SOVABOO
Rozdział 15, część 2
— Poproszę jedną herbatę z cytryną, jednego rogalika i pasztecik z ziemniakami! Fańka, a ty? — Ula przepchnęła się do lady z wypiekami, uśmiechnęła do bufetowej i skinęła na mnie ręką. — Wybieraj szybko! Zaraz wszystko wykupią!
Odepchnęłam dwóch drugoroczniaków, którzy bezczelnie wpychali się bez kolejki, i podałam kasjerce pieniądze. Studencki bufet to ostatnie miejsce na ziemi, gdzie ludzie pamiętają o uprzejmości, więc trzeba było ostro popracować łokciami.
— Hej, ty! Nie przeginaj!… Dla mnie kawa i parówka w cieście! Dzięki.
W bufecie było dziś tak ciasno, że nie szło wetknąć szpilki, stoliki były zajęte, więc odeszłyśmy z Ulą pod ścianę, gdzie znajdował się długi blat, usadawiając się z gorącymi kubkami w samym kącie.
Zawiesiwszy torbę na ramieniu, upiłam łyk kawy, ugryzłam bułkę i przeżuwszy, zaczęłam wyjaśniać przyjaciółce jej błąd w dzisiejszym teście. Za tydzień czekał nas egzamin u Zareckiej, przedmiot szedł Kim opornie, więc z przyzwyczajenia starałam się jej pomóc, by nie podpadła Królowej Śniegu. Bardzo chciałam odciągnąć Ulę od postronnych myśli, ale to właśnie one raz po raz zmuszały dziewczynę do odwracania głowy i zerkania w stronę stolików, przy których kilka minut temu usadowiła się znajoma trójka chłopaków. Tyle że teraz przewodził im nie Sokół, a Titow.
— …Wszystkie te składowe zapewniają sukces w rozwoju ekonomii. I jeśli ty, Ulu, nie zapamiętasz do egzaminu podstawowych komponentów systemów informacyjnych, to nie odpowiesz Zareckiej na elementarne pytania. I wtedy…
Ulanka patrzyła w stronę sali i uśmiechała się, nie słysząc mnie. Poprawiła palcami włosy przy skroni, speszona zatrzepotała rzęsami. Powiodłam za jej wzrokiem i zobaczyłam Malwina, który z zainteresowaniem zerkał w naszą stronę. Grzywka opadała mu na oczy, usta się uśmiechały… Na policzkach przyjaciółki wykwitł rumieniec.
— …Wtedy będziesz najnieszczęśliwszą dziewczyną na świecie — dokończyłam bezradnie, odwracając się do swojego kubka.
— Co? — Ula zdezorientowana zwróciła głowę w moją stronę. — Co mówiłaś, Fania?
Bułka z parówką, ledwo tknięta, leżała na serwetce. Żeby jakoś wypełnić pauzę, ugryzłam kawałek i zaczęłam żuć.
— Wybacz, Czyżyk! Zagapiłam się, co?
Popatrzyłam na przyjaciółkę, nie wiedząc, jak zacząć. Upiłam łyk kawy i odstawiłam ją, nie czując ani smaku, ani apetytu.
— Nieważne, Kim. Zapomnij — odpowiedziałam. — Komu potrzebna ta informatyka ekonomiczna? Olej to.
— No, Fańka! Co ty? — przyjaciółka lekko trąciła mnie pięścią w ramię. — Przecież tylko na sekundkę się wyłączyłam! Słuchaj — zachichotała, przysuwając się bliżej — sama jestem w szoku, ale chyba mi się nie przewidziało: Malwin serio zwrócił na mnie uwagę! Znowu do mnie mrugnął!
Zgniotłam kubeczek i razem z serwetką wrzuciłam do kosza.
— Tylko na ciebie? — nie powstrzymałam się od pytania. W bufecie co najmniej tuzin dziewczyn zerkał w stronę chłopaków i nie dało się tego nie zauważyć. — Jesteś pewna, że kiedy rozmawiasz ze mną, on nie uśmiecha się do kogoś jeszcze? To przecież Martynow, Ulu, jeśli zapomniałaś.
— Wiedziałam, że to powiesz! — parsknęła Ula. Zarzuciła torbę na ramię tak jak ja i ruszyła do wyjścia, stukając obcasami o parkiet. Podetknęła bratu pod nos nietknięty pasztecik w serwetce. Cała trójka chłopaków odwróciła głowy w naszą stronę. — I przy okazji, Czyżyk, mylisz się — obejrzała się, by znów złapać niebieskie spojrzenie Malwina. — On potrafi być bardzo miły!
— Potrafi. Jeszcze jak potrafi! Ulu — zatrzymałam się w korytarzu i pociągnęłam przyjaciółkę do okna. Poczekałam, aż przejdą jakieś nieznajome dziewczyny, zostawiając nas same. — Muszę ci coś powiedzieć. A dokładniej: opowiedzieć.
— Co? — sądząc po rozmarzonym wzroku Ulanki, ona wciąż była duchem w bufecie. Musiałam cierpliwie poczekać, aż moje słowa w końcu dotrą do jej świadomości. — Fania — ciemne brwi ściągnęły się — jesteś dziś jakaś zbyt poważna, niepodobna do siebie. Coś się stało?
Jeszcze nie, ale mogło się stać w każdej chwili, a ja bardzo tego nie chciałam. Spojrzałam na dziewczynę i skinęłam głową:
— Tak. To znaczy: nie. Ale może się stać, jeśli będę milczeć. Ulu — wzięłam przyjaciółkę za rękę, nie wiedząc, od czego zacząć. Spróbowałam od najważniejszego: — Jeśli poproszę cię, żebyś nie zwracała uwagi na Malwina, żebyś po prostu zapomniała o jego istnieniu, to czy usłyszysz moją prośbę?
Ulanka mrugnęła zdziwiona. W jej oczach wciąż tliło się marzenie.
— Fania, o co ci chodzi?
— Jeśli powiem ci, że Malwin miał kiedyś dziewczynę i bardzo ją skrzywdził… Uwierzysz mi?
Przyjaciółka bezradnie wzruszyła ramionami.
— Wiesz, byłoby dziwne, gdyby nie miał — odpowiedziała po prostu. — I co to znaczy: kiedyś? — Ulanka uśmiechnęła się. — Przecież on i teraz wszystkim mówi, że kogoś ma. Tyle że studiuje gdzieś daleko. Pamiętasz, jak wszyscy się zdziwiliśmy, kiedy Nataszka Kryłowa o tym opowiedziała?
— No właśnie! — uczepiłam się słów Kryłowej. — Z tego, co mówi, wynika, że ma dziewczynę, a uśmiecha się i mruga do ciebie i nie tylko. Ulu, to przecież podłe!
Sądząc po minie Uli, ona tak nie uważała.
— Czyżyku, ale uśmiech to naturalna emocja, jak łzy czy śmiech. No i co z tego? Według ciebie nie zasługuję na uśmiech, czy jak?
— Ale nie, Ulu — ścisnęłam rękę przyjaciółki — nie o to mi chodzi. Wcale nie to chciałam powiedzieć!
Boże, jak ciężko dobrać słowa!
— To o co? — Kim założyła pasmo włosów za ucho i przechyliła głowę. — Można by pomyśleć, że on już mnie na randkę umówił. Śmieszna jesteś, Czyżyk! Powiem ci w sekrecie — obejrzała się, jakby ten sekret faktycznie mógł konkurować z tajemnicą stulecia. — Leszek się wygadał: to u Martynowa taka obrona. Taktyka na natrętną uwagę. A tak naprawdę nikt z kumpli nie widział tej jego dziewczyny! A to znaczy, że jej w ogóle nie ma, rozumiesz? Więc nawet jeśli on mnie kiedyś zaprosi na randkę, co jest baaaardzo mało prawdopodobne, to na pewno nikogo pośrednio nie skrzywdzę!
— A jeśli ciebie, Ulu? Jeśli on skrzywdzi ciebie? Wykorzysta i zapomni? Teraz się uśmiecha, póki mu nie zaufałaś, a jutro przejdzie obok, jakby cię nie znał. Pamiętasz przecież, jak ryczała Olka Graczowa. Jak Laryska Bachmutowa na drugim roku rozpaczała, że on jej nie zauważa. Nie chcę, żebyś skończyła jak one!
— Nie poznaję cię, Fańka. Mówisz jak moi rodzice, którzy uwielbiają prawić mi i bratu morały. Mam wrażenie, jakbym stała na progu życiowego błędu, a ty próbujesz mnie przed nim ocalić.
— Możliwe, że tak właśnie jest.
— Czyżyk, ty tak serio? — Ula uniosła brew. — Wszystko przez jeden uśmiech Malwina? — dziewczyna zacisnęła usta i napięła się. — Fania, jeśli ciebie kiedyś skrzywdzono, to nie znaczy, że wszyscy faceci są źli. Że Martynow jest zły, albo mój Leszek. Dlaczego za etykietką „dupek” nie widzisz w nikim niczego dobrego? Nie chcesz nawet spróbować? Przecież żaden ci się nie podobał? Nigdy?
Nie znalazłam odpowiedzi, czując, jak gardło mi drętwieje pod uważnym wzrokiem przyjaciółki. Wcześniej nawet nie przeszło mi przez myśl, że mogę w jej oczach wyglądać na oschłą sceptyczkę. Bezduszną dziewczynę niezdolną do zwyczajnego zakochania się. Wydawało mi się, że ja po prostu „widzę” i „wiem”, dlatego chcę ją ostrzec, ale nie rezygnowałam z nadziei. To nieprawda.
Ulanka zgarbiła się.
— Mało mi brata, to teraz jeszcze ty. Fania, to przecież głupie! Jeszcze w ogóle nic się nie stało!
— Ze mną się stało, Ulu. I z Martynowem. Nie dzisiaj i nie wczoraj, ale było! To on jest moją szkolną miłością.
Ręka Uli powoli wysunęła się z mojej dłoni.
— Co?
— Chłopak, o którym ci opowiadałam, który mnie tak łatwo zdradził — to Sewa Martynow, kumpel twojego Leszka.
— Malwin? — Ulanka pobladła. — Ale jak? — zapytała bezradnie. — Mówiłaś, że został w twoim mieście i że dawno się nie widzieliście.
— Mówiłam — spuściłam wzrok, zaciskając pięści przy biodrach. Miętosiłam w palcach ściągacz swetra, byle tylko znów nie zagubić słów i nie zostawić niedopowiedzeń. Znów podniosłam głowę, by szczerze wyznać: — Naprawdę od dawna nie widzę w nim tego Sewy, którym był dla mnie kiedyś. Ulana, to prawda.
— I tak nie rozumiem. Ty sobie teraz ze mnie żartujesz? — próbowała obrócić to w żart Ula. Uśmiechnęła się nieśmiało, nie potrafiąc wygonić zdumienia z oczu.
— Nie, ani trochę! — potrząsnęłam głową.
— A mi się wydaje, że tak. Że to wszystko teraz zmyśliłaś, Czyżyk, i próbujesz mnie przekonać z jakiegoś niezrozumiałego uporu. Fania — Ula podeszła bliżej i sama chwyciła moją dłoń — po co to wszystko wymyśliłaś? Przecież on do ciebie nigdy nawet nie podszedł! Pamiętam!
— Podchodził, kiedy nikt nie widział. Martynow od początku nie chciał, żebyśmy razem studiowali, ale nie rozumiałam dlaczego. Gdybym do niego nie przyjechała i nie zobaczyła go w tym nowym świecie, w którym nie było dla mnie miejsca, wciąż byśmy ze sobą byli. Do pewnego stopnia on uważa, że i teraz dochowuje mi wierności, nie wchodząc w stałe związki. Tylko że mnie to już nie obchodzi. Nie jestem już tą dziewczyną, o której on wszystkim opowiada.
— Ty? — brązowe oczy lśniły niedowierzaniem.
— Wiem, że to brzmi głupio. Że nie jestem marzeniem tutejszych chłopaków ani gwiazdą wydziału. Wszystko rozumiem, Ulu! I powiem ci nawet, że nie zdołam ci zabronić, jeśli mnie nie usłuchasz. Sewa to niezły chłopak i było nam ze sobą ciekawie, ale… On może cię nie docenić, rozumiesz? Tego, że jesteś najlepsza, nie doceni!
— Nie rozumiem — pokręciła głową przyjaciółka. — Nie rozumiem, co z tobą, Czyżyku? Wydaje mi się, że gdyby Malwin nas teraz usłyszał, obie wydałybyśmy mu się żałosnymi idiotkami.
— Nie wierzysz mi, Kim, tak?
Ulanka cofnęła się, wbijając palce w torbę.
— Wybacz, Fania, nie potrafię. Za to teraz dotarło do mnie coś innego — odpowiedziała dziewczyna. — Coś, o czym nigdy bym nie pomyślała.
Zlodowaciałam z domysłów. To wszystko rysowało się gorzej niż źle.
— Nawet jeśli to wszystko prawda — kontynuowała chłodno Ula — i naprawdę łączyła was kiedyś z Martynowem szkolna miłość… Wszystko dawno się skończyło i zostało zapomniane, Czyżyk, nie zauważyłaś? Dziwnie mi patrzeć, że ty wciąż żyjesz tym związkiem, inaczej sama spróbowałabyś się komuś spodobać. Teraz rozumiem twoje próby oczernienia Malwina.
— Ulu, to nie tak…
— Zazdrość, Fańka, zawsze wygląda żałośnie i śmiesznie! Nie sądziłam, że jesteś do czegoś takiego zdolna!
— Co?! Ula… Ula!
Zostałam na korytarzu sama, patrząc bezradnie za odchodzącą przyjaciółką.
— No i co, opowiedziałaś?
Martynow. Wyszedł z bufetu na korytarz, stanął przede mną, patrząc mi w oczy.
— Nie rycz, Czyżyk — przesunął dłonią po moich włosach — wszystko będzie dobrze, słyszysz. Po prostu do mnie zadzwoń.
Ruszyłam, a potem pobiegłam korytarzem. Popędziłam jak ptak po schodach, przez hol…
— Gdzie to tak bez kurtki na pole! — wpadłam prosto w ręce dyżurnego woźnego. — A no, marsz do szatni po ubranie! Patrzcie ich, nauczyli się po mrozie na golasa na fajkę biegać!
Nos mi zwilgotniał. Mokre policzki szczypał mróz. Powlokłam się powoli w stronę przystanku i usiadła na ławce. Westchnęłam smutno, rzucając rozproszone spojrzenie na drogę: no tak, uciekł mi autobus. Znowu pociągnęłam nosem i przetarłam nieproszoną łzę rękawiczką. Popatrzyłam na nią — niebieską, z wyszytą białą, puchatą nitką śnieżynką — i jakoś tak przypomniała mi się Babci Moti i jej słodkie pierogi. I to, że te rękawiczki Matylda Iwanowna wydziergała dla mnie w zeszłym roku w prezencie na Nowy Rok. Jak ona tam sobie radzi z siostrzeńcem? Muszę koniecznie do niej napisać na Facebooku. Coś ostatnio rzadko tam zagląda.
Zdjęłam rękawiczkę i wyjęłam z torebki telefon. „Zadzwoń do mnie” — słowa Malwina nie wychodziły mi z głowy przez całą drogę. Wbiłam wzrok w jego ostatnią wiadomość — emotkę bez uśmiechu i znak zapytania. Może faktycznie zadzwonić?.. Może naprawdę wszystko przez moją bezduszność i głupotę, a swoim uporem tylko wszystkim utrudniam życie? Powiem: „Cześć, Sewka Małpiszonie! — jak nazywałam sąsiada w szkole. — A wiesz co, przyjeżdżaj! Mam gdzieś te wszystkie twoje dziewczyny, przecież to mnie kochasz!”. I on na pewno odpowie: „Tak, Fańka! Tylko ciebie!”. I oboje będziemy skakać z radości! I pal licho, że zawsze będę pamiętać o tym, jak całował inną. Jak na mój widok udawał, że mnie nie zna. Przecież to moja wina — po co przyjeżdżałam? A tak w ogóle, to on oczywiście kocha — nie ma co wątpić! A wierni mężczyźni w naturze przecież nie istnieją. Nie ma ich! Jest jeden unikat, i ten trafił się mamie.
Tfu! Nie mogę! Niedobrze mi się robi. I nie czuję nic poza żalem. A to tylko dlatego, że on nie pozwala mi zapomnieć. A nuż Ulanka ma rację i ja naprawdę nie potrafię się już zakochać? Nigdy? Tak już przeżyję całe życie sama, plując jadem na byłego?
Ale czy ja o nim myślę? Czy ja chcę takiej miłości?!.. Nie, nie chcę, inaczej dawno bym wybaczyła. Nie chcę! Bo wiem, że kiedy się kocha, nie można bez tej osoby żyć. I nikt inny poza nim nie jest ci na tym świecie potrzebny — ani na dzień, ani na dwa. Nawet minuta z dala wydaje się wiecznością. Tylko twoja połówka, tylko on albo ona. Co tam za uczucia ma ten Martynow…
Zaraz do niego zadzwonię i po raz ostatni wszystko wyjaśnię! I niech nie dzwoni do mnie za każdym razem z nowego numeru, więcej za nic nie odbiorę! I Leszemu wszystko powiem!..
Co powiem? — ręka z telefonem opadła mi na kolana. — Że jestem tajemniczą dziewczyną Malwina? Fatalną Fańką? Trzy razy „cha, cha”. I tak mi nie uwierzy. Ja i Sewa Martynow? Racja, Ulanka, to naprawdę brzmi śmiesznie.
Łza spłynęła mi do nosa, starłam ją rękawiczką. Serce wyszeptało coś, coś bardzo ważnego, ściskając mnie w piersi…
Wybrałam numer.
— Artem?
Sokolski odebrał od razu, jakby czekał na ten telefon.
— Cześć, Czyż.
— Cześć. — Pozwoliłam sobie nacieszyć się dwiema sekundami ciszy, przytulnej ciszy, podczas której wsłuchiwałam się w oddech chłopaka. — Jak… jak się czujesz? — zapytałam, w ostatniej chwili przełykając szloch. — Głowa cię nie boli? Temperatura nie skoczyła?
— Nie. Wszystko gra. Jestem całkiem zdrowy.
— Naprawdę? — znów uderzyła mnie zdolność organizmu Sokoła do błyskawicznego radzenia sobie z przeziębieniem.
— Naprawdę. Czyż?
— Hm?
— Źle się czujesz?
Chyba znów uciekł mi autobus.
— Nie, co ty! — machnęłam dłonią przed oczami, odganiając łzy, jakby Sokół mógł mnie przyłapać na kłamstwie.
— Czyż? — przyłapał mnie.
— Tylko trochę — bąknęłam w odpowiedzi na jego milczące wyczekiwanie. I nagle ciężko westchnęłam, przerażona myślą, że jeśli on się teraz rozłączy, znów zostanę sama. — Czasem ludzie mają trudne dni, rozumiesz? — spróbowałam się uśmiechnąć. Nie wyszło.
— I uznałaś, że dzisiaj jest twój trudny dzień?
Mocniej przycisnęłam telefon do policzka. Czy uznałam?
— Chyba tak.
Sokolski nie rozłączał się, ja też nie. Oboje milczeliśmy do słuchawki, jakbyśmy mieli sobie coś do powiedzenia, ale nie wiedzieli dokładnie, co to takiego.
— Czyżyk, jedźmy do domu — odezwał się pierwszy Artem. — Zimno tak siedzieć na ławce.
— Tak — zgodziłam się, czując, jak ciało przebiegają mi dreszcze, i nagle, oprzytomniawszy, zdębiałam: — Co? Ale skąd ty…