SOVABOO

Sokół i Czyż

Ch. 1: Rozdział 1, część 1

Rozdział 1, część 1

Reading sample: chapter 1 of 19

— Ale ja mam dość akademika we własnym domu, Ula! Widziałabyś moją szaloną rodzinkę. Przywykłam do swobody, rozumiesz? Tak łatwiej skupić się na nauce. Muszę znaleźć jakiś kąt, żeby się przekimać parę dni, a potem dziewczyny z agencji mają coś ogarnąć. Ech, Ulka — westchnęła znowu, dźgając torebkę herbaty łyżeczką — tak mi żal tej mojej norki, że brak słów. I nie mam pojęcia, gdzie się teraz podziać.

— Fań, a może jednak do mnie? — Uljana spojrzała na mnie z troską. — Przynajmniej nie na ulicy. Starych urobię, a Aleks prześpi się na podłodze, nie jest z cukru. Gdzieś w przedpokoju. Albo w wiatrołapie! Co?

Oto potęga prawdziwej przyjaźni — aż mi się oczy zaszkliły. Ale nie jestem przecież mendą! Gdyby nastrój był lepszy, na pewno obie boki byśmy zrywały z jej starszego brata śpiącego w wycieraczce, ale teraz… Mało tego, że Ulka z Leszkiem wciąż dzielili pokój w rodzinnym m-3, to jeszcze tylko mnie tam brakowało do pełnego szczęścia.

— Nie, dzięki, kochana, ale jeszcze mi życie miłe!

С tym „życiem” to ani trochę nie ściemniałam. Rzecz w tym, że rodzina mojej przyjaciółki Uljaszy była mocno międzynarodowa. Tata Koreańczyk, mama — jasnowłosa polka, więc dzieciaki wyszły im jak z obrazka. Oboje różowouści, jasnoocy i zgrabni. Tyle że, w przeciwieństwie do Ulki, Leszkowi (ksywa Leszy) po ojcu spłynęła też niespotykana pewność siebie, więc laski ganiały za nim tabunami! Nie mniej niż za jego kumplami — Malwinem i Sokołem.

Ja natomiast, w przeciwieństwie do psiapsiółki, urodę miałam raczej standardową, słowiańską. Wzrost średni, włosy jasnobrązowe z naturalnymi refleksami. Za gęste i za długie, aż do pasa, ale nauczyłam się nad nimi panować, skręcając je na czubku głowy w ciasny koczek. Nawet rzęsy mam całkiem konkretne! Nie gorsze niż u Malwina… no, jak je pomaluję. A tak, to zwykłe rzęsy i zielone oczy. Nic nadzwyczajnego.

A! Przecież się nie przedstawiłam!

Nazywam się Anfisa — dla swoich Fańka. Nazwisko: Czyżyk. Wiem, combo zabójcze, ale pretensje do rodziców zgłosiłam już lata temu. Gdzieś tak w trzeciej klasie. Tak bardzo chciałam być Olą albo Leną. Albo Katarzyną — jak ta wielka caryca! Ale gdzie tam! Bądź łaskawa z godnością nosić imię ukochanej babuni! A to, że rodzinka, żeby się nie myliło, skróciła nasze imiona do Fiski i Fańki — to już pikuś! Nikt ani mnie, ani babci o zdanie nie pytał!

 

Enjoyed the story?

There are 18 more free chapters ahead.

Chapter 1 / 60 · Page 2 of 2