SOVABOO

Rozdział 16, część 2

Wjechaliśmy schodami na drugie piętro i przy wejściu do kina natknęliśmy się na głośną grupkę chłopców w wieku jedenastu, dwunastu lat, wybiegających z sali. Jeden z nich, widząc Sokoła, z okrzykiem „Artem!” oddzielił się od reszty i pobiegł naprzeciw, ale zauważywszy mnie u boku chłopaka, potknął się i spochmurniał, zaciskając palce w pięści na szerokich ramiączkach plecaka.

— Cześć.

— Cześć, Luka — Sokolski ciepło ścisnął ramię chłopca. Ledwo się zrównali, od razu rzuciło mi się w oczy podobieństwo braci, więc domyśliwszy się, kogo mam przed sobą, zaczęłam z zainteresowaniem przyglądać się nieznajomemu. — Co ty tu robisz? — zapytał Artem. — Alisa wie, że włóczysz się sam po mieście?

— Nie jestem sam. Jesteśmy z Loniczkiem, Kostkiem i Sanią! — uparcie sprzeciwił się starszemu bratu Luka.

— A co z matką?

— Nie wiem, nie pytałem jej. Od wczoraj zamknęła się w pokoju i nie wychodzi. Darszit mówi, że boli ją głowa.

— Czekaj… A jak zamierzasz wrócić do domu?

Dzieciak uśmiechnął się z politowaniem.

— Właściwie to mam już prawie dwanaście lat, Artemie, jeśli zapomniałeś — oznajmił nie bez dumy. — Mam nawet kartę miejską! Ale nie martw się, tata Kostka nas odwiezie. Nie pierwszy raz. A to kto? — skinął w moją stronę, jakbym nie mogła go słyszeć.

— Czyżyk — odpowiedział krótko Sokół.

— Co, masz z nią randkę? — chłopak parsknął wesoło pod nosem i prześlizgnął się po mnie znudzonym wzrokiem.

Zamarłam z zaskoczenia, bojąc się odetchnąć, nie wiedząc, jak się zachować ani co zrobić z rękami. Sokół nagle objął mnie w pasie.

— Tak — przyznał z lekkością. — I jak ci się podoba?

Luka wykrzywił kącik ust i znów zmierzył mnie wzrokiem.

— Może być — wzruszył ramionami, zatrzymując spojrzenie na moich piersiach. — Nawet fajniutka.

— Mnie też się podoba.

— A co ona ma na głowie? Nie czesała się rano?

Przypomniałam sobie, że przez te wszystkie emocje i upadek na Sokoła całkiem zapomniałam doprowadzić włosy do porządku po trampolinie. Niezgrabnie przygładziłam je dłonią.

— To nieład artystyczny, szczeniaku. Moim zdaniem bardzo uroczy. Zostaw, Czyżyku — Artem zdjął moją rękę z włosów i zauważył z naganą do brata: — A tobie jeszcze za wcześnie na zadawanie takich pytań, jasne?

— Jasne — westchnął posłusznie „szczeniak”, ale jego oczy mówiły co innego. Wyglądało na to, że nie zrobiłam na nim wielkiego wrażenia.

— Luka! Hej, Luka! — dobiegło od strony schodów ruchomych, gdzie kręcili się uczniowie. — Idziesz?! Mój tata czeka!

— To ja lecę? — chłopak skinął w ich stronę.

— Biegnij, Luka.

Zerwał się z miejsca, ale nagle się odwrócił. Jego wzrok, skierowany na starszego brata, promieniał uwielbieniem i nadzieją:

— Artemie, przyjedziesz jeszcze do mnie? Będę czekał!

A Sokół odpowiedział bardzo poważnie:

— Oczywiście!

Grupka zniknęła z oczu, a my znów zostaliśmy sami. Winna, poprawiłam pasemka przy skroni, podnosząc twarz do chłopaka.

— Koszmar. Chyba w ogóle mu się nie spodobałam. Muszę znaleźć lustro. A grzebień został w torbie.

— Wierz mi, Czyż, spodobałaś mu się — uspokoił mnie Sokolski. — Inaczej Luka po prostu by cię nie zauważył. Nie należy do najuprzejmiejszych. I zauważ, że on jeszcze z tobą nie nocował i nie wie, do czego jesteś zdolna!

— Do czego pijesz? — uniosłam brew, uśmiechając się szeroko. A więc Sokół na pewno nie zapomniał mojego straszaka Barabasza.

— Ja? Do tajemnicy Złotego Kluczyka — Artem przybrał niewinną minę. — A ty o czym pomyślałaś?

Nagle odniosłam wrażenie, że chciał mnie objąć, ale w ostatniej chwili zmienił zdanie i wsunął ręce w tylne kieszenie dżinsów.

— Prawie wtedy osiwiałem, przysięgam!

— Nie zmyślaj, Sokolski!

— Artem.

— Artemie — powtórzyłam posłusznie. — I tak nie zmyślaj!

— Nie kłamię ani trochę! Twoja fryzura w ciemnościach to był widok, Czyżyku! A jak sobie przypomnę, jak potrafisz szczypać w miękkie miejsca… Z tobą nie można się nudzić!

Oboje wybuchnęliśmy śmiechem.

— Myślisz, że wpuszczą mnie w takim stanie do restauracji?

— Jestem więcej niż pewien — nikt nawet nie zauważy.

Za naszymi plecami rozległ się śmiech. Oboje się odwróciliśmy i zobaczyliśmy zakochaną parę w czerwonych czapkach mikołajowych, która właśnie odeszła od fotobudki. Stojąca obok reklama prezentowała jej możliwości i bogactwo zabawnych akcesoriów. Dziewczyna właśnie odkładała do koszyka rogi renifera i okulary w kształcie gwiazd.

— No właśnie! — Sokół jednak objął mnie za ramiona, chyba sam nie zauważając tego naturalnego gestu. — Tego nam brakuje, Czyżyku! Bo co to za randka bez dowodów na zdjęciach? Nawet znajomym nie dałoby się przekonująco nakłamać.

— Nie trzeba znajomym! Co ty, wstydzę się! — zaniepokoiłam się nie na żarty.

— Daj spokój, Czyż! Nie jestem aż takim Quasimodo, żebyś musiała się mnie wstydzić!

Zgodziłam się na zdjęcia tylko pod warunkiem, że nikomu ich nie pokażemy — przecież nasza randka była nieprawdziwa. Dopiero gdy Artem zapewnił, że oczywiście (no, może tylko ojcu, jako prezent pod choinkę dla Susanny), daliśmy przed obiektywem czadu. I jeśli na początku trochę się krępowałam, to tylko na pierwszych dwóch kadrach, dopóki nie doceniłam gotowości Sokoła do wygłupów.

— Masz świetny piracki nos, Artemie! Ahaha! Jak Billy Bones z „Wyspy Skarbów”! Ojej, patrz, mają tu nawet opaskę na oko!

— Twoje wąsy są lepsze!… Nie! Nawet o tym nie myśl, Czyżyku! Tylko nie rogi wikinga! Nie chcę zostać rogaczem! Już wolę uszy zająca!

— Ha-ha-ha!

Potem była przytulna włoska restauracja i absolutnie obłędna pizza z szynką i pieczarkami na cienkim, chrupiącym cieście z rumianą, serową kołderką na wierzchu.

— Mmm, pychota! Muszę upiec taką samą w domu!

— Co powiesz na deser, Czyż?

— Nie mam nic przeciwko. A ty?

— Ja też.

— To bierzemy!

— Przepraszam — zawołał kelnerkę — czy są lody pistacjowe? Poproszę dwie porcje z posypką czekoladową!

Pal licho fryzurę! I zwyczajny sweterek z dżinsami! Po tak pysznej kolacji zupełnie zapomniałam o takich drobiazgach. Nie wiedziałam przecież, że na przystanku czeka mnie spotkanie z Sokołem i najbardziej szalony spacer w moim życiu. Tym bardziej, że wszyscy wokół i tak zwracali uwagę głównie na wysportowanego chłopaka — zwłaszcza dziewczyny — a on, co dziwne, kompletnie nie zauważał tych spojrzeń. Uśmiechnięty, opowiadał o sporcie, wyjazdach i marzeniach — tak! Sam też mnie wypytywał, szczególnie o dzieciństwo i szkołę. Musiałam się przyznać, że naprawdę potrafię rozpalić ognisko i rozbić namiot. A także orientować się w lesie, zbierać grzyby i trochę łowić ryby — dzięki tacie, kółku „Młody Przyrodnik” i rodzinnym biwakom.

— No to postanowione, Czyż! Latem idziemy na wyprawę, a ty uczysz mnie łowić karasie! I weźmiemy Lukę, dobrze?

— Dobra — machnęłam ręką, jakby to była już pewna sprawa.

— Trasa jest twoja! Moje auto i prowiant. I wszystko, co będzie potrzebne.

— Myślę, że w pierwszej kolejności będą ci potrzebne kalosze. Na trudny odcinek trasy! Jak nogi przemokną, to po wyprawie.

— Umowa stoi, Czyżyku! Niech będą kalosze!

Było nam ze sobą fantastycznie i komfortowo, nie chciało się wracać do domu. Kiedy Sokół dał mi do wyboru kino albo kręgle (ani myśląc kończyć tego wieczoru), przyznałam, że w przeciwieństwie do kina, na kręglach nigdy nie byłam, i pewnie wybrałam to drugie.

To aż dziwne, że ruszyliśmy tam właśnie tak — trzymając się za ręce.

— Czyżyku, a nuż mi się zgubisz? Co ja powiem twoim rodzicom? Patrz, ile tu ludzi! — wyjaśnił Sokolski swój mocny uścisk moich palców, a ja nie zamierzałam się kłócić, skoro tak wyszło, że to właśnie on był gospodarzem tego wieczoru.

Kręgielnia okazała się szerokim i przestronnym pomieszczeniem z garderobą, stołami bilardowymi, strefą wypoczynku — gdzie na kanapach i fotelach rozsiadło się wesołe towarzystwo — oraz kilkunastoma torami i niewielkim, ale stylowo urządzonym barem.

Ludzi w sali nie było wielu. W tle brzmiała cicha, nastrojowa muzyka, słychać było przytłumiony gwar rozmów… Nagle dobiegł mnie dźwięk uderzenia kuli o drewnianą nawierzchnię toru, ciężki turkot i specyficzny łoskot przewracanych kręgli. Natychmiast z zainteresowaniem odwróciłam głowę.

— Czekaj, Czyż — odezwał się Sokół. — Rozumiem, że wszystko jest dla ciebie nowe i ciekawe, ale najpierw musimy zmienić buty — oznajmił, gdy po zameldowaniu się u recepcjonisty podeszliśmy do garderoby, gdzie zostawił nasze rzeczy. — W kręgle gra się w specjalnym obuwiu ze skórzaną podeszwą i gumowymi obcasami — wyjaśnił. — Łatwiej w nich ślizgać się i hamować na polerowanej powierzchni, a ryzyko uszkodzenia drogiego toru jest mniejsze.

— Jasne — wybrałam buty w swoim rozmiarze i posłusznie je założyłam.

— Jeden tor czy dwa? — zapytał nas pracownik obsługi, młody, pulchny chłopak. — Obecnie mamy osiem wolnych. Dwa z nich to tory dla dzieci ze specjalnymi bandami, reszta jest do waszej dyspozycji.

— Jeden. Piątkę poproszę.

— Dwóch graczy?

— Tak.

— Imiona?

— Anfisa i Artem.

— Okej — chłopak uśmiechnął się przyjaźnie i wskazał ręką salę. — Tor włączony i gotowy do gry. Życzę miłego wieczoru!

— Artemie, a po co on pytał o nasze imiona? — dreptałam obok Sokolskiego. — To taki serwis, żeby wszystkich znać z imienia?

Podeszliśmy do właściwego toru, a Sokół uniósł głowę.

— Nie, Czyżyku, to o wiele prostsze. Widzisz tam, nad nami, ten ekran? Wyświetlają się na nim imiona wszystkich graczy i automatycznie naliczają punkty. Ponieważ gramy we dwoje, automat potrzebuje imion, żeby nas rozpoznać i na koniec dziesiątej ramki ogłosić zwycięzcę. Wszystko jest jasne! Dziesięć ramek, po dwa rzuty w każdej!

— A! Rozumiem!

Tyle że wcale nie rozumiałam i Artem musiał się nieźle napocić, żeby wyjaśnić mi podstawowe zasady gry i pokazać technikę rzutu.

— Tutaj, Czyż, po twojej lewej stronie jest podajnik z kulami. Cyfry oznaczają wagę w funtach. Są kule cięższe i lżejsze. Każdy dobiera taką pod siebie. Siódemka będzie dla ciebie za lekka, weź ósemkę, będzie w sam raz!

— Mam! — chwyciłam kulę, podniosłam ją i przycisnęłam do ramienia. Sokół, śmiejąc się, poprawił mój chwyt.

— Patrz! — wybrał kulę z podajnika, wycelował, wziął krótki rozbieg i wypuścił ją z dłoni. Kula z ciężkim hurgotem potoczyła się po torze. Uderzyła w kręgle, zbiła sześć z dziesięciu i zniknęła w otworze.

— Woah! — gapiłam się z zachwytem na ten nieład. Strasznie, aż do świerzbienia w dłoniach, zachciało mi się zrobić to samo.

— To był pierwszy rzut, teraz drugi i zamykam ramkę! Cztery kroki do linii spalonego. Patrz, Czyż! — Artem powoli wykonał rozbieg, a ja naprawdę się w niego zapatrzyłam — na pracę rąk i szerokich ramion. — Pierwszy krok najkrótszy, ostatni długi, ślizgowy. Zamach, przekazujesz siłę ręce i… rzut! — Artem wyrzucił rękę przed siebie, kula z prędkością przetoczyła się wzdłuż toru i zbiła pozostałe cztery kręgle.

— Jest! — odetchnął z zadowoleniem. — To nie strike, oczywiście, ale na rozgrzewkę nieźle!

Zobaczyłam, jak nad miejscem, gdzie stały kręgle, opuściła się rama, a na tablicy wskoczyły cyfry tuż obok imienia gracza.

— Gratulacje! — Słowo daję, aż podskoczyłam.

— Za wcześnie, Czyż. Teraz twoja kolej! — Artem ustąpił mi miejsca, odchodząc na bok.

— Aha! Już!

Objęłam kulę, ustabilizowałam ją w dłoni, pobiegłam, rzuciłam… Kula, leniwie tocząc się na ukos toru, wpadła do bocznej rynny i powoli zniknęła z pola widzenia.

— Ojej! Ale jak to… — zdumiałam się ogromnie, patrząc za nią. — Artemie, jak to możliwe? Przecież celowałam!

Na tablicy obok mojego imienia pojawił się minus.

Chłopak roześmiał się głośno i szczerze.

— Pierwsze koty za płoty, Czyżyku, nie przejmuj się! Na pewno się uda. Zawiodła cię postawa, sztywny nadgarstek i zły zamach. Pozwól, że pokażę ci na sucho, bez kuli. Chodź tutaj!

Sokół podszedł od tyłu i ostrożnie mnie objął. Odnalazł moje dłonie, uniósł je, przesuwając palcami po moich nadgarstkach, zginając ręce w łokciach i ustawiając pozorowany chwyt na wysokości między klatką piersiową a brzuchem. Pochylił głowę, muskając nosem moje włosy.

— Tak, Czyż.

Serce zabiło mi szaleńczo. Płuca się zacisnęły, a ciało oblała fala zdradzieckiego gorąca. Wszystkie myśli wyparowały, zostawiając miejsce jedynie odczuciom — kłującym i pobudzającym.

Puk-puk, puk-puk, puk-puk. Wydaje mi się, czy słyszę bicie jeszcze jednego serca?

— Daj rękę — Artem powoli splótł swoje palce z moimi i zaczął liczyć kroki…

— Pierwszy krok — trzymaj kulę poniżej klatki. Przy drugim i trzecim opuszczasz ją i robisz zamach. Przy czwartym — ślizg i rzut. Potrzebujesz impulsu i ruchomego, silnego nadgarstka. O tak.

Sokół odprowadził moją rękę do tyłu, a potem pchnął ją do przodu.

— Zrozumiałaś?

— Ch-chyba — czułam plecami jego twardą pierś. I tę gorącą dłoń, która zastygła na moim brzuchu.

— No, Czyż, próbuj! Bo inaczej znów każą nam się chować w labiryncie.

Próbowałam, raz za razem. Machnęłam ręką na zasady, plącząc się w krokach, rzucałam kulę oburącz przy śmiechu Artema, a dziesiątą ramkę skończyliśmy — on strikiem, a ja siedmioma zbitymi kręglami naraz.

— Juchu! Hurra, udało się! — zaczęłam skakać w miejscu. — Artemie, zbiłam je! Jeśli tak pójdzie dalej, przysięgam, że pokocham kręgle!

— Brawo, Czyżyk! Jestem z ciebie dumny!

— Sokół? Cześć!