SOVABOO

Upadł. Ocknął się. Tata!

Ch. 3: Rozdział 3

Rozdział 3

Chapter 3/31 · Page 2 of 67%

I gdyby sekretarka dziadka okazała się pięknością, łatwiej byłoby mi zrozumieć, jak trafiła z ulicy do serca „Sezamu” i tutaj została. Prawie spodziewałem się zobaczyć przed sobą fatalną drapieżnicę. Ale dziewczyna, która powitała mnie w recepcji, okazała się zwyczajna. Owszem, z dobrą figurą i delikatnymi rysami twarzy, lecz raczej miła. I na pewno bez tego wyzwania w oczach, z którym efektowne kobiety lubią nosić siebie i zdobywać wszystko.

I właśnie wtedy spiąłem się mocniej, oczekując podstępu — czym więc ta ruda zdołała zahaczyć mojego dziadka? Skąd te wszystkie plotki? Co w niej takiego, że Matwiej Woronow, nie zważając na nikogo, dopuścił ją tak blisko?

I po jaką cholerę mnie to teraz interesuje, skoro i bez tego mam o czym myśleć?

Tego dnia nie dostałem odpowiedzi na żadne pytanie. Odpowiedzi przyszły później. Ale już wtedy pierwsza jaskółka domysłu przysiadła mi na ramieniu, gdy Kogucik wyszła zza biurka i się przedstawiła. Podeszła bliżej, wyciągnęła rękę i uniosła gęste, miękkie rzęsy, odsłaniając przed moim wzrokiem piwnozielone spojrzenie lekko skośnych oczu…

Wiedźma! Aż zamarłem, przez moment widząc ją z potarganymi włosami i nagimi ramionami. Omal nie zacisnąłem powiek od obrazu, który uderzył w wyobraźnię. A niby z jakiego powodu?!

… I powiedziała mi przyjemnym głosem:

— Dzień dobry, Andrzeju Igorowiczu, bardzo się cieszę, że widzę pana w „Sezamie”! Proszę przyjąć moje wyrazy współczucia, tak mi przykro z powodu tego, co dzieje się z Matwiejem Iwanowiczem! Pański dziadek to wspaniały człowiek i wciąż mam nadzieję, że koniecznie wyzdrowieje i wróci do zarządzania firmą!

A potem jeszcze się uśmiechnęła:

— A póki jest tutaj pan, może pan w pełni na mnie liczyć! We wszystkim panu pomogę! Proszę, oto pański nowy gabinet — przed oczami mignął mi cienki nadgarstek o alabastrowej skórze. — Prawnicy firmy przygotowali już wszystkie niezbędne dokumenty i wykonali pieczęcie. Proszę za mną, przekażę panu kod do sejfu… Tak na pana czekaliśmy, gdyby pan tylko wiedział!

Nie mam nawet pojęcia „jak”. Za to o „wspaniałym człowieku” — całkiem pełne. I hm, ja bym tak o swoim dziadku nie powiedział.

Co znaczy: „Póki jestem tutaj”? Na co ona proponuje mi liczyć?

I… przesłyszałem się, czy ona naprawdę ma dostęp do głównego sejfu firmy?!

Serce głucho uderzyło o żebra — z niezrozumiałej irytacji i czegoś jeszcze, czemu nie znalazłem wyjaśnienia, kiedy patrzyłem na schludny kark Rudej, idąc za nią do swojego gabinetu. Kiedy obserwowałem, jak otwiera przede mną drzwi i krząta się wokół, ożywiając przestrzeń dość dużego pokoju — podnosi żaluzje w oknach, poprawia fotel dyrektora i wazon z żywymi kwiatami stojący na masywnym biurku z mahoniu.

Kilka kolejnych takich samych biało-zielonych bukietów, pięknie ułożonych przez florystę, stało na długim stole konferencyjnym.

A to jeszcze po co?

Zobaczyła moje ponure spojrzenie i pospieszyła z wyjaśnieniem:

— Matwiej Iwanowicz spędzał w pracy bardzo dużo czasu. Lubił kwiaty i rośliny, dlatego jest tu tak zielono. Kwiaty dostarcza firma kurierska co drugi dzień, ale jeśli się panu nie podoba, zrezygnuję z ich usług.

— Pani?

— No tak — Ruda udała, że nie zauważyła mojego zdziwienia, i taktownie się uśmiechnęła. — Jako pańska sekretarka powinnam zapewnić panu komfort pracy. Więc jeśli będzie pan miał, Andrzeju Igorowiczu, jakieś życzenia, proszę tylko powiedzieć, a ja postaram się…

— Raczej będę miał pytanie.

— Słucham.

— I jak bardzo „w pełni”, szanowna Kogutowa, zamierza pani spełniać moje życzenia? Co dokładnie wchodzi w zakres pani obowiązków?

— Jestem Kogucik. P-przepraszam — rzęsy Rudej zdumione mrugnęły — nie rozumiem?

— Jak widzę, nie należy pani do bystrych.

Sekunda konsternacji i moja nowa podwładna zacisnęła usta. Bezradnie poprawiła włosy przy skroni, ale nie spuściła wzroku. Za to policzki zarumieniły się jej zupełnie jak dziewczynie.

Ciekawe, ile ma lat? Na oko nie więcej niż dwadzieścia trzy, choć w rzeczywistości na pewno jest starsza. Walerka napomknął, że ma dzieci i że jeśli ruszę głową, zrozumiem, z kim. Męża Kogucik nie ma, za to gwarancje w „Sezamie” ma.

Bzdura. Poradziłem Walerce, żeby się zamknął i nie bredził. W tę część plotek, w przeciwieństwie do niego, nie uwierzyłem. Kuprijanowowie to nie Woronowowie. Gdyby były od dziadka, nosiłyby jego nazwisko, a nie jakieś idiotyczne „Kogucik”. Chyba że nie znałem charakteru swojego krewnego. Ale dziadek mógł ulec uwadze młodej dziewczyny. I odpłacić jej za „sympatię” posadą swojej sekretarki. Innego wyjaśnienia, jak się tu znalazła, nie było.

Ale do diabła! Co mnie to wszystko obchodzi, kiedy mam utrzymać korporację w rękach? I dlaczego sam widok tej Rudej mnie złości? Czy to przez dwie bezsenne noce i moją niechęć do powrotu do miasta?

Omiótłem wzrokiem swój nowy gabinet i znów przeniosłem go na sekretarkę. Wciąż musiałem zrozumieć wiele rzeczy, w tym zamknąć pytania: jak głębokie są powiązania Kogucik z „Sezamem”? I czy naprawdę można jej ufać?

— Nie rozumiem, o czym pan mówi, Andrzeju Igorowiczu. Może konkretniej?

Rozpiąłem guzik marynarki i poluzowałem krawat.

Może, ale po co? Przecież i tak wszystko zrozumiała.

— Nie można — uciąłem krótko.

— T-to znaczy, chce pan, żebym odeszła?

— A myśli, Kogutowa, czyta pani o wiele lepiej. Sam jeszcze nie zdecydowałem, czego chcę — przyznałem uczciwie, zdejmując marynarkę i przerzucając ją przez oparcie krzesła, wcześniej wysunąwszy je zza biurka — ale nie jestem pewien, czy będziemy umieli ze sobą pracować.

— Przecież pan mnie wcale nie zna!

— Za to nasłuchałem się o pani jako o cennym pracowniku! — odpowiedziałem dziewczynie twardo, nie pozwalając jej dokończyć.

Ten dzień nie zdążył jeszcze minąć połowy, a już wydawał się zbyt długi przez przeprowadzki, informacje i ludzi. Przez Walerkę, plączącego się pod nogami, i jego cholerny język.

Obawiam się, że tego dnia wobec wielu osób nie byłem opanowany, chcąc zostać sam.

Kogucik pobladła i zamarła, z niepokoju lekko rozchylając usta. Westchnęła, tym razem niemal bezgłośnie:

— Ach, tak?

Zostawiwszy w spokoju wazon, dziewczyna nerwowo wzięła do rąk karafkę i odsunęła się od biurka. Przycisnęła szklane naczynie do piersi, zatrzymała się na dywanie i uniosła podbródek.

W jej pozieleniałych oczach coś mignęło na moment, jakby posypały się iskry, i przez krótką sekundę wydało mi się, że zamierza mnie tym grzmotnąć.

Jeszcze tego brakowało!

Zmierzywszy nową podwładną lodowatym spojrzeniem — od smukłych nóg po głowę — podszedłem bliżej i stanowczo odebrałem jej karafkę. Odstawiłem ją na biurko i znów odwróciłem się do dziewczyny.

— Proszę mi powiedzieć, Kogutowa, skoro jesteśmy sami: czy jest coś, co powinienem usłyszeć osobiście od pani i być może zachować w tajemnicy? To ważne! Wolę wiedzieć wszystko o ukrytych rafach na drodze, zanim popłynę torem wodnym.

Staliśmy o krok od siebie, ale wytrzymała moje spojrzenie. A mnie zaciekawiło, czy to kwiaty tak przyjemnie pachną zielenią letnich dzwonków i irysów, czy… sama Kogucik?

Hm, co za myśli. Zdecydowanie dawno nie miałem kobiety, skoro mój mózg zadaje takie pytania w najmniej odpowiednim momencie. Niepotrzebnie przed wylotem odmówiłem wstąpienia do Anny, choć czekała. Relacje między nami i tak ostatnio się popsuły, a teraz w ogóle nie wiadomo, kiedy będę mógł wrócić do Niemiec.

Chapter 3 / 31 · Page 2 of 6