Rozdział 2, część 1
– Wyobrażasz sobie, że właśnie dzwonił do mnie asystent reżysera i poinformował, że stream poprowadzi jakiś gwiazdorski prowadzący i grupa ekspertów! I teraz strasznie się martwię, co oni wszyscy knują, dlatego plotę ochronną pajęczynę przed urokiem!
– A-a...
– Och, czuję, że stoję u progu jakiejś awantury.
– A gdyby odmówić? Niech prowadzą stream bez ciebie.
– Nie mogę, Diano. Czuję, że nie mogę, i już!
Szczerze mówiąc, mama nie powinna była się przejmować. Po pierwsze, przez te lata nieraz udowodniła, że potrafi radzić sobie ze znacznie odważniejszymi wyzwaniami – od walki z samą sobą i swoimi dziwactwami po usunięcie plamy z atramentu z paszportu taty, którą zrobił Stas, i zwycięstwo w programie „Ring jasnowidzów”.
A po drugie, w jej ezoterycznych dziwactwach było coś... prawdziwego. Coś, co nawet nas, jej najbliższych, nieraz zmuszało do myślenia: a może nadprzyrodzone siły istnieją? Może nie wszystko jest tak jednoznaczne, jak się wydaje? I do traktowania jej poważnie.
Czasami nam wszystkim wydawało się, że mama naprawdę jest wiedźmą. W dobrym znaczeniu tego słowa. No, prawie.
Zwłaszcza po pewnej dawnej historii z samolotem.
Spóźnialiśmy się wtedy całą rodziną na lot do Turcji. Stas był mały, marudził, na drodze zamknięto ruch i zrobił się korek. Ja ciągnę swoją walizkę, mama z bratem na rękach dyszy jak smok, tata klnie i z torbami w rękach toruje sobie w biegu drogę barkami. Wszyscy jesteśmy już prawie u celu...
I wtedy piękna dziewczyna przy stanowisku z uśmiechem informuje: Odprawa na lot zamknięta. Koniec. Spóźnili się państwo.
– Mać by to trafiła! – pamiętam, wybuchnął tata. – No to sobie odpoczęliśmy!
I z nadmiaru emocji rzucił parę mocnych słów.
A mama odpowiedziała:
– Tolik, nie denerwuj się! Odprawa się skończyła, ale samolot przecież jeszcze nie odleciał!
Po czym wcisnęła mi brata, pogrzebała w torebce i wykręciła ze szminki miniaturową świeczkę. Niewiele myśląc, zapaliła ją prosto tam – na stanowisku odprawy. I zaczęła kreślić nad nią palcem wskazującym znak nieskończoności.
– Nataszka, oszalałaś! – tata rozejrzał się na boki, ze strachu rezygnując z dalszego „dymienia”. – Przecież nas aresztują!
– Mamo! – szarpnęłam rodzicielkę za sukienkę na wszelki wypadek.
– Mama... – nawet Stas się przestraszył i zaczął pochlipywać.
Piękna dziewczyna za stanowiskiem też się zdenerwowała i już miała wezwać ochronę... Ale jej krótkofalówka nagle pisnęła i zamilkła, a przez głośniki ogłoszono, że nasz lot opóźniono o trzydzieści minut z nieznanych przyczyn.
Wtedy nie tylko wsadzono nas do samolotu – odprowadzono nas jeszcze do klasy biznes razem z grupą spóźnionych dyplomatów. Więc to właśnie w Turcji tata kupił mamie pierwszą w życiu kulę do wróżenia. Kryształową!
Albo jeszcze to.
W zeszłym roku, w moje urodziny, mama nagle powiedziała, że na mojej drodze majaczy „młoda energia z konfliktową przeszłością i dobrą figurą”. I jak myślicie? Właśnie tego dnia w supermarkecie, kiedy zdejmowałam z półki torcik, wpadł na mnie Denis Demoniec.
Wypadł zza rogu z demoniczną charyzmą, zostawił mi siniaka na czole i posadził tyłkiem na pudłach z pomarańczami. Dobrze, że złapał tort, bo inaczej by nie przeżył.
Potem, kiedy zbieraliśmy z nim pomarańcze z podłogi, z wściekłości myślałam, że przejadę Demonca wózkiem – ze dwadzieścia razy! Nie wytrzymałam, wzięłam z półki pomidora i rozkwasiłam go o jego koszulkę.
Fuj! Znowu o nim pomyślałam!
Krótko mówiąc, mama niepotrzebnie się martwiła. Wielka rzecz, znany kanał telewizyjny! Jacykolwiek awanturnicy, cokolwiek by knuli, mogli połamać sobie zęby na zdolnościach Astralii!
– Mamo, wszystko będzie dobrze, nie martw się! – Objęłam mamę, wchodząc w chmurę perfum, i uśmiechnęłam się do niej pokrzepiająco. – Najważniejsze, żebyś zjadła kanapki, póki jest czas. I wywietrz pokój po świecach. Bo tata zablokuje wszystkie wyjścia na astral, jeśli doprowadzisz się do omdlenia!
Mama się zgodziła, a ja poszłam robić kolację. Oby tata wreszcie miał wolne – przynajmniej zjemy normalny barszcz, a może nawet kaczkę i placek!
***