SOVABOO

Sokół i Czyż

Ch. 16: Rozdział 7, część 2

Rozdział 7, część 2

Chapter 16/60 · Page 1 of 225%

POV Czyż

W sobotni zimowy poranek w każdym podwórku, w każdym miasteczku życie zaczyna się nieco później niż zwykle. I w ten weekend, na rodzinnym podwórku pod domem rodziców, panowała względna cisza, a ja skradałam się do klatki jak mysz polna do granicy miasta. Nie odbijając się w oknach sąsiadów fizjonomią i nisko nasunąwszy czapkę na oczy.

Przyczyną tego dziwnego zachowania z mojej strony był były chłopak – sąsiad z klatki schodowej i pierwsza miłość. A dokładniej fakt, że w ten weekend on również gościł u rodziców i znajdował się gdzieś w pobliżu. Żeby się z nim nie spotkać, byłam gotowa na wszelkie fortele, nawet zostać Człowiekiem-Niewidką albo Batmanem wlecieć przez okno. W zupełności wystarczało mi naszych spotkań na uniwersytecie i wieloznacznych spojrzeń: „Wróć, wszystko wybaczę”. A jeśli w dużym mieście wydawało mi się, że fakt rozstania jest dla nas obojga oczywisty, to w rodzinnym miasteczku pamięć byłemu z dziwną stałością szwankowała, i on wciąż na nowo nękał mnie spotkaniami i wyjaśnianiem relacji. A dokładniej mówiąc – prześladował „prawdziwym uczuciem”, które według jego twardego przekonania (trzy cha-cha!) zawsze należało do Anfisy Czyżyk.

Weszłam do klatki, wbiegłam na palcach na trzecie piętro i zaskrobałam w znajome drzwi kluczem. Wchodząc do rodzinnego domu, przymknęłam za sobą drzwi, i dopiero gdy szczelił zamek, niegłośno zawołałam rodziców:

– Ma-mo? Ta-to? Gdzie jesteście? To ja!

W przedpokoju pachniało jedzeniem, w kuchni cicho mruczał telewizor… Zrzucając z ramion kurtkę puchową i zdejmując kozaki, ruszyłam na spotkanie z zapachami.

– Anfisa! Córeczko! No w końcu przyjechałaś! Chodź prędzej do mnie, moja dziewczynko, ja cię przytulę! – wydechnęła mama, witając mnie mocnymi objęciami z pocałunkiem. Rozwinąwszy przede mną, w dwie sekundy obmacała i obejrzała, czy cała, i znów przycisnęła do siebie.

Jakże ja kocham wracać do domu!

– Cześć, mamo!

– A policzki to, policzki jakie od mrozu zimne! Faneńka, zmarzłaś? Gdzie twój szalik? Czemu tak lekko ubrana? Ty co, schudłaś? No, podnieś sweter! Oczywiście, i koszulki nie założyłaś! I oczy błyszczą. Czy ty przypadkiem nie zachorowałaś, córuś?

– No nie-e! – zaśmiałam się i sama mocno-mocno objęłam mamę.

Nieważne, co czuję w duszy i co za kocioł dzieje się w życiu. Mam nie można zasmucać, im za nas podwójnie boli. Jeśli u nas na sercu rysa, to u nich – rozłam. Jeśli zadrapanie, to u mam – żywa rana. No nic, pobędę sobie obok, nasycę się miłością, a potem znowu pójdę w wielkie życie optymistką. Mamy potrafią wszystko rozstawić na półkach.

– Fańka, co z tobą? – zdziwiła się mama, śmiejąc się pod nosem. – Stęskniłaś się? – w dzieciństwie w ogóle wisiałam na niej jak pająk. Zresztą, na ojcu też.

Skinęłam głową:

– Jeszcze jak! Ma-mo, a czym tak pysznie pachnie? – przymrużyłam jedno oko, zaglądając w ukochaną twarz. – Czyżby drożdżówki z serem?

– One właśnie, twoje ulubione. Dobrze, Fania, że zadzwoniłaś rano. Ja zbiegłam na targ i oto… już niedługo się upieką. A tymczasem siadaj, pokrzep się po podróży. Fiedia jeszcze wieczorem przygotował zupę z kluskami na żeberkach. Jakby wiedział, że przyjedziesz.

Mmm-m-m. Uwielbiam żeberka! I tatusia kocham!

Umyłam ręce, usiadłam do stołu i zaczęłam pracować łyżką jak stachanowiec. Mlask, mlask. No, ale naprawdę chce się jeść!

– A gdzie tata?

– A z Jurą pojechali na ryby. Mają, widzisz, sezonowe branie! No nic, wrócą na obiad. A na kolację może i rybka będzie.

Mama zmarszczyła brwi, ja też.

– Fania, do Jury i Diny przyjechał syn. Zapraszali nas z ojcem na herbatę, ale nie poszliśmy.

– Wiem, dzwonił do mnie.

– Popatrz no – mama nieprzyjemnie się zdziwiła, a ja o mało co nie ugryzłam się w długi język – ile czasu minęło, a on wciąż się nie odczepi. Może, córeczko, mam jeszcze raz porozmawiać z Diną? Co myślisz?

– Nie, mamo – machnęłam ręką z łatwością. – Daj spokój! Nie brakowało jeszcze, żebyście wy z tatą w nasze sprawy się wtrącali. Sami się dogadamy, pomyślisz! Już nie dzieci.

Rodzice byłego przyjaźnili się z jego rodzicami wiele lat. Razem wprowadzali się do domu, razem prowadzili dzieci do szkoły i przedszkola, mieszkali drzwi w drzwi. Po naszym rozstaniu przyjaźń między rodzinami ochłodziła się. (No co tu dużo mówić, był czas, kiedy spadła do punktu zamarzania!) A jednak teraz rodzice starali się utrzymywać przyjacielskie stosunki z sąsiadami. I wydaje mi się, że obie rodziny w tajemnicy na coś jeszcze liczyły, ale ja te nadzieje kategorycznie starałam się ignorować.

Żeberka okazały się tak smaczne, że nawet kości obgryzłam. Mama właśnie wyjęła z piekarnika rumiane drożdżówki z serem i smarowała je masłem, kiedy wstałam od stołu, podeszłam i mocno objęłam ją od tyłu. Pocałowałam w ramię przez szlafrok.

– Mamusiuu…

Mama od razu się spięła.

– Fania, na pewno wszystko u ciebie dobrze? – spojrzała zdezorientowana. Przejechała dłonią po moich włosach. – Jakaś ty rozstrojona.

Postarałam się udawać beztroskę.

– Wszystko po prostu świetnie, mamo! Uczę się, pracuję. Ja u ciebie w ogóle zdolna jestem!

– Och, Fańka…

Mama się zaśmiała i wsunęła mi do ust kawałek drożdżówki. Z przyjemnością schrupałam.

– A jak tam Pani Matylda sobie radzi? – zapytałam. – Swoją drogą, wciąż nie mogę znaleźć czasu, żeby się z nią skontaktować na WhatsAppie. Obiecała mi wysłać link do nowego tureckiego serialu, a naszej Babci Fiśce – specjalny wzór na druty. Babcia dzierga Robertowi sweter na urodziny, tylko to na razie tajemnica!

Boże, jak ja nie lubię kłamać.

– A, radzi sobie dobrze. Jogę uprawia, z koleżankami chodzi do teatru. Nie nudzi się! – I pośpieszyłam przestawić zwrotnicę torów mamy, zanim coś wyczuła. – Mamo, a co byś powiedziała na to, żebym przeprowadziła się do akademika?

– Do akademika? – mama, oczywiście, się zdziwiła. – Studenckiego?

– No tak, – wzruszyłam ramionami. – Wiesz, tam jest wesoło. I w ogóle inne życie…

– Anfisa, czy ty masz chłopaka?

Aż otworzyłam usta. Sama nie wiem, czy ze zdziwienia, czy ze strachu, że mamusiny promień rentgena jednak wykrył niezidentyfikowany pierzasty obiekt w niebezpiecznej bliskości.

– No nie. Skąd ci to przyszło do głowy?

Mama wzruszyła ramionami, lekko zmieszana.

– Nie wiem. Pewnie dlatego, że stałaś się już taka dorosła, samodzielna. Jeszcze chwila, a wyjdziesz za mąż, a my z Fiedią nawet się nie zorientujemy.

Znowu się do mamy przytuliłam. No uwielbiam przytulasy, choć chleba mi nie dawaj!

– Ojej, mamo, przestań! Po co mi oni wszyscy – zdrajcy! Ja was kocham!

– No ale nie wszyscy, Fania, zdrajcy! – mama aż się oburzyła, stając w obronie płci męskiej. Jeszcze by się nie oburzyła przy naszym tacie – człowieku jednej miłości. – Są i normalni chłopcy. Popatrz, Oksana Suslikowa, twoja koleżanka z klasy – oni z Żenią Prochorowem spotykają się już trzeci rok i wygląda na to, że sprawa zmierza do ślubu. Może nie jest piękniś z twarzy, ale duszę ma dobrą… Ty byś może też zwróciła uwagę na normalnych chłopców. Ty przecież u nas dziewczyna ładna.

Chapter 16 / 60 · Page 1 of 2