Rozdział 2, część 1
Skorpion, dramat i żadnej magii
W przedpokoju naszego mieszkania pachniało lawendą, cynamonem i czymś podejrzanie podobnym do przypalonej skarpetki.
Tak jest! Przekroczyłam próg, zamknęłam drzwi i podniosłam z podłogi swoją skarpetkę z przepaloną piętą. Zaczyna się! Położywszy ją na komodzie, żeby wyrzucić później, postawiłam pod ścianą torbę z zakupami, które właśnie zrobiłam w supermarkecie po drugiej stronie ulicy, zdjęłam z ramienia torebkę i usiadłam na pufie. Zaczęłam rozsznurowywać adidasy.
– ...I od razu pani powiedziałam: nie proszę się wiązać ze Skorpionem! – dobiegł z gabinetu medium Astralii głos mamy, dźwięczny i dramatyczny. – Zwłaszcza jeśli ma Księżyc w Wodniku! To przecież emocjonalny chaos w opakowaniu z manipulacji, a nie człowiek! Najpierw przyciąga, potem znika, a potem pojawia się z masą warunków. Klasyka! Psychoenergetyczny wir!
– Więc co mam robić? – ktoś cieniutko zaszlochał.
– Po pierwsze, proszę pilnie pozbyć się wszystkich jego rzeczy. Zwłaszcza koszulki z napisem “King”, którą zostawił na widoku! Potem proszę kupić sobie kwiaty i przeprowadzić oczyszczanie mieszkania!
– A jak?
– Proszę narysować czerwoną szminką symbol Wenus na lustrze – to wzmocni kobiecą energię. I włączyć mantrę oczyszczającą na 432 herce. Najlepiej w słuchawkach, żeby sąsiedzi nie wezwali pogotowia.
– Rozumiem...
– I najważniejsze – on do pani nie pasuje! Więź karmiczna to poważna sprawa, żadnych Skorpionów! Potrzebuje pani kogoś łagodnego... Ryby, Byk, najwyżej Rak – żeby przytulał i komplementował pani aurę. Żadnej połowy majątku dla niego! Czy pani oszalała, proszę pomyśleć o dzieciach! Proszę nie zapominać, że duch pani byłego wciąż tu jest... Tak, tak, stoi za pani fotelem! I kategorycznie sprzeciwia się takiemu związkowi...
– A jeśli go wypędzić? To znaczy... ducha byłego?
– No, nie wiem... Można, oczywiście. Ale to bardzo kosztowne energetycznie! Potrzebuję doładowania, do widzenia!
Ściągnęłam adidasy, potem zdjęłam kurtkę i ciężko westchnęłam. Mruknęłam z rezygnacją, chowając tę ostatnią do szafy:
– Mało mi diabelstwa na uniwerku, to jeszcze w domu... Zajebiście!
Z pokoju mamy wyleciał dymek, a potem wysunęła się głowa w jedwabnym turbanie. Po niej ukazała się cała kosmiczna Astralia – jaskrawy makijaż, kolczyki, korale i czarno-różowa atłasowa szata w cekinach i dżetach.
Ezoteryczka, wiedźma, medium i tarocistka.
– Cześć, mamo – zamknęłam szafę i wzięłam torebkę. – Wróciłam! Znowu od rana ganiasz duchy po Zoomie? Obiecałaś przecież mniej pracować!
– Oj, Dianeczko! Jak dobrze, że jesteś w domu! – zaszczebiotała mama. – Słoneczko, zadzwoń do taty, powiedz, żeby kupił pizzę na kolację. Nie mam ani minutki wolnego czasu!
– Pizza była wczoraj, mamo. Nawet dwie.
– To sushi.
– Przedwczoraj.
– To... Oj! – mama nagle jęknęła, jakby przypomniała sobie, że zostawiła w szafie płonącą świeczkę. – Za pięć minut mam przecież live ze znanym kanałem telewizyjnym! Dianeczko, błagam, zrób kawę! Piąta godzina konsultacji i wszyscy na nerwach – zaraz wyciągnę nogi! Czekam! – zaśpiewała mama, cmoknęła mnie w policzek i znowu zniknęła w swoim astralnym gabinecie, zostawiając za sobą zapach lawendy i nadciągającego chaosu.
Nic nadzwyczajnego.
Zwykły dzień w rodzinie Koszkinów.
Z rezygnacją wciągnęłam zapach domu i wypuściłam powietrze:
– Jasne, ma. Najważniejsze, żebyś nie zaczęła ganiać duchów na kofeinie.
– I kanapkę!
Wzięłam spod ściany torbę z zakupami i ruszyłam do kuchni. Po drodze zajrzałam do korytarza i zapukałam do drzwi sypialni młodszego brata.
– Stas, jesteś w domu?
– Nie! – dobiegło głucho z pokoju. – Ale jeść będę!
Kto by wątpił.
– To przytargaj tu swój szkielet, duchu, pomożesz mi kroić warzywa. Pilnie potrzebuję osobistego niewolnika i kolacji!
– No, Dianka! Jutro mam sprawdzian!
– Jesteś trójkowiczem. Ty nie miewasz sprawdzianów – tylko wymówki i poprawki.
Jednak drzwi się otworzyły i zaraz za mną brat też przyczłapał do kuchni.
– Aha, i siostrę-dyktatorkę w pakiecie! – oburzył się marudnie, odbierając mi torbę z zakupami i zaglądając do środka. – A ja, tak między nami, pozmywałem!
Pozmywał, zauważyłam, więc czule poczochrałam brata po potylicy.
– Zuch, cały tata! Jeszcze roczek i nauczysz się gotować barszcz!
– Mam pokroić sałatkę? – zapytał Stas, wykładając na stół ogórki, szpinak i pomidory.
– Będziesz jadł spaghetti z parówkami?
– Jeszcze pytasz!
– To krój!
Wyjęłam z szafki tygielek i wsypałam do niego kawę. Postawiłam na kuchence. Zdjąwszy z półki kubek mamy, postawiłam go na stole i zwróciłam się do brata:
– Stas, nie wiesz, co pod naszym progiem robi moja przepalona skarpetka?
Przez dziesięć lat kariery mamy jako medium przywykliśmy już do nie takich rzeczy, więc brat spokojnie wzruszył ramionami:
– Wiem. To twoje nowe etui na amulet, coś w rodzaju skarpetki feniksa. Ma powiedziała, że przypaliła ją nad specjalną świecą, żeby aktywować czakrę romantycznego ruchu, i teraz gwarantuje ci stuprocentowe szczęście w życiu osobistym. Oczywiście jeśli pierwsza i z własnej woli weźmiesz skarpetkę do ręki...
– Ch-cholera! Już wzięłam.
– Do środka patrzyłaś? Na pewno jest tam pióro jakiejś papugi.
– Nie będę jej nosić na szyi!
I znowu brat wzruszył ramionami.
– Jak chcesz. Ale przecież wiesz, ma i tak ci ją gdzieś wciśnie. Martwi się, że nie masz chłopaka ani normalnych randek. Lepiej się zgódź, Dianka, a potem wyrzuć – poradził Stas i spojrzał na mnie oczami mądrymi nie na swój wiek. – Uwierz, czasem lepiej po prostu się nie kłócić.
W przypadku naszej mamy była to najrozsądniejsza rada, więc nawet nie znalazłam odpowiedzi. Tylko zdziwiłam się w duchu: w kogo mój piętnastoletni brat jest taki mądry?.. A potem poszłam po skarpetkę i wyrzuciłam ją do kosza.
Bul-bul. Kawa zawrzała. Wyłączyłam kuchenkę, przelałam aromatyczny napój do kubka z napisem „Wiedźma. Bogini. I po prostu laska” (taa, tata to u nas dopiero romantyk), zrobiłam parę kanapek i poszłam do sypialni rodziców.
Mama, pochylona, stała przy stole i z mistycznym wyrazem twarzy machała rękami przed ekranem laptopa, jakby próbowała rozpalić ognisko albo wypędzić z urządzenia energetyczne owady.
– Mamo, wszystko w porządku? – postawiłam kubek z talerzem na stole i zmarszczyłam brwi. – Trudna klientka ci nafoniła? – domyśliłam się.
– Oj, nawet nie wiesz jak, słoneczko! – westchnęła mama. – Czwarta sesja, dwa rozkłady tarota, trzy zaklęcia na przejrzenie... bez sensu! Kiedy kobieta jest zakochana, wyłączają się jej wszystkie zmysły oprócz jednego. Nawet instynkt samozachowawczy! I nie chodzi o różnicę wieku ani status bogatej wdowy, tylko o podstępną intrygę odwróconego Króla Mieczy, Lucyfera i Dziewiątki Pentakli!
– Oho, podstępny przypadek! – przejęłam się.
– Niełatwy – skinęła głową mama, nadal robiąc pasy rękami. – Ale nie chodzi o klientkę, z jej alfonsem sobie poradzę. Tylko o nadchodzący podcast w telewizji, który zaraz się zacznie!
– A co jest z nim nie tak?
Mama chwyciła ze stołu zastawionego różnymi ezoterycznymi drobiazgami (świecami, lusterkami, kryształami) wachlarz i kilka razy się nim owiała. Od tego jej długie sztuczne rzęsy zatrzepotały.