SOVABOO

Sokół i Czyż

Ch. 1: Rozdział 1, część 1

Rozdział 1, część 1

Reading sample

By Yanina Logvin

Chapters in sample: 19

sAbout 193 min read

— No cóż, nie masz farta, Fańka — stwierdziła Ulana, a ja wypuściłam smutne westchnienie prosto do kubka, leniwie grzebiąc łyżeczką w taniej torebce herbaty.

— No ba, i to jak. Tylko się zastrzelić!

Siedziałyśmy z moją najepszą psiapsiółką w hałaśliwym bufecie w głównym gmachu uniwersytetu, wałkując ostatnie rewelacje z mojego skomplikowanego studenckiego życia.

Jeszcze wczoraj wszystko grało. Uczyłam się nieźle, dorabiałam, a przez całe dwa i pół roku studiów na ekonomii wynajmowałam ośmiometrową klitkę u babci Moti. I nagle, dzisiaj rano, całe moje poukładane życie szlag trafił. A wszystko przez to, że bladym świtem rzeczona babcia Motia wparowała do mojego pokoju jak wystraszony hipopotam i zduszonym głosem zapiszczała — trzymając się za serce i przewracając rybimi oczami za grubymi szkłami okularów:

— Anfiska! Pakuj manatki i wiej stąd, gdzie pieprz rośnie! Żeby mi noga twoja nie postała na moim progu! Możesz nawet za ten miesiąc nie płacić, o!

Powiedzieć, że byłam w szoku, to jak nie powiedzieć nic. Płaciłam zawsze w terminie (dzięki Bogu za starych, wspomagali córeczkę, jak mogli), imprez nie robiłam, gachów nie sprowadzałam… Staruszka nazywała się Matylda Iwanowna i była kobietą nader ogarniętą: miała własny laptop, słuchawki i od trzech lat konto na fejsie. Kochała tureckie seriale, tutoriale z dzierganiem i pieczenie ciast. Żyłyśmy ze sobą jak w puchu, a tu taki numer…

— D-dzień dobry, pani Matyldo. Ale o co kaman? Czemu mnie pani wygania?

Oderwałam głowę od poduszki, zdmuchnęłam z oczu grzywkę i wytarłam pięścią zaśliniony policzek. Jednak kucie makroekonomii do czwartej nad ranem ścina z nóg skuteczniej niż prochy na sen!

Spocone dłonie babci Moti natychmiast klasnęły o jej potężny biust.

— Ja?! Bójże się Boga, dziecko! Ja cię nie wyganiam. Ja cię, można powiedzieć, przed rzeźnikiem ratuję!

— W sensie? — musiałam w końcu usiąść i wygrzebać nogi spod kołdry. — Przed jakim rzeźnikiem? — Przetarłam oczy pięściami.

— Przed rodonym siostrzeńcem! Żebym go, iroda jednego, na oczy nie widziała. Dzisiaj akurat wyszedł z paki. Dwanaście lat, złodziej przeklęty, odbebnił za rozbój, odzyskał wolność i od razu do mnie uderzył. Dobrze, że chociaż zadzwonił! „Czekaj na mnie, cioteczko, wracam na łono rodziny! Tylko ty mi, krew z krwi, na tym świecie zostałaś!”… To koniec, Fańka! — oczy babci Moti za szkłami zrobiły się jeszcze większe. — On już tu jedzie!

— A-a-a! — wrzasnęłam.

— A-a-a! — zawtórowała mi pani Matylda i przepełniona głębokim żalem, cmoknęła mnie siarczyście w czoło (oby siniaka nie było!). — Nie wspominaj staruchy złym słowem, mała — wychlipała. — Pomogłam, jak mogłam.

Po czym dodała, roniąc rzewną łzę:

— Dawaj, pakuj torby raz-dwa, zaniesiemy do garażu. Dam ci klucz. Jak znajdziesz jakąś stancję, to sobie odbierzesz klamoty. A kluczyk wrzucisz mi potem do skrzynki. I żebyś mi tu nogą nie powstała, jasne?! Nie daj Boże, wpadniesz zbirowi w oko — to się nie wywiniesz…

— No i tak to wygląda, Ula — znowu pociągnęłam nosem i spojrzałam na pasztecik. Nie chciało mi się pić ani jeść, a ten placek z kapustą wyglądał na czerstwy i niejadalny.

— No, niefajnie, delikatnie mówiąc — westchnęła przyjaciółka, podpierając policzek. — Słuchaj, Fań, a może spróbuj uderzyć do akademika? Jesteś studentką, do tego przyjezdną. Muszą przecież zrozumieć sytuację.

— Byłam. Poleciałam tam prosto od babci Moti.

— I co?

— Brak miejsc! Za trzy tygodnie sesja, na święta wszyscy się rozjadą, może ktoś wyleci… W każdym razie kierowniczka obiecała pomóc.

— No widzisz, już coś!

Chapter 1 / 60 · Page 1 of 2