Rozdział 7, część 2
To mama mnie żałuje. Wciąż się martwi, że w duszy schnę za byłym, choć jej się do tego nie przyznam. Podejrzewa niezagojoną ranę. Myśli, że cierpię dumnie, dlatego trzeci rok z nikim się nie spotykam. A potrzebny mi on jak wrzód na nosie! Za nim tu pół dzielnicy wzdycha, wychowali rodzice „łabędzia”. Nie, dziękuję, nie ten mam charakter – w miłości cierpieć. Tak, bolało, bardzo bolało, ale wyrwałam z korzeniami i zapomniałam. Niech inni wchodzą na grabie, ja już swoje w łeb dostałam. Lekcję zapamiętałam na całe życie.
A co do Żeńki z Oksanką… Jak dla mnie, ta Suslikowa to jeszcze jaka kapryśna maruda! Ja bym na miejscu Prochorowa już ją w jakimś kwietniku chwastami zasypała. Kapryśna i zazdrosna do obłędu. A Żeńka naprawdę fajny chłopak, co prawda, skromniś i milczek.
– Mamo, ty teraz mówisz jak nasza Babcia Fiśka.
– Tak? A co Babcia Fiśka mówi?
– Mówi, że młoda dziewczyna nie ma po co mieszkać ze staruchą Matyldą. Że powinnam włóczyć się z młodzieżą, chodzić na potańcówki, a nie siedzieć z babciami w kuchni i pluć łupinami ze słonecznika. Że skwaśnieję jak zsiadłe mleko w kwiecie wieku i za rok będę robiła na drutach skarpety, tak jak ona.
– To nasza babcia tak mówi?!
– Nasza!
Roześmiałam się, mama też. Znaczy się, sprawę z akademikiem można uznać za załatwioną. Dobrze. Jak wrócę, najpierw jeszcze raz zajdę do komendantki, przypomnę o sobie, bo dziewczyny z agencji coś milczą.
– Fania! Fania przyjechała! Fania!
Maluchy – młodsze siostry – przemknęły przez mieszkanie jak huragan, wdrapały się na kolana i zawisły mi na ramionach. Zajrzały prosto w oczy, ugniatając szyję.
– A co nam przywiozłaś?
– No właśnie, co nam przywiozłaś?
– Co?
– Co?
Jak to bliźniaczki – zawsze na dwa głosy.
– Dziewczynki! – przywołała je mama. – Jak wam nie wstyd! – powiedziała z wyrzutem. – Anfisa wróciła do domu, do swojej rodziny, to my powinniśmy ją witać i częstować!
Ale oczywiście coś im przywiozłam. Dwa Kindery i pomarańczę dla brata. Czym chata bogata, jak to się mówi.
– Fania! Fania!
– No przecież ja to, dziewczynki! Tylko nie wrzeszczcie tak głośno – poprosiłam – przecież ściany mamy cienkie! Sąsiedzi usłyszą.
Ale jak tu uciszyć maluchy? Wciągnęły Kindery i od razu z pretensjami:
– Fania, a nas Robik bije!
– Tak, bije!
– Nie bawi się z nami!
– Wcale się nie bawi!
– I tacie pomagać nie chce!
– Nie-e! – i buźki takie nadąsane, jak u dwóch mopsików.
Nie powstrzymałam się, pogłaskałam je po włosach. Śmieszne zielonookie rozrabiary w piżamach. Zupełnie jak ja kiedyś. Choć z piżamy to ja, prawdę mówiąc, do tej pory nie wyrosłam.
Spojrzałam na mamę.
– Mamo, Kostka Rubika tam co, całkiem nosa zadziera? Czemu nie pomaga, nie rozumiem?
Mama tylko machnęła ręką.
– Ach, Fania, ci chłopcy… Robert ma teraz trudny wiek. Od komputera dźwigiem go nie odciągniesz. Jakie tam pomaganie! Lekcje tylko pod przymusem. Z dziewczynami nie wyjdziesz, po chleb posłać – problem. W głowie same gry!
– Co? Jaki tam trudny wiek! – wstałam od stołu. – Idę! Co to za nowości!
– Dokąd? – podskoczyła mama.
– Dokąd?
– Dokąd? – zapiszczały dziewczynki.
– Do dziecięcego pokoju, – zmarszczyłam brwi jak Karabas-Barabas i pstryknęłam siostrzyczki w noski. – Przywitam się z bratem!
P.S. Drodzy Czytelnicy, mam nadzieję, że podoba się Wam historia Anfisy i Artema. Będzie mi ogromnie miło przeczytać Wasze komentarze!