Rozdział 2
O Waleriju Kuprijanowie, starszym wnuku Matwieja Iwanowicza, krążyły plotki, że jest hazardzistą, lekkoduchem i człowiekiem, z którym lepiej nie robić poważnych interesów. Bo zaufania nie budził ani swoimi czynami, ani chęcią pracy dla dobra rodzinnej korporacji, ani cienkim uśmieszkiem zadbanego hulaki, który nie schodził mu z twarzy.
Podłym uśmieszkiem, trzeba dodać.
Przez czas, kiedy pracowałam w „Sezamie”, pojawiał się tu dwa razy i za każdym razem nie zagrzewał długo miejsca. Przez jakieś dwa miesiące obijał się po biurze, zajmując sąsiadujący z gabinetem dziadka pokój z ważnym napisem „Dyrektor wykonawczy”, jeździł po placach budowy, uczestniczył w naradach, ale wyraźnie się tam nudził i niewiele wnikał w proces zarządzania projektami czy planowanie strategiczne firmy. A potem dochodziło do poważnej rozmowy z dziadkiem (za zamkniętymi drzwiami gabinetu dyrektora generalnego) i Kuprijanow znikał.
Osobiście uważałam go za podły typ bez wstydu i sumienia. Oczywiście nie od razu zaczęłam tak uważać, tylko po tym, jak usłyszałam o zerwanym kontrakcie, który omal nie podkopał wizerunku „Sezamu”, i o straszliwej sumie pieniędzy, którą przepuścił. I po tym, jak stanęłam nos w nos z jego nikczemną osobą, kiedy pewnego dnia zamknął mnie w recepcji i próbował wsadzić mi rękę pod spódnicę. I, rzecz jasna, nie zawahał się wylać mi na głowę całego wiadra świństw o moim rzekomym romansie z jego dziadkiem.
Wtedy nie wytrzymałam i przyłożyłam mu karafką w czoło. Myślałam, że go zabiłam, ale nic mu się nie stało, zachwiał się na chudych nogach, lecz doszedł do siebie. Ostrzeżenia jednak nie zrozumiał i rok później trzeba było powtórzyć numer z karafką.
Kiedy Kuprijanow pojawił się w „Sezamie” po raz trzeci, był już mądrzejszy i trzymał się ode mnie z daleka.
Stało się to kilka dni po tym, jak Matwieja Iwanowicza pilnym lotem przewieziono do jednej ze szwajcarskich klinik, a fotel dyrektora generalnego opustoszał. Zjawił się w głównym biurze firmy z ważną miną i oznajmił, że teraz całe zarządzanie korporacją przechodzi w jego ręce. A komu się to nie podoba, ten może już teraz być wolny — on, widzicie państwo, nikogo nie trzyma.
Tak powiedział i spojrzał na mnie z podłym przymrużeniem oczu.
Oczywiście się zmartwiłam. No bo jak się nie martwić, kiedy z drogim szefem stało się nieszczęście, na karku dzieci i kredyt hipoteczny, a jutro znów straszy niepewnością? W moim kontrakcie rzeczywiście istniał punkt mówiący, że znajduję się pod osobistym patronatem dyrektora generalnego i zwolnić mnie można tylko za jego bezpośrednią zgodą. Ale gdy usłyszałam tę wiadomość, w myślach już żegnałam się z miejscem pracy i pakowałam rzeczy — jasne przecież, że Kuprijanow nie będzie trzymał mnie jako sekretarki. Bo tym razem na pewno rozbiję o niego karafkę.
Już szykowałam się na najgorsze, kiedy niespodziewanie zdarzyła się wielka niespodzianka.
Prawnicy Woronowa zwołali nadzwyczajne zebranie dyrektorów i poinformowali na nim, że staruszek zapisał wszystkie swoje aktywa i korporację wcale nie starszemu, lecz młodszemu wnukowi. I że tylko Andrzej Igorowicz Woronow, i nikt inny, z osobistego polecenia właściciela może zająć jego miejsce.
Nawet miejsce „pełniącego obowiązki”.
Powiedzieć, że wszyscy się zdziwili, to nic nie powiedzieć. O młodszym wnuku Matwieja Iwanowicza wiadomo było niewiele. Podobno nieżonaty, dość młody, ostatnie sześć lat mieszka za granicą i tam prowadzi własny biznes. Mówiono, że jest bystry i wiele osiągnął sam. Że ma smykałkę do interesów, twarde zasady, a charakter odziedziczył cały po dziadku. Że swoim życiem i czasem woli zarządzać sam, dlatego z Matwiejem Iwanowiczem niezbyt się dogadywali.
Ale czy dziadek z wnukiem się dogadywali, czy nie — w obliczu problemu nie było aż tak ważne. Najważniejsze, że wszystkie wymienione plotki dawały zespołowi nadzieję, że „Sezam” nie zbankrutuje i że wszyscy zostaniemy z pracą.
O tym wszystkim mówiono bardzo gorąco, przyjazd Andrzeja Woronowa omawiano od rana do wieczora przez cały tydzień. A w praktyce okazało się…
A w praktyce wszystko właśnie tak się okazało. Tyle że do listy zalet „bohatera” dołączone były pewne niuanse.
Andrzej Woronow był wysoki, barczysty i bardzo przystojny, czym wprawił w zachwyt cały żeński personel w budynku firmy. Zwłaszcza niezamężne panie. Nie będę się spierać co do cech biznesowych odziedziczonych po dziadku — tego rzeczywiście miał aż nadto, ale okazał się też twardy, pedantyczny, skrupulatny, niecierpliwy i oschły.
I w przeciwieństwie do swojego dziadka nie spieszył się ze zbliżaniem do ludzi, wolał zachowywać dystans i rozmawiać służbowo chłodnym tonem. Sprawiał wrażenie, jakby oszczędzał na każdej minucie rozmowy, i zmuszał gości do pocenia się.
Kiedy rozmawiał z podwładnymi, aż słyszałam w jego głosie trzask łamanego lodu. Jeśli zaś chodzi o mnie, wobec mnie zachowywał się wręcz wyniośle. Mało tego, że gad pozbawił mnie premii (właściwie nie tylko mnie, ale i połowę biura, tłumacząc to koniecznością przejrzenia finansów każdego działu i zrobienia rozliczeń), to jeszcze zerkał w moją stronę z tak pyszną pogardą, jakbym paradowała przed nim w pogniecionym negliżu albo z rozplaskaną muchą na czole.
Gdy tylko Woronow zajął gabinet dyrektora generalnego, zaczął krążyć po obiektach i wysiadywał w pracy od ósmej rano do dziewiątej wieczorem, a mnie trzymał przy sobie. Milczałam, zgrzytałam zębami, ale rozumiejąc, jak ważne jest to teraz dla „Sezamu”, a przede wszystkim dla Matwieja Iwanowicza — wytrzymywałam.
Jako kobiety nowy szef zupełnie mnie nie zauważał, więc karafka stała na stole nietknięta, za to jako sekretarkę — jak najbardziej, i od pierwszego dnia zaczął bezlitośnie mnie wykorzystywać.
Nie wiem już, jakie dokładnie plotki o mnie do niego dotarły, ale podejrzewam, że te najmniej pochlebne. Bo choć starałam się zachowywać wobec niego poprawnie i sumiennie… zaczęliśmy się kłócić od samego początku!
Co zaś do Kuprijanowa, to choć testament dziadka mu się nie spodobał, ku powszechnemu ubolewaniu nie zniknął z firmy. I nawet nie wyprowadził się z gabinetu dyrektora wykonawczego. Przeciwnie, dwa tygodnie po tym, jak na czele „Sezamu” stanął Woronow junior, w głównym biurze pojawiła się też piękna Neleczka — specjalistka od analityki rynku. Osobista asystentka Walerija Aleksandrowicza.
Ha! Nie wiem jak innym, ale mnie od razu stało się jasne, w czym dokładnie jest „superspecjalistką”, gdy tylko zobaczyłam w wysokim rozcięciu jej spódnicy koronkę jedwabnych pończoch, którą bez skrępowania wystawiała na widok Woronowa, a w oczach — zapał łowczyni bogatych mężczyzn.
A potem znalazł się też dowód jej zmowy z Kuprijanowem, kiedy przyłapałam tę parkę w schowku i usłyszałam o planowanej przez nich zbrodni!
Właściwie siedzenie pod stołem i podsłuchiwanie cudzych rozmów nie należy do bezpośrednich obowiązków sekretarki, a wcześniej nie miałam takiego zwyczaju. Dlatego kiedy zdarzyło się to po raz pierwszy, nie mogłam nawet pomyśleć, że stanę się świadkiem tajnej rozmowy.