SOVABOO

Sokół i Czyż

Ch. 16: Rozdział 7, część 2

Rozdział 7, część 2

Chapter 16/60 · Page 2 of 226%

To mama mnie żałuje. Wciąż się martwi, że w duszy schnę za byłym, choć jej się do tego nie przyznam. Podejrzewa niezagojoną ranę. Myśli, że cierpię dumnie, dlatego trzeci rok z nikim się nie spotykam. A potrzebny mi on jak wrzód na nosie! Za nim tu pół dzielnicy wzdycha, wychowali rodzice „łabędzia”. Nie, dziękuję, nie ten mam charakter – w miłości cierpieć. Tak, bolało, bardzo bolało, ale wyrwałam z korzeniami i zapomniałam. Niech inni wchodzą na grabie, ja już swoje w łeb dostałam. Lekcję zapamiętałam na całe życie.

A co do Żeńki z Oksanką… Jak dla mnie, ta Suslikowa to jeszcze jaka kapryśna maruda! Ja bym na miejscu Prochorowa już ją w jakimś kwietniku chwastami zasypała. Kapryśna i zazdrosna do obłędu. A Żeńka naprawdę fajny chłopak, co prawda, skromniś i milczek.

– Mamo, ty teraz mówisz jak nasza Babcia Fiśka.

– Tak? A co Babcia Fiśka mówi?

– Mówi, że młoda dziewczyna nie ma po co mieszkać ze staruchą Matyldą. Że powinnam włóczyć się z młodzieżą, chodzić na potańcówki, a nie siedzieć z babciami w kuchni i pluć łupinami ze słonecznika. Że skwaśnieję jak zsiadłe mleko w kwiecie wieku i za rok będę robiła na drutach skarpety, tak jak ona.

– To nasza babcia tak mówi?!

– Nasza!

Roześmiałam się, mama też. Znaczy się, sprawę z akademikiem można uznać za załatwioną. Dobrze. Jak wrócę, najpierw jeszcze raz zajdę do komendantki, przypomnę o sobie, bo dziewczyny z agencji coś milczą.

– Fania! Fania przyjechała! Fania!

Maluchy – młodsze siostry – przemknęły przez mieszkanie jak huragan, wdrapały się na kolana i zawisły mi na ramionach. Zajrzały prosto w oczy, ugniatając szyję.

– A co nam przywiozłaś?

– No właśnie, co nam przywiozłaś?

– Co?

– Co?

Jak to bliźniaczki – zawsze na dwa głosy.

– Dziewczynki! – przywołała je mama. – Jak wam nie wstyd! – powiedziała z wyrzutem. – Anfisa wróciła do domu, do swojej rodziny, to my powinniśmy ją witać i częstować!

Ale oczywiście coś im przywiozłam. Dwa Kindery i pomarańczę dla brata. Czym chata bogata, jak to się mówi.

– Fania! Fania!

– No przecież ja to, dziewczynki! Tylko nie wrzeszczcie tak głośno – poprosiłam – przecież ściany mamy cienkie! Sąsiedzi usłyszą.

Ale jak tu uciszyć maluchy? Wciągnęły Kindery i od razu z pretensjami:

– Fania, a nas Robik bije!

– Tak, bije!

– Nie bawi się z nami!

– Wcale się nie bawi!

– I tacie pomagać nie chce!

– Nie-e! – i buźki takie nadąsane, jak u dwóch mopsików.

Nie powstrzymałam się, pogłaskałam je po włosach. Śmieszne zielonookie rozrabiary w piżamach. Zupełnie jak ja kiedyś. Choć z piżamy to ja, prawdę mówiąc, do tej pory nie wyrosłam.

Spojrzałam na mamę.

– Mamo, Kostka Rubika tam co, całkiem nosa zadziera? Czemu nie pomaga, nie rozumiem?

Mama tylko machnęła ręką.

– Ach, Fania, ci chłopcy… Robert ma teraz trudny wiek. Od komputera dźwigiem go nie odciągniesz. Jakie tam pomaganie! Lekcje tylko pod przymusem. Z dziewczynami nie wyjdziesz, po chleb posłać – problem. W głowie same gry!

– Co? Jaki tam trudny wiek! – wstałam od stołu. – Idę! Co to za nowości!

– Dokąd? – podskoczyła mama.

– Dokąd?

– Dokąd? – zapiszczały dziewczynki.

– Do dziecięcego pokoju, – zmarszczyłam brwi jak Karabas-Barabas i pstryknęłam siostrzyczki w noski. – Przywitam się z bratem!

 P.S. Drodzy Czytelnicy, mam nadzieję, że podoba się Wam historia Anfisy i Artema. Będzie mi ogromnie miło przeczytać Wasze komentarze!

Chapter 16 / 60 · Page 2 of 2