Rozdział 2
Ale dzień pracy się skończył, biuro powoli opustoszało i wydało mi się, że niezadowolona Ludożerka wyszła z pracy. Upewniwszy się, że gabinet dyrektora wykonawczego jest zamknięty, a za oknem już dawno ściemniało, sama też zaczęłam zbierać się do domu.
Dochodziła już ósma wieczorem, oblodzoną drogę przyprószył śnieg, a wszystko, co pozostało mi do zrobienia, to przekazać szefowi wybraną na jego żądanie stertę zeszłorocznych umów z prywatnymi firmami.
Wzięłam dokumenty ze stołu, zapukałam do drzwi i weszłam do gabinetu dyrektora generalnego.
Ciemnowłosy i ponury Woronow, z prostymi plecami i szerokimi ramionami, siedział w fotelu za masywnym biurkiem i coś pisał na laptopie. Zauważywszy mnie, rzucił zirytowane spojrzenie na tarczę drogich zegarków na mocnym nadgarstku i znów wbił wzrok w ekran.
— Wciąż tu pani jest, Kogutowa? — zauważył, jak zawsze niezadowolony. — Długo się pani grzebała. Liczyłem, że przejrzę umowy jeszcze godzinę temu.
Spokojnie, Dasza. Najważniejsze to nie reagować na cudzy nastrój i trzymać się w ryzach. Za cara wielmoże w ogóle chłostali swoich osobistych sekretarzy rózgami, więc i tak masz szczęście!
Kiedy podchodziłam do mężczyzny, mój kobiecy wzrok odruchowo odnotował koszulę napiętą na szerokich ramionach i marynarkę starannie wiszącą na oparciu fotela. Jego wygląd podpowiedział mi, że Woronow wcale nie spieszył się do domu.
— Godzinę temu, Andrzeju Igorowiczu, chciał pan kawę i plan konferencji. A poza tym nagle zapragnął pan, żeby podlać wszystkie rośliny w gabinecie i dostać listę połączeń do recepcji. A swoją drogą dzień pracy dawno się skończył. Ale wciąż tu jestem i przyniosłam umowy, jak pan prosił.
— Zawsze sprzecza się pani z szefem? Czy tylko ja tak na panią działam, Kogutowa?
— Jestem Kogucik. Przepraszam, jak?
— Hipnotycznie. Zmuszając, żeby ciągle się pani wykręcała.
— T-to znaczy?
— Gdyby naprawdę chciała pani wyjść wcześniej, Kogutowa…
— Jestem Kogucik!
— …to nie czekałaby pani na moją prośbę, tylko sama przyniosła mi kawę. I z umowami też by się pani pospieszyła!
— Przecież pan pije ją po sześć razy dziennie! Skąd mam wiedzieć, kiedy ma pan na nią chwilę, a kiedy nie?
Woronow oderwał ciężkie spojrzenie od laptopa, uniósł rękę i zmęczonym ruchem potarł palcami skroń. Spojrzał gniewnie lodowymi oczami, przywołał mnie bliżej i odebrał dokumenty.
— Dziękuję!
— Proszę bardzo! Mogę iść?
— A czy ja panią trzymam? — spytał sucho i znów służbowo wbił wzrok w monitor.
Piękne, smagłe palce zatańczyły nad klawiaturą. A wyraz oczu taki, jakby naprawdę mnie nie trzymał. To ja sama, głupiutka stokrotka, biegam tam i z powrotem z recepcji do gabinetu i z powrotem, odrywając człowieka od pracy. Jakbym nie miała domu i dzieci!
Tfu! Jak z nim trudno!
A najgorsze, że nawet nie wiesz, co odpowiedzieć. Czy zacząć się tłumaczyć, czy wrócić do recepcji i dalej siedzieć pod drzwiami, udowadniając wierność firmie.
No zrozum go, czego on ode mnie chce?
Zamarłam w zagubieniu, gapiąc się na Woronowa.
— O co chodzi, Kogutowa? — ciemna brew szefa groźnie uniosła się, a twarz odwróciła. — Zobaczyła pani we mnie coś interesującego?
— Nie.
— Czyli nieinteresującego?
— Wcale nie!
— To znaczy, chce pani powiedzieć, że jestem dla pani pustym miejscem?
Tylko pokręciłam głową na boki, przymarzając spojrzeniem do zimnych oczu. Co się dzieje?
— Andrzeju Igorowiczu, źle się pan czuje? — spróbowałam zgadnąć, z przyzwyczajenia przykładając dłoń do czoła szefa. Stiopce też przy gorączce zdarzał się słowny bełkot. Ale opamiętawszy się, szybko cofnęłam palce i odstąpiłam. Czoło okazało się ciepłe i gładkie. — Wydaje mi się, że pora panu do domu i odpocząć.
— Jej się wydaje… — mruknął Woronow. — Ależ pani jest… natrętna! — nagle ni z tego, ni z owego wybuchnął, z irytacją odsuwając od siebie gadżet. — I tak nic mi się, do diabła, nie zgadza, a tu jeszcze ona! Brakuje pani męskiej uwagi? Przy mnie jej pani nie znajdzie, proszę nawet nie liczyć! Przyniosła pani dokumenty i tyle, drzwi są tam. Do widzenia! Osobiście ani trochę mnie pani nie interesuje, niech pani porzuci te sztuczki z czułościami!
Aż mnie zatkało. Nie no, co za odmrożony pingwin. Jakim trzeba być pawianem, żeby coś takiego wymyślić?
— Jak panu nie wstyd! — oburzyłam się słusznie. — Jakie znowu sztuczki? Chciałam tylko sprawdzić, jak się pan czuje!
— Następnym razem, Kogutowa, proszę zajmować się nie mną, tylko papierami! Czułem się normalnie. W każdym razie do spotkania z panią!
— Jestem Kogucik!
— To dlatego zastanawiałem się, czemu od pani piania rozbolała mnie głowa!
Zrobiło mi się tak przykro, że aż strach. Ja się tu dla niego staram, zostaję po pracy, a on… A on!
— Cham! Oto kim pan jest!
Oj, czy ja naprawdę to powiedziałam?
A zresztą, zasłużył na jeszcze gorszą obelgę! Za kogo on mnie uważa? Kim sobie wyobraża, że jest?
— Co?!
— To, co pan słyszał! Mam dość pańskich kpin. Zwalniam się! Zaraz napiszę wypowiedzenie i… i radźcie sobie tutaj sami, jak chcecie! Można by pomyśleć, że pan mnie interesuje! Wolę już być sama niż… niż…
— Niż co, Kogutowa?
Jednak mierząc gniewnym spojrzeniem pięknego mężczyznę przed sobą, nie od razu znalazłam odpowiedź. Dzięki błękitnym oczom lśniącym chłodem — podpowiedziały.
— Niż z lodową górą, właśnie! Wystarczy pana dotknąć i od razu człowiek obrośnie soplami! Jeśli w ogóle nie zamarznie na kość! Brrr!
Wyrzuciłam mu to wszystko prosto w twarz i od razu zrobiło mi się lżej. Niech wie, co o nim myślę! Trzeba będzie, to jeszcze donośnie zapieję!
Woronow patrzył, patrzył… prychnął gniewnie arystokratycznymi nozdrzami… i jak gdyby nigdy nic wrócił do pracy. Zastukał opuszkami palców po klawiaturze, rozwijając program do ewidencji danych i równocześnie zamykając wcześniej przejrzane protokoły.
— Hej, Andrzeju Igorowiczu, słyszy pan, co powiedziałam?
Woronow doskonale słyszał, tylko odpowiadać nie zamierzał. Zacisnąwszy twarde usta, wpisał osobiste hasło dostępu do zamkniętej bazy, otworzył kilka wirtualnych okien i udał, że nie istnieję.
Klik, klik, klik…
A no i dobrze! Słowa i tak już padły. Oczywiście stracić pracę będzie szalenie żal — zwłaszcza ukochaną! Ale lepiej tak niż dalej znosić kpiny tego gbura. Jestem posłuszną asystentką, ale dumę, jaką taką, też mam! Jeszcze tylko brakowało, żeby Woronow ubzdurał sobie, że chcę go uwodzić.
No proszę, co za głupota!
— Milczy pan? No i dobrze — wzięłam się w garść. — To nawet lepiej, że jest pan w pracy. Zaraz napiszę wypowiedzenie i przyniosę. Od razu pan podpisze, żebym więcej nie działała panu na nerwy.
Powiedziałam to dumnie, odwróciłam się i już miałam wyjść do recepcji, gdy za plecami rozległo się:
— Nie zwalniałem pani, Dario!
Szczerze mówiąc, zatrzymało mnie i kazało obejrzeć się zdumienie. Szef po raz pierwszy nazwał mnie po imieniu.
— Przepraszam…
Ale mężczyzna dalej porównywał dokumenty i kopiował dane z bazy ewidencyjnej do nowego pliku.
— I wypowiedzenia od pani nie przyjmę. Mój dzień pracy już się skończył.
— Ale jutro nie przyjdę!
— Wtedy będę musiał przywieźć panią do pracy osobiście! A jestem bardzo zajęty. Czy pani tego nie widzi?
Widziałam. Bardzo dobrze widziałam, jak się stara. Dlatego mu pomagałam. Tylko myśli czytać nie umiem! Czy nie można było powiedzieć, jeśli to takie potrzebne?
Woronow wreszcie oderwał wzrok od monitora i przygwoździł mnie nim do miejsca.