Rozdział 5
— Jeśli chcesz kawy, możesz się napić. I rozpakuj torbę, którą wniosłem, na pewno jest tam jakiś deser. Częstuj się. Z kolacją sobie poradziłaś, więc zasłużyłaś.
Chciałam kawy, i to bardzo, więc nie odmówiłam, akurat czas jakoś minie. Za to deseru nie tknęłam, jednak mam dom. Niedługo wrócę i zapomnę o swojej okropnej przygodzie.
Kiedy siedziałam przy stole z gorącym napojem w dłoniach, starałam się nie patrzeć na chłopaka; przewijał coś w telefonie i chyba o mnie zapomniał. Tak nawet lepiej. Oderwawszy się przy kawie, zaczęłam myśleć o tym, co wieczorem powiem Daszy, jeśli okaże się, że nie odbieram telefonów. Właśnie teraz moja rodzina powinna już dojechać na lotnisko i przygotowywać się do wejścia do samolotu, więc rodzice nie mają teraz głowy do mnie. Ale kiedy wylądują w Niemczech, koniecznie muszę się odezwać.
Najważniejsze, żeby Stiopka był w domu, kiedy wrócę, i żebym nie musiała szukać brata u jego kolegów. Bo jeśli ktoś z naszych znajomych zobaczy mnie wałęsającą się po ulicy w męskiej koszulce i szortach… boję się, że łączność z tatą wróci wcześniej, niż znajdę swoje rzeczy i telefon. I będzie zupełnie obojętne, gdzie w tej chwili znajduje się Andrzej Woronow[1], na ziemi czy w powietrzu.
— No i co zdecydowałaś?
Zamyśliłam się nad swoim, więc niespodziewane pytanie chłopaka sprawiło, że drgnęłam:
— Co? O czym mówisz?
— Od pięciu minut mnie oglądasz, zaraz wypalisz dziurę. To podobam ci się czy nie?
Rzeczywiście siedziałam i patrzyłam na niebieskookiego, ale ku własnemu przerażeniu dopiero teraz to zauważyłam. Odpłynąć w swoje myśli zawsze było dla mnie banalnie łatwe, zwłaszcza z dobrą książką, ale przecież nie w mieszkaniu obcego chłopaka!
— Nie, ani trochę! — dwa razy zamrugałam rzęsami, czując, jak policzki zalewa mi gorąco wstydu, i natychmiast oblizałam zaschnięte usta.
Chłopak też mrugnął. Zmrużył oczy i z konsternacją uniósł brew:
— Nie zrozumiałem. Kopciuszku, ty teraz ze mną flirtujesz?
Jeszcze tego brakowało!
— N-nie — pokręciłam głową, ale nie odwróciłam wzroku, nie potrafiłam. Mój dzisiejszy wybawca umiał skupiać na sobie uwagę, to fakt.
— To szukasz wad? No i jak, znalazłaś?
Wad niebieskooki gbur nie miał, przynajmniej widocznych, i wiedział o tym lepiej ode mnie. Ale przecież nie przyznam tego, co oczywiste, kiedy właśnie na to czeka.
— Tak. Masz śmieszną fryzurę, k-krótką! — znalazłam odpowiedź, wypowiadając pierwszą głupotę, jaka przyszła mi do głowy. — Nie pasuje ci. I w ogóle nie jesteś w moim typie.
Odwróciłam się, założyłam pasmo włosów za ucho i złapałam łyżeczką resztki pianki w filiżance. Chciałam je zlizać, ale się rozmyśliłam. Tak i zamarłam, nie wiedząc, co robić dalej.
— No co ty? Serio?! — chłopak wcale nie zmartwił się niską oceną swojego wyglądu. Prychnął pytająco. — To znaczy, że lubisz długie?
Nie lubiłam. W ogóle w ludziach cenię różnorodność i prawo każdego do wyboru, jakim chce być i jak żyć. Ale przecież nie będę się wykręcać? Zamiast odpowiedzi wzruszyłam ramionami, w stylu: myśl sobie, co chcesz.
— A chłopacy pewnie blondyni? Skoro ja jestem brunetem.
— No, pewnie.
— I jeśli dalej iść po zaprzeczeniach, to pewnie niesportowi i niewysocy. Jakieś chude, mikre patyki z nudystycznymi skłonnościami?
Nagle się roześmiał. Przyjemnie tak; głos i śmiech niebieskookiego też okazały się na dziesięć punktów. Ale i tak mi się to nie spodobało. To żadna radość, kiedy ktoś się z ciebie śmieje. Jeszcze szczerzy zęby, białe i równe. Rozbójnicze!
— Coo? — Znów spojrzałam na chłopaka, ale już z oburzeniem. — Wcale nie!
— Właśnie tak! — nie uwierzył mi. — Nie bez powodu, Kopciuszku, tak się na mnie gapiłaś. Widocznie ze wszystkich sił próbowałaś się rozczarować!
Ile pewności siebie w tych niebieskich oczach! Można się kąpać!
Za to zrozumiałam, co zrobić z pianką. Wstałam i wylałam ją do pustej szklanki gbura, szkoda, że nie na głowę.
— Za to na pewno lubię mądrych! A ty jesteś głupi!
Z mieszkania wychodziliśmy w milczeniu. W samochodzie też nie rozmawialiśmy. Tym razem sam założył swoją kurtkę, a mnie dał ciepłą bluzę z kapturem, wcisnął mi ją w ręce i nie odmówiłam. A żeby nie pomyślał, że potrzebuję jego rzeczy, obiecałam odesłać wszystko pocztą. Niech tylko da adres, bo wcale nie mam ochoty widzieć go znowu.
Moja rodzina mieszkała w luksusowym wieżowcu w sąsiedniej dzielnicy miasta, a droga do domu okazała się wcale nie taka daleka. I wszystko byłoby dobrze, gdyby na ostatnim kilometrze naszej jazdy nie towarzyszył nam dźwięk zbliżającej się policyjnej syreny, co jakiś czas rozlegający się wśród tłumu samochodów.
Dziwne, może coś stało się na drodze? W tak dużym mieście jak nasze wypadki nie są żadną rzadkością, ale nie zaczęłam się ciekawić, żeby nie patrzeć na kierowcę.
Pokazałam, gdzie skręcić, i niebieskooki skręcił ze świateł w prawo. Żwawo obrócił kierownicę, zanurkował pod łukiem do wspólnego podwórza ładnych wieżowców i, zwolniwszy, pojechał alejką ku parkingowi przy placu zabaw.
No, nareszcie w domu!
Ale nie zdążyłam się ucieszyć i powiedzieć gburowi na pożegnanie „dziękuję”, gdy już zsuwałam się z siedzenia pod przedni panel crossovera, gorączkowo odpinając pas bezpieczeństwa. I nie zsuwałam się bez powodu, tylko dlatego, że zupełnie niespodziewanie zobaczyłam przy wejściu rodziców! Którzy właściwie powinni teraz być w niebie, w drodze do Hamburga! A zamiast tego stali przy naszej klatce i z całą pewnością na kogoś czekali!
Pytanie za sto punktów: na kogo?
Oblał mnie zimny pot razem z falą gorąca, gdy tylko zrozumiałam, jak się teraz przed nimi zaprezentuję. Ich mądra córka i prymuska, z której tata jest taki dumny! I która ani razu w życiu nie zawiodła jego ani mamy Daszy.
Boże, co robić? Nigdy nie zdecydowałabym się na akcję kobiecego protestu, gdybym nie była pewna, że oni nigdy się o tym nie dowiedzą. I nie dlatego, że by mnie potępili, najpewniej przeciwnie. Tylko dlatego, że… ogólnie… długo by tłumaczyć dlaczego!
Chwyciłam się za policzki i zsunęłam niżej. Audi niebieskookiego nieuchronnie zbliżało się do wejścia, a tata z Daszą odwrócili głowy…
— Oj, nie! Hamuj… Hamuj, słyszysz? No zatrzymaj się!
Chwyciwszy niebieskookiego za rękę, z głośnym szeptem zaczęłam wspinać się z powrotem między siedzenia. Niezgrabnie zsunęłam się ze skórzanego oparcia, wbiłam nosem w wielce umęczony bukiet żółtych chryzantem, zgubiłam buty, ale było mi już wszystko jedno.
— Wyjeżdżamy stąd natychmiast! Proszę!
Powiedzieć, że chłopak się zdziwił, to nic nie powiedzieć. Po prostu osłupiał i z całej siły nacisnął hamulec, dlatego właśnie spadłam. Ale szybko doszedł do siebie, kto by wątpił, i zaklął:
— Co? Znowu?! — oburzył się. — O nie!.. Ej, Ewo, czy jak ci tam? Wychodź! — odwrócił się i spróbował złapać mnie za kostkę. — Drugi raz nie nabiorę się na twoje „proszę”. I zabierz swoje buty… porozrzucałaś je tutaj! Nie jestem twoim księciem, żeby zbierać za tobą obuwie!
Ale i tak nie udałoby nam się odjechać. Bo w tej samej chwili, błyskając kogutami, na podwórze wjechał radiowóz i zagrodził nam drogę. Dwóch policjantów wyskoczyło z niego i stanęło po obu stronach crossovera. I zanim zdążyliśmy zareagować, niemal natychmiast rozległo się:
— Policja! Natychmiast wysiąść z samochodu! Ręce za głowę albo przed siebie!
— Cze-go-o? Co to za gówno?