru do późnej nocy pisałyśmy plakaty i przyklejałyśmy je do drążków w pustej sali uniwersytetu, kiedy przygotowywałyśmy się do pikiety i obmyślałyśmy plan, czy mogłyśmy sobie wyobrazić, czym to się dla nas skończy?

Że jakimś kretynom zachce się nagrać z nami filmik i poprzytulać? Wyśmiać pragnienie bycia usłyszanymi!

A przecież chciałyśmy tylko zwrócić uwagę na problem ludzi niedoskonałych. Rzucić wyzwanie ślepocie społeczeństwa, które czci sztuczną urodę. Chciałyśmy powiedzieć, jak ważne jest, by każdy człowiek pozostał sobą, nawet jeśli nie jest idealny. Że każda dusza zasługuje na szacunek i miłość. A tłum zaczął się śmiać.

Bezduszny, ślepy i obojętny.

Jakie to w gruncie rzeczy niesprawiedliwe! I nieuczciwe!

I oto teraz siedzę półnaga w cudzym samochodzie, zamknięta z seksualnie napaloną parką, moje rzeczy nie wiadomo gdzie, a ja nawet nie pamiętam, jak się tu znalazłam. Pamiętam tylko pisk dziewczyn i krzyk Oksanki, naszej odpowiedzialnej za akcję: „Dziewczyny, chowajcie się! Szybko uciekamy! Jeśli nas namierzą, wszystkie wylecimy z uniwerku!” …

No i rozbiegłyśmy się, każda w swoją stronę.

A ja najwyraźniej wskoczyłam nie do tego samochodu. Co przy moim roztrzepanym szczęściu wcale nie jest dziwne.

— Ale z ciebie gad, Wróbelku! Kompletnie ci odbiło? — dalej piszczała dziewczyna. — To jakiś prank? W co ty mnie wciągnąłeś?! Mam nadzieję, że w tej twojej drogiej bryce nie ma ukrytej kamery?

— Albinka, nie drzyj się! Niczego tu nie ma! I nie uczepiaj się mnie, sam nic nie rozumiem.

— Kim jest ta goła wariatka?! Co wy tu kombinujecie?! Pogryzła mnie! Wiedziałam, że nie masz hamulców, Dani, ale że aż tak, tego się nie domyślałam! Wychodzę! I nigdy więcej do mnie nie dzwoń! Na trójkąt się nie umawiałam!

— Co?!

Co?!

— Babiarz!

Trzask!

Brunetka chwyciła torebkę, wyskoczyła z samochodu i tak głośno trzasnęła drzwiami, że aż szyby zadrżały.

Każdy kierowca po takim świętokradztwie by oszalał, więc chłopak na fotelu kierowcy też głośno zaklął:

— Ja pierdolę!

A mnie wreszcie udało się wykręcić i otworzyć tylne drzwi.

Uradowana, wystawiłam na zewnątrz tyłek w wąskim cielistym bikini i spróbowałam wyjść. Cofnęłam się pupą do tyłu, wykręcając się z uścisku skórzanego oparcia, nawet opuściłam piętę, ale nic z tego nie wyszło. Bo ramiona nadal miałam zakleszczone, a kolano utkwiło pod siedzeniem.

Cholera! Ciało za nic nie chciało się uwolnić, a ja — zamilknąć.

Nawet nie podejrzewałam, że potrafię tak wrzeszczeć.

— P-pomocy! Chcę wyjść! Wypuśćcie mnie!

Chłopak też wyskoczył z samochodu, nie przestając kląć. Zdążyłam zobaczyć wąski prześwit za fotelem kierowcy, gdy na ulicy usłyszałam zdumiony okrzyk:

— Oj, Ludeczko, patrzcie! W samochodzie jest goła dziewczyna! Może zadzwonimy na policję?

Na policję absolutnie nie mogłam trafić! I z przyjemnością wyjaśniłabym to nieznanym przechodniom, gdybym była na wolności i najlepiej w ubraniu. Ale wydostać się nie dało, pozostawało tylko wrzeszczeć i wierzgać.

W końcu dowrzeszczałam się do tego, że chłopak złapał mnie za tyłek i brutalnie wepchnął z powrotem do samochodu. Zanim zatrzasnął drzwi, warknął nade mną wściekle:

— Zamknij się, histeryczko! Bo zaraz sam oddam cię glinom! Z oskarżeniem o zamach na własność prywatną!

Wsiadł do samochodu, uruchomił silnik i szybko ruszył z miejsca, ale najpierw odsunął fotel. Gdy znalazłam się we względnej swobodzie, odetchnęłam z ulgą i wdrapałam się z nogami na tylne siedzenie. Chwyciłam potargany bukiet żółtych kwiatów, zakryłam nim nagą pierś i ostrożnie odwróciłam się do chłopaka, nie wiedząc, czego się po nim spodziewać.

 

Zresztą nie kazał mi długo czekać na decyzję. Przejechawszy dwa kwartały na żółtym świetle, gwałtownie docisnął samochód do krawężnika i rzucił przez zęby, wczepiwszy się w kierownicę, nawet nie patrząc w moją stronę:

— Wysiadaj z mojego samochodu i znikaj. Żebym cię więcej nigdy nie widział! Szybko!

Spłoszona, rzuciłam się do drzwi, otworzyłam je i już miałam posłusznie wyskoczyć z ciepłego wnętrza, ale nagle otrzeźwili mnie przechodnie na ulicy — w ten wolny dzień w centrum miasta było ich zdecydowanie za dużo; i podmuch marcowego wiatru, który owiał chłodem nagie ramiona. Oj!

Zatrzasnęłam drzwi, cofnęłam się z powrotem do samochodu i schowałam za kwiatami.

— Nie.

— Co znaczy „nie”? — nie zrozumiał chłopak, odwracając zdumioną głowę.

— To właśnie znaczy! — pisnęłam i sama byłam w szoku od własnej bezczelności. — Nie mogę! — oznajmiłam cicho i dla przekonania pokręciłam głową: nie proś, mówiąc bez słów.

— Ej, ty! — nieznajomy nagle odwrócił się do mnie o sto osiemdziesiąt stopni i wbił palce w zagłówek siedzenia, na którym jeszcze niedawno siedziała jego brunetka. — Powiedziałem, spadaj na cztery wiatry! — ryknął groźnie. — Albo sam cię wyrzucę!

Co to za maniera — krzyczeć? A przecież nawet się nie znamy.

Zrobiło mi się tak przykro, że aż chciało się płakać. No jak mam wyjść? Dokąd pójdę, sama na ulicy?

— Posłuchaj, nie mogę tutaj wysiąść — ostrożnie zwróciłam się do nieznajomego. — Nie widzisz, że jestem rozebrana, a tam jest zimno! I… i ludzie przecież zobaczą! A ja nawet telefonu nie mam! Niczego nie mam!

— I co z tego? — chłopaka nie poruszyło moje opłakane położenie, tylko jeszcze mocniej ściągnął brwi. — Na placu przy teatrze też byli ludzie, czy to cię powstrzymało? Widziałem, jak tam skakałyście i darłyście się, córki Ewy! Nic ci nie będzie — zmierzył mnie nieprzyjaznym spojrzeniem — taka jak ty pewnie do uwagi jest przyzwyczajona! Wcześniej, kiedy się rozbierałaś, czym myślałaś?

Czym? Dobre pytanie. Nawet mimowolnie zamyśliłam się na sekundkę. Sercem, chyba. Chciałam sprawiedliwości. I jeszcze tego, żeby Bronia Kosterkowa wyzdrowiała, nie tylko ciałem, ale i duszą.

Chapter 2 / 7 · Page 1 of 3