SOVABOO

Rozdział 14, część 3

— Pracowałam — gapiłam się na chłopaka, który nagle wyrósł przede mną jak spod ziemi. — Wczoraj była sobota, dzisiaj niedziela, a to znaczy, że u Timura na bank będą ludzie. W „Marakanie” wolne mamy w poniedziałki, nie wiedziałeś? Poza tym… nie mam kasy. A głupio mi prosić rodziców, widziałeś, ile nam nakupili. Rozumiesz?

— Nie, nie rozumiem — uciął uparcie. — Nie rozumiem, Czyżyk! A jeśli znowu trafi się tam jakiś palant? Mało ci wczorajszego?

Zamurowało mnie. Nie byłam pewna, czy dobrze zrozumiałam jego słowa. Dlaczego nagle się wściekł? Bo przecież się wściekł, prawda?

— O co ci chodzi, Sokolski? — zamrugałam zszokowana. — Tam są ludzie i ochrona. W razie czego zawołam Tolika albo Saszkę. Nie pierwszy raz!

— Nie pierwszy raz? — oczy chłopaka rozszerzyły się i rozbłysły jeszcze mocniej. — Dobra, Czyżyk! — opadł na krzesło i oparł tył głowy o ścianę. Złapał mnie za nadgarstek, zatrzymując przy sobie. — Chyba masz rację, jestem chory. Serio, rozłożyło mnie! Czujesz, jaki jestem gorący? — niezdarnie przyłożył moją dłoń do swojego czoła, mrużąc brwi. — Możesz mi pomóc? Tak teraz?

Pomóc mogłam. Co więcej — chciałam! Ale po raz drugi mierzyć temperatury ustami… na to się nie odważyłam.

— Oczywiście — skinęłam głową, czując przez cienką skórę nadgarstka, jak parzy jego dłoń. — A czego chcesz?

— Nie wiem. A czego potrzebuję?

— Gdzie masz apteczkę? No wiesz, leki, wodę utlenioną, plastry, bandaż.

— Tam — wskazał na małą kuchenną szafkę. — W środku jest biały plastikowy pojemnik. Stop! Lepiej nie zaglądaj! — ostrzegł, ale ja już otworzyłam pudełko. Znalazłam wodę utlenioną, waciki i… napoczęte opakowanie prezerwatyw. To wszystko.

Cóż, nie żyjemy w epoce rycerzy, a to nie jest bajka o królestwie, gdzie nikt nie słyszał o antykoncepcji. Na wszelki wypadek przeszukałam resztę szafki.

— Tu nic nie ma. Żadnych leków przeciwgorączkowych, termometru, nawet węgla aktywnego. Sokolski, ty płoniesz. Co robimy? Z wyglądu nie jest najgorzej, ale nie jestem lekarzem. A jeśli to zapalenie płuc? Przemarzłeś w nocy jak pies.

— A co się może stać człowiekowi, jak ma gorączkę?

— Może się spalić. Nie dosłownie, ale to może być śmiertelne.

— O! Właśnie, Czyż! I ja też mogę?

— Artem, przestań! — odwróciłam się. — Ty tak na serio?

— Śmiertelnie serio! Wiem, że potrzebuję pomocy!

— Chcesz okład? Głowa cię boli? Wezwać pogotowie? Co?

— Wszystko! Ale ty, Czyżyk, oczywiście możesz iść do pracy, ja jakoś wytrzymam. Nie! Żadnych karetek, rozmyśliłem się!

Rozglądałam się bezradnie, myśląc, co robić.

— Dobra! Zrobimy tak, Sokolski. Dzwonię do Timura i mówię, że nie przyjdę. Potem lecę do apteki po termometr i leki. A potem razem decydujemy, co dalej, umowa?

— Umowa — wydechnął z ulgą. — Weź kasę z portfela. W przedpokoju. Przecież i tak nie masz swoich.

— Wiesz, będzie lepiej, jeśli ty sam… — ja też potrafię być przekorna.

— Czyżyku, przestań — uśmiechnął się do moich dąsów Sokół. — Gdybym ci nie ufał, nie mieszkałabyś ze mną.

— U ciebie — chciałeś powiedzieć.

— Właśnie. A jak teraz wstanę i zakręci mi się w głowie? Chyba czuję się gorzej. Posiedzę tutaj i na ciebie poczekam.

— O nie! Marsz do łóżka, bo zadzwonię do twojego taty! — zagroziłam, jakbym w ogóle miała numer do wujka Wasi. Śmiechu warte!

— Dobra, Czyż — Artem wstał i ruszył w stronę wyjścia. Potulnie przeszedł z kuchni do pokoju, a ja, mimo że wciąż nie rozumiałam jego nastroju, nie mogłam powstrzymać uśmiechu i rzuciłam za nim:

— No widzisz, Sokolski, sam idziesz! A mówiłeś, że nie uda mi się zaciągnąć cię do łóżka!

Artem zamarł, odwrócił się przez ramię i tak na mnie spojrzał tymi swoimi ostrymi, ciemnoszarymi ślepiami, jakby mnie rozebrał do rosołu. W mgnieniu oka byłam ubrana, zgarnęłam portfel i nieprzytomna ze wstydu wypadła na klatkę, zatrzaskując drzwi. Kłap! Zbiegłam po schodach, aż się za mną kurzyło!

Ale palnęłam! Myśl najpierw, Fańka!

 

Śnieg. Śnieg. Wszędzie śnieg. Padał całą noc i teraz leżał wszędzie grubym, pięknym dywanem, wybielając miasto do czysta i tłumiąc dźwięki. Zagapiłam się na płatki śniegu, na zasypany plac zabaw, na spacerujących ludzi, a potem pognałam odśnieżoną ścieżką do supermarketu i apteki. Robiąc zakupy, zawiesiłam oko na świątecznych witrynach, ale zaraz popędziłam z powrotem, tuląc do piersi termometr, leki i ziołową herbatę. Weszłam do klatki, wsiadłam do windy, wysiadłam na piętrze… i nagle na półpiętrze zderzyłam się nos w nos z dwiema małolatami, które z zapałem bazgrały sprayem na ścianie wielkie litery: „SOKÓŁ, CHCĘ CIĘ!”.

Co? Gapiłam się na ten napis z niedowierzaniem. To takie szczeniackie… i głupie! Dlaczego wcześniej nie widziałam tych bazgrołów? Po prostu nie wiedziałam, kto je robi. Teraz już wiem: dwie nabuzowane fanki. Niezbyt mądre, za to bardzo energiczne. I najwyraźniej wściekłe, że się pojawiłam.

Stałam jak słup, nie zauważając nawet, kiedy puszka z farbą zaczęła wygrażać mi przed nosem, a dziewczyny odsunęły się od ściany i ruszyły na mnie.

— No i co? Czego stoisz? — wymieniły spojrzenia. Wyraźnie nie podobało im się, że ktoś przyłapał je na gorącym uczynku.

— Pytamy, co chcesz! Czego się gapisz? Spadaj stąd, już cię nie ma!

— Dziewczyny, zwariowałyście? — nie wytrzymałam. — To jest klatka schodowa, a nie galeria sztuki! Tak nie wolno!

— I co z tego? Zazdrosna jesteś?! Kto ty w ogóle jesteś? Straż miejka? Aktywistka ze spółdzielni? Nie praw nam tu morałów, jasne?! Nie potrzebujemy! Nic nie widziałaś!

 Widzieć to widziałam, co jasno wyrażał mój wzrok.

— Tak! Wytrzeszczyła gały! Piszemy co chcemy, ciebie nie pytałyśmy o zdanie! Zjeżdżaj stąd, to nie muzeum madame Picasso!

— Właściwie to madame Tussaud, ale nie słyszałam, żeby w słynnym muzeum była galeria malarstwa naskalnego prymatów. I właściwie… to ja już jestem u siebie.

Przed oczami stanął mi obraz: przechodzę pod nosem tych dwóch bojowo nastawionych fanek, wkładam klucz do zamka upragnionego mieszkania ich idola, a potem wylatuję w powietrze, gdy one z krzykiem „Banzai!” wpadają do środka. A tam Sokolski — chory, śpiący i może nawet roznegliżowany.

Ta ostatnia myśl uderzyła mnie najmocniej. Mała, zazdrosna myśl, że ktoś inny oprócz mnie zobaczy Sokoła w wersji domowej, półnagiego, z jego kaloryferem na brzuchu i dołeczkami nad pośladkami… O nie!

— Albo… albo nie — wymamrotałam przerażona pod nosem, cofając się. — Ojej, chyba jednak nie.

— Co?! Odbiło ci, ty wyliniała kotko?! Nas jest dwie, a ona się pcha! Julka, lej ją! Ona też chce Sokoła!

— O-o-jej! — i znów moje pięty zamigały na schodach z prędkością Elektronika. No co jest! Naprawdę zostanę przez nich sportsmenką!

Wypadłam z klatki na zewnątrz, pędząc w stronę placu zabaw i z rozbiegu wpadłam w zaspę, ryjąc nosem w śniegu i gubiąc czapkę. Kok natychmiast się rozleciał, a włosy rozsypały mi się na ramionach. Poderwałam się na równe nogi, obejrzałam za siebie, ale prześladowczyń nie widziałam.

No co za wariatki! Jakieś przedszkole z agresywnym nachyleniem! Wyplułam śnieg z ust i naciągnęłam czapkę. Ale fakt pozostawał faktem: one tu były, więc co teraz robić?

Otrzepałam się, usiadłam na ławce i zajrzałam do torby — zakupy były całe, dzięki Bogu za tę zaspę. Westchnęłam głęboko, przyciskając torbę do siebie. Po pięciu minutach siedzenia na zlodowaciałej ławce tyłek mi zmarzł, więc musiałam wstać. Poskakałam wokół zjeżdżalni na jednej nodze, potem na drugiej.

— Każdy. Myśliwy. Chce. Wiedzieć. Gdzie. Siedzi. Bażant! — mruczałam wyliczankę.

Nie dzwoniłam do Sokolskiego. A nuż człowiek śpi, a tu ja — „dzień dobry, nie wpuszczają mnie do domu!”. Poza tym to śmieszne — niby dorosła dziewczyna, a wystraszyła się jakichś smarkul. Ale jak się nie bać, skoro one naprawdę chciały mnie obić! Z jedną jeszcze bym spróbowała, ale z dwiema? Zwłaszcza że wydawały się dzikie jak koty. I serio napalone, jakby to nie był grudzień, tylko marzec w pełni!

— Na. Złotym. Ganku. Siedzieli. Król. Królewicz… Brrr, zimno! — skakałam dalej. — Szewc. Krawiec. Kto. Ty. Będziesz. Taki! — No kiedy te małpy wreszcie wyjdą? Pół godziny je tu pilnuję!

W torebce odezwał się telefon. Sprawdziłam — były. Dziesiąty raz odrzuciłam połączenie. Coś się uaktywnił w ciągu ostatniej godziny. Pewnie rodzice wrócili do domu i spotkali sąsiadów. Telefon znów zadzwonił — nawet nie patrzyłam. Kiedy rozdzwonił się na dobre, nacisnęłam zieloną słuchawkę, zamierzając mu porządnie wygarnąć… Ale z głośnika usłyszałam głos Sokolskiego.

— Czyżyk? Czyż!

— Ojej, Artem, cześć!

— Dlaczego nie odbierasz? Gdzie jesteś? — głos miał taki ni to zły, ni to zaniepokojony.

— Ja? Na dworze.

— W drodze do domu? Coś długo ci schodzi.

— Nie. Stoję pod oknami.

Podniosłam głowę, znalazłam siódme piętro i natychmiast zobaczyłam Artema, który odsunął firankę w kuchennym oknie i przywarł do szyby.

— Dlaczego, Czyżyk? — nasze spojrzenia się spotkały, a ja pomachałam mu ręką.

— Artem, tylko się nie denerwuj i nie bierz tego do głowy, dobrze? — starałam się mówić spokojnie. — I co najważniejsze, nie wychodź! Za nic nie wychodź z mieszkania! Postoję chwilę i przyjdę! Nic się nie stało!

— Co się stało? — no i proszę, głos mu jakby zmatowiał. A przecież prosiłam, żeby się nie martwił.

— Na naszej klatce kręcą się dwie dziewczyny — te, co piszą po ścianach. I nie mogę przejść! Wstyd mówić, ale wyobraź sobie, że o mało mnie nie poturbowały, jak się dowiedziały, że idę do ciebie! — zaśmiałam się niepewnie, ale wyszło słabo. — No, nie przejmuj się! Przecież nie będą sterczeć pod twoimi drzwiami do wieczora, co nie? Ale jak się dowiedzą, że jesteś w domu, to na bank nie pójdą! Jeszcze trochę poczekam i… Hej, Sokolski, gdzie ty idziesz? Słyszysz mnie? Artem? No, Artem!

Nie słyszał. Telefon zamilkł głuchą pustką mieszkania, nie doczekawszy się rozłączenia. Zresztą jak Sokół miał mnie słyszeć, skoro już dwie minuty później pojawił się na dworze z dwiema odstawionymi gówniarami w garściach. Otworzył kopniakiem drzwi, wywalił je z klatki i pomaszerował do mnie — w narzuconej naprędce kurtce, poważny do granic możliwości!

Dziewczyny obejrzały się, wcale nie zdziwione ani nie obrażone takim traktowaniem ich fanowskiego uwielbienia i odbiegłszy na bok, zaczęły gapić się na mnie z zazdrością, orientując się, do kogo tak pewnie idzie Artem. O ile tam, na klatce, oświetlenie było słabe, o tyle na dworze o trzeciej po południu było całkiem nieźle! Nie myśląc długo, odwróciłam się i naciągnęłam czapkę aż pod podbródek, mając nadzieję, że Sokolski połapie się, gdzie mam przód, a gdzie tył. To znaczy — plecy.

Połapał się. Wziął mnie za rękę, odwrócił i milcząc poprowadził do klatki. Dreptałam posłusznie obok niego, wymachując torbą i wypluwając włosy, które wpadły mi do ust.

— Tfu! Ojej! — o mało nie upadłam, potykając się o stopień, ale natychmiast postawił mnie na nogi. Popchnął delikatnie przodem. I dopiero gdy za naszymi plecami zamknęły się drzwi windy, Sokół zapytał chłodno:

— Co z tobą, Czyżyk? Wstydzisz się mnie?

— Ja? Nie! Co ty opowiadasz!

— To po co naciągnęłaś tę czapkę na oczy? Wszystko widziałem.

Czy on naprawdę jest taki nierozgarnięty?! Jak to „po co”? Przecież nie może mu być wszystko jedno!

— To dlatego, że nie chcę, żeby twoje fanki zapamiętały, kogo konkretnie dziś do siebie sprowadziłeś! Myślisz, że Wice-Zaji albo Lerze Anisimowej będzie miło wiedzieć, że do ciebie biega jakaś Fańka? A ja muszę z nimi jeszcze dwa lata studiować na jednym uniwersytecie i nie chcę być „następną”, rozumiesz? Poza tym, sam chciałeś, żeby nikt nie wiedział o naszej umowie. A tak powiedzą, że była kolejna Zaja i tyle. No nie?

Sokół nie odpowiedział. Odwrócił się do drzwi, szarpnął ramionami i milcząc wszedł do mieszkania.

— Hej, Artem… — pisnęłam bezradnie za jego plecami. — O co ci chodzi?

— Jestem zmęczony, Czyż, i chcę spać. Po prostu obiecaj, że nigdzie nie wyjdziesz. Nie mam teraz siły cię pilnować. I zamknij za sobą drzwi, proszę. Dzwonek już wyłączyłem.

No i po co warczeć? Przecież to nie moja wina, że nadziałam się na fanki!

— Dobrze. A…

— Nie chcę.

— A…

— Obiecałaś.

No i masz! I jak z takim rozmawiać?

Myślicie, że pozwolił sobie zmierzyć temperaturę? Albo zrobić okład?.. Guzik z pętelką! To po co ja, pytam się, gnałam do apteki?

Rozebrał się przy mnie do bokserek, wlazł pod kołdrę i odwrócił do ściany — tylko kołdra łopnęła. Zasnął. Na materacu zasnął, nawiasem mówiąc! Jakby łóżko w jego własnym domu nie było dla niego! I co z takim uparciuchem zrobisz?.. Dobrze chociaż, że zgodził się wypić ciepłą herbatę z miodem, gdy obiecałam, że przestanę się do niego odzywać. Tak przespalił do wieczora, a potem do rana.

Chociaż nie, o północy Sokół zastał mnie w kuchni. Głupio wyszło. Były zasypywał mnie wiadomościami: „Fania, odpowiedz!”, „Fania, gdzie jesteś?”, „Fania, nie mam i nie będę mieć nikogo innego!”, „Fania, to nieprawda!”, „Fańka, głupia ty moja!” — no i pękłam. Nie wytrzymałam, odpisałam mu, żeby znów posłać go do diabła, a potem nagle się rozryczałam — tak cichutko, po babsku. I wtedy przyszedł Sokolski. Stoi, chwieje się w progu kuchni, ale patrzy. Musiałam udawać, że zmywam naczynia.

Nie uwierzył. Nie wyszło to zbyt przekonująco, marna ze mnie aktorka. A kto by uwierzył, skoro w zlewie nie ma żadnych naczyń, a telefon jak żywy wciąż brzęczy od powiadomień.

— Jak się czujesz? — zapytałam szeptem.

— Normalnie. A ty?

— Ja też.

— Chodźmy spać, Czyż. Już późno.

— Tak, późno. A ty dlaczego wstałeś?

— Tak tylko, wydawało mi się… To herbata dla mnie?

— Dla ciebie.