SOVABOO

Pokochaj mnie, Wróbelku!

Ch. 4: Rozdział 4

Rozdział 4

Chapter 4/7 · Page 3 of 450%

Okazało się, że nie. Prawie zderzyliśmy się czołami, kiedy zdecydowanie ruszyłem do kuchni, zamierzając jej o tym przypomnieć. Spotkaliśmy się pod kuchennym łukiem, wpadliśmy na siebie i dziewczyna pierwsza się cofnęła, podnosząc twarz i poprawiając przy policzku jasne pasemko włosów.

Wpatrzyła się we mnie, mrugnąwszy, jakby wcześniej porządnie mnie nie widziała. Ja zresztą też nie spieszyłem się z mówieniem, wreszcie mając okazję jej się przyjrzeć…

Ładniutka i młodsza ode mnie. Nie efektowna i nie z tych dziewczyn, które znają swoją wartość i z którymi zwykłem bywać. Nie, bardziej przypominała schludną stokrotkę. Włosy przy twarzy kręciły się, delikatne usta o pełnych wargach były bezradnie rozchylone, za to oczy miała ciekawe, zapadające w pamięć. Duże i szare, z kocim spojrzeniem spod ciemnopłowych rzęs. Z żywą głębią, jakby za realnym światem istniał jeszcze jeden, znany tylko jej.

Takie rzadko się spotyka. Tak patrzą romantyczki, a ja dobrze to wiedziałem, bo moja siostra Żeńka właśnie taka była.

Dziwna myśl, i dlaczego w ogóle przyszła mi do głowy?.. Wygląd często bywa zwodniczy, a plac Teatralny pełen półnagich dziewczyn był tego bezpośrednim potwierdzeniem. Nigdy nie interesowały mnie takie lisice. W swoich relacjach z dziewczynami, choć bez zobowiązań, i tak wolałem widzieć prostotę i uczciwość.

Dziewczyna też zdążyła o czymś pomyśleć, bo zacisnęła usta i powiedziała, lekko marszcząc brwi:

— Kolacja gotowa, Wasza Wysokość. Produkty wszystkie schowałam i przetarłam szafki. A cukier znalazł się na górnej półce, ale jest go mało, więc lepiej kup sobie następnym razem.

Na stole naprawdę stał talerz z gorącym makaronem, sosem i mięsem. Obok niego talerz z sałatką i szklanka soku. Spojrzałem na stół ponad dziewczęcym ramieniem, ale i tak burknąłem, nadal się złoszcząc:

— A dlaczego nie ma deseru?

— Pomyślałam, że nie lubisz słodyczy.

— Lubię — zaprotestowałem uparcie.

— W takim razie mogę pokroić szynkę i posypać ją cukrem, akurat tej łyżeczki z twoich zapasów wystarczy. Może być? Czy Wasza Wysokość życzyła sobie croquembouche[1] z czekoladową posypką?

Bardzo dowcipne. Boki zrywać!

— To, czego chciałem, zepsułaś mi w samochodzie, i danie główne, i deser.

Obszedłem dziewczynę i podszedłem do zlewu. Odkręciłem kran, umyłem ręce, rzuciłem ręcznik na nagie ramię i, wróciwszy do stołu, usiadłem na krześle. Sięgając po widelec, dokończyłem myśl:

— Więc syp! Nie widzę większej różnicy.

Najpewniej ją zaskoczyłem. A może w Stokrotce obudziło się sumienie. Bo nagle wydukała, zziębniętą dłonią głaszcząc swoje ramię:

— A podłogi umyję, nie martw się. Mop już też znalazłam.

— Zrób mi tę przysługę. Chociaż możesz nie myć. Wszystko mi jedno.

Nie wiem, czy jej było „wszystko jedno”, ale z kolacją poradziła sobie świetnie, biorąc pod uwagę zestaw produktów, który kupiłem. Nigdy nie byłem mocny w sprawach gospodarskich, więc podejrzewam, że Kopciuszek nie miał łatwo. Jednak mięso okazało się smaczne i w sam raz doprawione, a makaron nie był rozgotowany i hojnie potraktowany serem. Mimo to jadłem bez apetytu, niespodziewanie wróciwszy myślami do swoich sportowych dni i rozmowy z trenerem. Do tego, co naprawdę martwiło mnie najbardziej: mojego udziału w jesiennych europejskich turniejach i zwycięstwa w mistrzostwach kickboxingu. Do tego, co od dawna było celem i do czego nieustępliwie szedłem przez wiele lat.

Z Tagirem uchodziliśmy za najlepszych, ale nie zamierzałem oddawać koledze pierwszeństwa, choć mój trzymiesięczny urlop stał się dla niego przyjemną niespodzianką.

Tak, trener dał mi oddech, ale sam byłem zainteresowany tym, żeby jak najszybciej zamknąć sprawę ze studiami i wrócić do treningów. Właśnie dlatego życie osobiste nigdy nie było moim priorytetem. Tylko przelotne spotkania, kiedy można nie rozpraszać się uczuciami, a zapomnieć w fizycznych doznaniach. Z którymi dziś, chyba po raz pierwszy, tak pięknie zaliczyłem wtopę…

Właśnie myślałem o wczorajszej rozmowie z Siergiejem i jego ocenie moich ostatnich miesięcy w klubie sportowym, kiedy usłyszałem, jak w zamku drzwi wejściowych przekręca się klucz, a w przedpokoju rozlegają się kroki.

Mąż mojej starszej siostry, Ilja, wszedł do mieszkania, które formalnie wciąż należało do niego, zamknął drzwi i postawił torbę na podłodze. Zobaczywszy mnie, wsunął klucze do kieszeni i uniósł kącik ust w uśmiechu.

Wyszedłem mu naprzeciw i uścisnęliśmy sobie ręce. Jak zawsze Luk ciepło potargał mnie po potylicy i po męsku krótko objął za ramiona. Ja też cieszyłem się na jego widok; z Wańkiem uwielbialiśmy rodzinę Żeńki i lubiliśmy szwagra. Kiedyś zrobił dużo dla mnie i brata, którzy wcześnie stracili ojca, a moja pasja do kickboxingu i wschodnich sztuk walki w dużej mierze wiązała się z jego pojawieniem się w naszym życiu[2].

Po prostu kiedyś zobaczyłem Ilję na ringu i upiłem się ideą oraz pragnieniem, żeby stać się do niego podobnym.

— Cześć, Daniel. Witaj z powrotem. Dobrze cię widzieć!

— Cześć, Ilja. Ja też się cieszę. Od Bożego Narodzenia się nie widzieliśmy.

— Jak się masz? Słyszałem od Iwana, że jesteś w świetnej formie. Teraz sam to widzę.

— Już nie mogę się doczekać sparingu z tobą, wtedy zobaczysz. — Krótko parsknąłem śmiechem, przypomniawszy sobie, ile razy Ilja posyłał mnie nosem w piach, kiedy jako zasmarkany dzieciak prosiłem go, żeby dał mi pierwsze lekcje kung-fu przy stajni ojczyma. — Dawno nikt mnie tak naprawdę nie sprowadził na ziemię. Siergiej jest dobrym trenerem, ale ty umiesz dać lekcję tak, że chcąc nie chcąc, zapamiętasz i wykorzystasz.

— Umowa stoi. — Ilja miał co wspominać ze swojego wychowywania mnie i Wańka, więc odpowiedział uśmieszkiem. Wskazał skinieniem na torbę. — Wpadłem tylko na chwilę, nie spodziewałem się, że jesteś w domu. Rodzice czekali na ciebie jutro, ale Żeńka, dobra dusza, poprosiła, żebym zajrzał dziś do mieszkania, a przy okazji przywiózł ci coś od Donga, żebyś tu nie spuchł z głodu. Ale widzę, że martwiliśmy się na próżno. — Ciemnobrązowe oczy Ilji błysnęły pytająco. — Ładnie pachnie. Sam ćwiczyłeś w kuchni?

Rozumiałem powód zdziwienia Luka: gotować nie umiałem i nie lubiłem. Nas z bratem wychowały kobiety, matka, babka i starsza siostra, więc nie było szczególnej potrzeby męczyć się z gotowaniem. A jeśli byłem w mieszkaniu z dziewczyną, zawsze blokowałem zamek w drzwiach, żeby uniknąć niezręcznych scen; kiedyś umówiliśmy się tak z Wańkiem (po jednym nieprzyjemnym incydencie[3]) i więcej podobnych wpadek nie zaliczałem.

Do dzisiaj.

Nie zdążyłem jednak palnąć żadnej głupoty. Bo w tej samej chwili moja nieznajoma wyszła z sypialni z wiadrem i mopem w rękach, przymknęła drzwi nogą i ruszyła do łazienki. Ale zobaczywszy nas, wpatrzonych w nią, zahamowała i stanęła.

— D-dobry wieczór — wydukała i spięła się.

Staliśmy dalej, a sądząc po tym, że Ilja po raz pierwszy zwrócił uwagę na dziewczynę obok mnie, coś w niej go zainteresowało. Mam nadzieję, że nie moja koszulka i szorty. Bo za cholerę nie zdołałbym do końca wyjaśnić nawet samemu sobie, dlaczego znalazły się na niej.

— Dobry wieczór. — Ilja zawsze był oszczędny w słowach, więc i tym razem przeniósł wzrok na mnie i pytająco uniósł brew. — Dani, będziesz tak stał?

Chapter 4 / 7 · Page 3 of 4