SOVABOO
Rozdział 17, część 1
Spacer po centrum rozrywki dobiegł końca. Wracaliśmy w milczeniu, starając się nie krzyżować spojrzeń, jakbyśmy oboje byli w szoku po tym, czym obrócił się dla nas ten wieczór i ten pocałunek. Nie dotykaliśmy się, lecz i bez słów czułam napięcie, które iskrzyło między nami, nie chcąc wygasnąć. Jak gdyby coś żywego (czego nie sposób było po prostu nazwać, a na myśl o czym brakowało tchu), spowite naszym milczeniem i zagubieniem, rozpaczliwie pragnęło znów zapłonąć i wybuchnąć ogniem.
Nie wiem, jak Artem, ale ja siedziałam w samochodzie jak na szpilkach, bojąc się podnieść wzrok na chłopaka, niezdolna uwierzyć, że sama to w sobie obudziłam. Że odważyłam się na coś takiego. Róża w moich dłoniach potwierdzała moją śmiałość, a jednocześnie przerażała ogromem pytań: co robić dalej? Jak mamy teraz żyć pod jednym dachem? Czy zdołamy uszanować nawzajem swoją prywatność? I jeśli dla Sokoła pocałunek z Czyżykiem być może nie znaczył aż tak wiele… to dla mnie dzisiejszy wieczór skończył się prawdziwym objawieniem.
Wątpię, by dało się zostawić to wszystko i żyć jak dawniej. A to oznaczało, że najprawdopodobniej będę musiała się wyprowadzić. Tylko dokąd?
Sokół zatrzymał auto pod klatką i odwrócił się ku tylnemu siedzeniu, by podać mi torebkę. Nachyliwszy się do przodu, wyciągnął z schowka telefon… Nagle cofnęliśmy ręce, przypadkiem stykając się palcami.
Nie, to ja cofnęłam swoją, zbyt pośpiesznie chowając dłoń do kieszeni. Boże, jakie to głupie!
— Przepraszam! — wykrztusiłam bezradnie, czerwieniąc się z powodu własnego tchórzostwa. Gdzie podziała się moja odwaga? — Coś mnie podkusiło. To pewnie z nerwów.
Artem patrzył na mnie.
— Czyż…
— Tak? — otworzyłam szeroko oczy, serce znów biło mi w samym gardle.
Zdawało się, że chłopak jest spięty; to przygryzał, to puszczał dolną wargę. W tej chwili on również wpatrywał się w moje usta. Było to widać nawet w wieczornym mroku.
— Czyż — powtórzył — nie wiem, co mam teraz powiedzieć ani co zrobić. Wszystko trochę wymknęło się spod kontroli. Nie chciałem, żeby tak wyszło. To znaczy, chciałem… — przeklął pod nosem. — Cholera!
— Nie, to moja wina, Artemie. Wszystko rozumiem.
— Głupoty! — Sokół zmarszczył brwi. — Oczywiście, że nie! Mardżanow — niech go szlag! Jest mistrzem takich awantur. Znam Rusłana nie od dziś, pamiętam, do czego jest zdolny, a i tak dałem się złapać jak dzieciak. I to nie pierwszy raz! W dodatku wciągnąłem w to ciebie.
Przełknęłam ślinę, on zrobił to samo. Na pewno pomyśleliśmy o tym samym.
— Za pierwszym razem chodziło o skrzynkę piwa, Czyżyku — doprecyzował cicho Artem. — Z nikim nigdy nic podobnego.
— Tak, pamiętam. — Boże, jak pieką mnie policzki! Nie mogąc znieść badawczego spojrzenia Sokoła, odwróciłam się do okna. Czyżby serce ukłuła zazdrość?
Sokolski kontynuował:
— W każdym razie, nie wiem, co i jak dokładnie powiedzieć, ale wiem na pewno, że świetnie się dziś z tobą bawiłem. To był dobry wieczór i niczego nie żałuję.
— Naprawdę? — Znów spojrzałam na chłopaka. W jego szarych oczach odbijało się światło z okien bloku. Te oczy patrzyły tak pewnie, jak zawsze. — Ja też — odpowiedziałam. — Bardzo podobał mi się dzisiejszy wieczór.
— Czyli nie uciekniesz? — zapytał bardzo poważnie, jakby potrafił czytać w moich myślach.
— N-nie.
— Dobrze, Czyżyku. Z resztą sobie poradzimy, słyszysz? Wszystko będzie dobrze.
Odetchnął z ulgą i oparł się o fotel. Zacisnął dłonie w pięści na kierownicy, wpatrując się przed siebie.
Otworzyłam drzwiczki i wysiadłam. Ruszyłam w stronę klatki, ale zauważywszy, że Sokół wciąż siedzi w aucie — wróciłam.
— A ty? Artemie, nie idziesz do domu?
Sokół niechętnie potrząsnął głową, jakby sam nie był pewien swoich słów.
— Nie. Nie sądzę, by teraz. Później.
— A…
— Wszystko w porządku, Czyżyku. Wiem, czego mi trzeba. Idź, poczekam, aż zapalisz światło.
Po prostu. Zbiło mnie to z tropu. A ja? Czego trzeba mnie? Nie wiedziałam. Sokolski odprowadzał mnie wzrokiem, a ja powoli wlokłam się do klatki, oglądając się za siebie i ściskając różę w dłoni. Poczułam nagle, jak w duszy zaczyna skrobać jeśli jeszcze nie rozpacz, to coś bardzo do niej podobnego. Weszłam po schodach na siódme piętro, nie słysząc ani własnych kroków, ani telefonu, który ożył natarczywym dzwonkiem. Nic. Otworzyłam drzwi do mieszkania, weszłam, zdjęłam buty… i stałam bezczynnie w przedpokoju przez jakieś trzy minuty, zanim przypomniałam sobie, że powinnam zapalić światło w kuchni.
— Anfisa!
Gwałtownie odwróciłam się na dźwięk głosu. Sokół stał w progu. Trzymając się futryny, oddychał ciężko, jakby biegł.
— Czyż, nie strasz mnie tak więcej, dobrze? — wydyszał z niepokojem, a ja skinęłam głową, przyciskając torebkę i różę do piersi. Zauważyłam, jak drgnęła mu grdyka.
— Dobrze.
— I odbieraj moje telefony, proszę.
— Dobrze.
— Nie jestem nim, słyszysz? — powiedział nagle uparcie i powtórzył: — Nie jestem nim!
Artem popatrzył na mnie, przeniósł wzrok na próg i cofnął się. Znów cicho przeklął, wbijając palce we włosy.
— Cholera, ale wdepnęliśmy, Czyż — uśmiechnął się nagle jak chłopak — jednocześnie rozpaczliwie i zawadiacko. — Nie mogę w to uwierzyć. Idź spać.
— A ty?
— A ja spróbuję wykitować na siłowni. Mam nadzieję, że to pomoże!
Jeszcze nie spałam — siedziałam cicho w piżamie na łóżku, susząc po prysznicu długie włosy, słuchając brzęczenia telewizora i przeglądając notatki na jutrzejsze zajęcia, gdy w przedpokoju rozległ się dzwonek do drzwi — natarczywy i ostry. A zaraz po nim kolejny. I jeszcze jeden.
Napięłam się — to raczej nie mógł być Artem. On miał własne klucze, a Ilonki postanowiłam więcej nie wpuszczać bez zgody właściciela.
Nie, nie otworzę! Niech późni goście spadają na szczaw! Jeśli to wujek Wasia — niech najpierw dzwoni do syna, co ja mam z tym wspólnego? Jednak sumienie podpowiedziało mi, że moja obecność tutaj jest jak najbardziej częścią „legendy”.
Ale nie dało się zignorować gościa. Dzwonki rozległy się znów, a potem ktoś natarczywie załomotał pięścią do drzwi. Zrzuciłam notatki z kolan, zsunęłam się z łóżka i na paluszkach pobiegłam do przedpokoju. Przywarłam do judasza, na wszelki wypadek trzymając w ręku telefon. Zobaczmy, kto tam tak bezceremonialnie dobija się po nocy.
„Oho! — zdziwiłam się. — Co za nocny gość!”
Otworzyłam drzwi, gdy tylko zobaczyłam w judaszu Lukę. Chłopak stał z opuszczoną głową, zwrócony półprofilem do schodów, ale od razu poznałam czapkę i kurtkę, które widziałam na nim niedawno w centrum rozrywki. Sylwetkę też łatwo było rozpoznać. Mój brat Robik powaliłby tego chuderlaka jedną lewą ręką — tak marnie wyglądał, choć był dobrze ubrany.
— Cześć, Luka.
Chłopak zamarł z otwartymi z wrażenia ustami. Widocznie zupełnie nie spodziewał się mnie tu zastać, i to w tak domowym wydaniu. Na widok mało znanej dziewczyny w mieszkaniu starszego brata natychmiast się najeżył i cofnął, poprawiając z ważną miną plecak na ramionach.
— Gdzie jest Artem? — zapytał krótko i bez ceregieli. Powiedziałabym, że bardzo po męsku. Byłam nie mniej zdziwiona niż on, więc moja odpowiedź była równie treściwa:
— Na treningu.
— Co, tak późno? — zwątpił chłopak.
Musiałam wzruszyć ramionami.
— Tak, tak powiedział. Czekaj — jakbym się ocknęła. — A ty właściwie po co przyszedłeś? Widziałeś, która godzina? Powinieneś już dawno spać, Luka! I dlaczego nie zadzwoniłeś do Artema? Na pewno by po ciebie wyszedł. Czekaj — zaświtało mi, nagle poczułam lęk. — Czy ty… chcesz mi powiedzieć, że jechałeś przez całe miasto? Sam?! Dobrze zrozumiałam?!
— No i co z tego? — Luka hardo uniósł podbródek. — Co ci do tego? Jestem już dorosły! A Artem nie odbiera telefonu, o!
Guzik mnie to obchodzi. Zupełnie. Nic mi do obcych dzieciaków, poza faktem, że cholernie martwi mnie to, iż jedenastoletnie dziecko włóczy się samo po ulicach nocnego miasta w grudniu. Zresztą nieważne, w jakim miesiącu — ważne, że się włóczy! Samo! Czy ten wujek Wasia i ta cała Alisa całkiem powariowali?
Odunęłam się od drzwi pod ścianę, robiąc przejście.
— Tak, a teraz wchodź! — rozkazałam stanowczo, czym znów wprawiłam chłopca w osłupienie. — Nie ma co niepokoić sąsiadów!
— Co? — prychnął i naburmuszył się. Spojrzał gniewnie spod czapki. — Ani myślę! Nie znam cię, a nuż jesteś jakąś maniaczką! Na brata poczekam tutaj, jasne?
— Jasne.
Z klatki pociągnęło chłodem, dźwięczny głos chłopca niósł się echem w ciszy korytarza… Pamiętałam jednak, że rozmawiam z dzieckiem, i postanowiłam osobiście skończyć z tymi uprzejmościami, bo inaczej nasza konfrontacja mogłaby trwać wieki. Nie wiedziałam dokładnie, kiedy wróci Sokół, ale wiedziałam jedno: z takim chuderlakiem poradzę sobie bez trudu. Przy okazji ustawię hierarchię między pokoleniami, żeby nie zapomniał, kto tu rządzi. A właściwie: kto kogo — zupełnie jak z Robikiem.
Wyszłam na półpiętro, capnęłam Lukę za kaptur i lekko wciągnęłam opierającego się chłopca do mieszkania. Zamknęłam za nim drzwi na klucz.
— Zdejmuj buty — powiedziałam, ściągając z niego czapkę i plecak. — Jesteś głodny? — zapytałam, ale Luka milczał, z czego wyciągnęłam prosty wniosek: jest. Powiesiwszy kurtkę w szafie, zaprowadziłam gościa do kuchni.
Telefon Sokoła nie odpowiadał. Dziwne. Wykręciłam numer jeszcze raz. Na potwierdzenie moich myśli Luka wzruszył ramionami, wróciwszy z łazienki:
— Przecież ci mówiłem. Artem zawsze jest poza zasięgiem, kiedy ma trening. Nienawidzę futbolu! — wypalił nagle, bojowo splatając ręce na piersi.
U-u, ale to wszystko skomplikowane — teraz i ja się zasępiłam. Przed kim on się tak teraz zamyka? Hm, rodzice powinni się tym zająć.
— Słuchaj, Luka, nie gotowałam dziś specjalnie kolacji, ale zostało nam trochę zupy z kurczaka — zaproponowałam. — Siadaj, już podgrzałam! O, a może zrobię ci placki ziemniaczane ze śmietaną? Tak! To będzie najszybsze i takie pyszne, że palce lizać! Artem zajada, aż mu się uszy trzęsą! Albo jajecznicę? Powiedz tylko, na co masz ochotę?
Zaczęłam krzątać się po kuchni, patrząc, jak dzieciak je. Najpierw niechętnie nabierał zupę łyżką, a potem coraz żwawiej. Musiałam nawet dociąć chleba i uwijać się z obiecanymi plackami. Chłopiec jadł, a ja nie mogłam opędzić się od natrętnej myśli.
— Luka, niestety nie mam numeru do twojego ojca, inaczej już bym dzwoniła do wujka Wasi.
— Wielkie mi co! — prychnął złośliwie i zlizał śmietanę z palców. — Ja też nie znam.
— Ale Luka, a twoja mama? Może zadzwonimy do niej? Posłuchaj — usiadłam ostrożnie na krześle obok gościa. — Naprawdę cię nie znam, to prawda. I oczywiście rozumiem, że przyszedłeś do brata. Ale rodzice zawsze zamartwiają się o swoje dzieci i jestem pewna, że twoja mama odchodzi teraz od zmysłów, nie wiedząc, gdzie jesteś i co się z tobą dzieje. To ważne, Luka. Jeśli dasz mi jej numer, obiecuję, że sama z nią porozmawiam i poproszę, żeby cię nie karała. Dobrze? A zaraz przyjdzie Artem.
Chłopiec znieruchomiał. Odsunął od siebie talerz i wymamrotał pod nosem:
— Nie będzie się martwić. Ma to gdzieś.
— Ale dlaczego? — zdziwiłam się. — Skąd taki pomysł? Jestem pewna, że się mylisz i że mama… — nie zdążyłam dokończyć.
Luka spuścił głowę, pociągnął nosem raz, drugi, a potem wybuchnął płaczem.
No to ładnie!