SOVABOO

Upadł. Ocknął się. Tata!

Ch. 2: Rozdział 2

Rozdział 2

Chapter 2/31 · Page 4 of 46%

— Jutro o jedenastej spotykam się z grupą inwestorów — ciągnął. — Godzinę wcześniej mam ważną naradę z dyrektorem do spraw rozwoju. O szesnastej zero zero czekam u siebie w gabinecie na wszystkich naszych menedżerów z nadzieją, że dowiem się, co u licha oni wszyscy tutaj robią! Jestem potwornie zmęczony, a czeka mnie jeszcze posortowanie według dat sterty umów, którą pani przyniosła. Skoro sama pani się tego nie domyśliła!

— To trzeba było poprosić! — postanowiłam choć raz nie ustąpić szefowi w uporze, skoro i tak się zwalniam. — Skąd mam wiedzieć, czego pan chce? Przywykłam wykonywać polecenia, a nie pragnienia. Nie potrafię zgadnąć, jakie myśli siedzą w pańskiej głowie, i wcielić ich w życie!

— I bardzo szkoda, Dario! Bo gdyby pani potrafiła, zaoszczędzilibyśmy mnóstwo czasu… i sił! I na pewno oboje bylibyśmy zadowoleni!

— Doprawdy? Coś wątpię! Zwłaszcza co do pana i siebie!

Powiedziałam to i sama zrozumiałam, że zabrzmiało jakoś… dwuznacznie chyba. O czym my właściwie rozmawiamy?

Musiałam szybko podejść do sterty umów leżących na biurku i zacząć je przeglądać, ukrywając zaróżowione policzki przed uważnym spojrzeniem szefa.

Niech będzie! Teraz wykonam dla ukochanej firmy to ostatnie polecenie, a potem i tak napiszę wypowiedzenie! Nie dogadamy się z Woronowem, no nie podobam mu się. Niech więc szuka sobie kogoś innego, mężczyzny albo kobiety, kto będzie z nim tutaj kukał do północy. I w kogo można wbijać szpilki! A ja mam dzieci i rodzinę!

Ale prawda życia nie pozwoliła dumie rozwinąć skrzydeł i sprowadziła mnie do rzeczywistości.

A poza tym mam kredyty i hipotekę. Ritoczce trzeba by kupić puchowy płaszczyk na święto — córka Oli wyrosła, niedługo będzie mojego wzrostu. Stiopka czeka pod choinką na świetlną zbroję i modułowy blaster. A Soneczka… a Soneczka wciąż marzy o psie.

Boże, tylko psa brakuje mi w życiu do pełni szczęścia!

Uniosłam ramiona i smutno wypuściłam powietrze, a lodowatemu szefowi od mojej rażącej bezczelności — stać tu przed nim i wzdychać pełną piersią — aż jabłko Adama drgnęło, kiedy wzruszona wyobraziłam sobie jutrzejszy dzień jako bezrobotna mama.

— K-kogutowa! — z rykiem odwrócił ku mnie fotel, zamierzając wstać, ale zaraz obrócił głowę w stronę recepcji, słysząc za drzwiami czyjeś kroki — stukot obcasów po parkiecie, miarowy i cienki.

Najwyraźniej oboje domyśliliśmy się, do kogo należy, bo jednocześnie zamarliśmy i spojrzeliśmy na siebie, jakby przyłapano nas na gorącym uczynku.

— Cho-olera! — nagle ostro wypuścił powietrze Woronow i szybko, z irytacją, spojrzał na zegarek. — Pani jeszcze tutaj!

— No właśnie! A co właściwie…

Ale nie zdążyłam spytać, czy wpuszczać do niego Ludożerkę, czy nie… A to niewątpliwie była ona — podstępna kochanka i wspólniczka Kuprijanowa. Woronow, sięgając do laptopa z zamiarem zamknięcia go, przypadkiem strącił na podłogę część dokumentów z dużej sterty umów, którą zaczęłam przeglądać. A kiedy rozsypały się przy jego fotelu i wpadły pod stół, niewzruszenie rozkazał:

— Proszę zebrać, natychmiast. Są mi bardzo potrzebne!

Wydał mi polecenie dokładnie w chwili, gdy w gabinecie rozległo się pukanie do drzwi, a z recepcji dobiegł melodyjny głos:

— Andrzeju Igorowiczu, jest pan sam? Mogę wejść? To Nelly Przygożewa, w osobistej sprawie!

Ach, osobistej? Ależ kłamczucha! Ja znam te jej osobiste sprawy!

Serce zabiło mi jak szalone i gwałtownie odwróciłam się do Woronowa:

— Nie! Andrzeju Igorowiczu, niech pan jej nie wpuszcza! A jeśli ma pistolet? Na tym piętrze oprócz nas nie ma żywej duszy, cała ochrona jest na dole. Proszę zostać na miejscu, zamknę drzwi!

Już prawie odfrunęłam od biurka, zamierzając w razie potrzeby własną piersią stanąć w obronie szefa (tfu na niego!), ale chwytliwe palce mężczyzny złapały mnie za łokieć i zawróciły na miejsce. A gniewny szept rozległ się tuż przy uchu:

— Stać, Kogutowa! Znowu pani swoje? Proszę zbierać papiery i przestać mnie ratować, do kogo mówię! W milczeniu!

Tak po prostu złapał mnie za ramiona i wepchnął pod stół. Silny, zaraza! A żebym się nie wychyliła, kiedy piękna Neleczka, olśniewająco szczerząc zęby i kołysząc biodrami, szła po perskim dywanie na jego spotkanie, ta błękitnooka su… przepraszam, niedobry człowiek, nadepnął na moją spódnicę (przygważdżając ją do podłogi swoim butem w rozmiarze czterdzieści pięć), a jeszcze położył mi z góry rękę na szyi.

Objął mnie długimi palcami pod karkiem tak, że nie dało się ruszyć. Co dopiero zebrać dokumenty.

Co za niesłychana bezczelność! Samowola, bezceremonialność i despotyzm!

Jaki tam cham? On jest gorszy! Czy Matwiej Iwanowicz byłby zdolny do czegoś takiego?!

Ze zdumienia i oburzenia nie tylko pogubiłam wszystkie słowa, ale nawet straciłam głos.

A jednak na pewno coś bym zapiszczała i spróbowała się uwolnić, gdybym nagle sama nie zesztywniała, słysząc po zbliżających się krokach kobiety jej cukierkowy szept. Pozbawiony choćby cienia oficjalnego tonu:

— No, witaj, Andrzeju. Wreszcie jesteśmy sami!

Chapter 2 / 31 · Page 4 of 4