Rozdział 3
Chociaż może to i lepiej. Będzie okazja wyjaśnić z moją partnerką biznesową, dokąd zaprowadziły nas nasze spotkania — w ślepą uliczkę czy na rozstaje dróg.
— Nie, Andrzeju Igorowiczu. Nie mam żadnych informacji „osobiście dla pana” — służbowo wyrecytowała Ruda, przywróciwszy twarzy pewność. — Jeśli zaś chodzi bezpośrednio o „Sezam”, chętnie podzielę się z panem każdą informacją. Czekam na polecenia!
— A jeśli spróbuję sam się rozeznać? Bez pani pomocy?
— Cóż, wtedy panu nie zazdroszczę — spokojnie wypuściła powietrze Kogucik.
— Niby dlaczego?
— Bo straci pan mnóstwo czasu, a zwolnić mnie pan i tak nie będzie mógł! — no, chociaż tu głos jej zadrżał.
— Powiedziałem, że jeszcze niczego nie zdecydowałem!
— Za to zdecydował pański dziadek! Matwiej Iwanowicz sam przyjmował mnie do pracy, osobiście, i zwolnić mnie z firmy też może tylko on!
— Ach, tak? — powtórzyłem za Rudą jej zdumione słowa, mrużąc oczy. Czekałem, co jeszcze teraz powie.
Ale odpowiedziała już znacznie powściągliwiej:
— Tak, właśnie tak. Czy się to panu podoba, czy nie. Więc… proszę się urządzać, Andrzeju Igorowiczu. Jeśli będzie potrzebny kod do sejfu, proszę się zwrócić do mnie, będę w recepcji.
Powiedziała to bez zbędnej pychy, odwróciła się na niewysokich obcasach i ruszyła ku drzwiom.
— Hej, Kogutowa? Proszę przynieść mi kawę! Lubię czarną i gorzką!
— Jestem Kogucik!
— A potem nie przeszkadzać!
— Dobrze, jak pan każe. — Ale zanim drzwi gabinetu się zatrzasnęły, zdążyłem usłyszeć: — …cholera!
Musiałem odwrócić się do lustra i przesunąć dłonią po policzku, krytycznie się sobie przyglądając:
Czy ja naprawdę wyglądam jak goblin?
Dalsze kontakty z Kogucik potwierdziły: najwyraźniej tak. Bo czas mijał, a wspólnego języka z moją nową sekretarką nadal nie znajdowałem. Wciąż mnie denerwowała, odrywała od pracy i gdy tylko wpadała mi w oko, wywoływała w głowie myśli zupełnie nie na miejscu w danej chwili. I z pewnością zbędne!
Jak poznali się z dziadkiem? Co działo się w tym gabinecie przede mną?
Czy Matwiej Woronow potrzebował swojej sekretarki tak bardzo, jak już po miesiącu zacząłem potrzebować jej ja?
I dlaczego, do diabła, irytacja nie mija, tylko narasta, gdy Kogucik znajdzie się obok, udając uwagę i chęć pomocy?
Powinienem myśleć o zarządzaniu korporacją, którą dziadek złożył na moje barki, a nie o takich bzdurach. O aktywach, inwestycjach i planach. O podpisanych ustaleniach z partnerami i ogromnej skali prac, które „Sezam” prowadził zarówno w mieście, jak i daleko poza jego granicami. O ludziach pracujących dla firmy, o kosztownym sprzęcie i umowach.
Na początku, kiedy od informacji i nowych twarzy kręciło się w głowie, wydawało się, że ta głowa w ogóle spadnie z ramion od ciężaru odpowiedzialności, który na nie runął.
Prawdziwie zaskoczyło mnie, jak sprawnie Kogucik rozpisała w moim grafiku spotkania, negocjacje i planowe narady. Jak potrafiła przepuszczać do mnie właściwych ludzi i nie odrywać mnie problemami, które młodsza kadra dyrektorska była w stanie rozwiązać sama.
I choć zgrzytałem zębami, ostatecznie zaakceptowałem dziwny regulamin relacji dyrektora generalnego i jego osobistej sekretarki, gdy odkryłem, że część dokumentów dostaje podpis już na jej biurku, a pieczęcie pojawiają się na nich nawet pod moją nieobecność.
— Jeśli jest pan przeciw, Andrzeju Igorowiczu, z radością będę przynosić panu tę stertę dokumentów do podpisu! Oczywiście zajmie to jeszcze dwie godziny pańskiego czasu, ale skoro pan nalega… Proszę spojrzeć, tu są raporty z księgowości; tutaj — podania z działu kadr; ta stertka to pisma. Najważniejsze zawsze przekazuję panu na biurko! A to dokumentacja techniczna. Zawsze zatwierdza ją dyrektor techniczny, a panu przysyła formularz. Ale i tak lepiej, żeby od razu pan ją przejrzał, żeby nie tworzyć zbędnych opóźnień w produkcji. A to są akty normatywne i…
— Jakie ma pani wykształcenie, Kogutowa?
— Wyższe.
— Specjalność?
— Biznes i ekonomia.
— Niech zgadnę: była pani wzorową studentką i wygrała konkurs, żeby trafić do „Sezamu”. Trafiłem?
— Nie.
— Niemożliwe. W czym więc się pomyliłem?
— We wszystkim. Ale nie popełniam błędów i poważnie podchodzę do swojej pracy. Na próżno pan we mnie wątpi, Andrzeju Igorowiczu. Mam zostawić panu dokumenty? Trzeba by je podpisać już dziś, ludzie czekają.
— Wykonać, Kogutowa! Nie widzi pani, że rozgryzam tu umowy, niech je diabli!
— Widzę. Ale jestem Kogucik…
— Pani jeszcze tutaj? Proszę już iść, teraz nie mam dla pani czasu!
— Dobrze.
— I nikogo do mnie nie wpuszczać, pracuję z poufnymi informacjami!
— Oczywiście, Andrzeju Igorowiczu.
— I sama proszę mi się nie kręcić przed oczami. Co to za zwyczaj szarpać mnie z każdą sprawą? Przeszkadza mi pani się skupić!
— Przecież sam mnie pan do siebie wezwał!
— A teraz proszę iść.
— Jak pan każe…
— Dokąd pani idzie, Kogutowa? Proszę wrócić! Prosiłem o czarną kawę. Bez cukru! I proszę się tam nie ociągać, nie znoszę pić wystygłej…
Choć bardzo chciałem wątpić, musiałem przyznać, że Kogucik była w firmie na swoim miejscu i dziadek trzymał ją przy sobie nie bez powodu.
Kiedy znalazły się rozbieżności w rachunkach i dokumentach, a potem pojawiły się pierwsze podejrzenia, że w machlojki wewnątrz „Sezamu” zamieszana jest grupa ludzi bliskich kierownictwu, anulowałem premie do pensji połowie personelu. W tym pozbawiłem hojnych premii dyrektorów i ich otoczenie, chcąc ustalić, kto z nich jest głównym graczem z cienia.
W gruncie rzeczy drobiazg, ale zgodnie z moimi oczekiwaniami gniazdo os zabrzęczało i zaczęło traktować mnie poważnie, a o to mi chodziło.
Co zaś do mojej sekretarki, nie spieszyłem się, by jej ufać. Była osobą bliską mojemu dziadkowi i przy całej swojej sumienności wciąż budziła wiele pytań. Nadal nie wiedziałem, jak trafiła do recepcji samego Woronowa i kto przyłożył do tego rękę. Za to po co — miałem sporo przypuszczeń i zamierzałem wszystko wyjaśnić.
Kiedy pensja Kogucik zmniejszyła się o jedną trzecią, czekałem, że przyjdzie i wreszcie poprosi o rozmowę sam na sam. Cicho wejdzie do mojego gabinetu i, zalewając się łzami, zacznie wypraszać utrzymanie. Atak dziadka nastąpił przecież nagle, a on na pewno ją rozpieszczał. Czego jak czego, ale skąpstwa u niego nie pamiętam.
Byłem prawie pewien, że rozgryzę tajemnicę ich relacji i rozplączę tutejszą sieć powiązań… a ona nie przyszła. I nie przychodziła. Co więcej, ani spojrzenia, ani ruchy pracowitej Kogucik nie zdradzały w niej pragnienia, żeby się pokajać i o cokolwiek mnie poprosić. To tylko podsycało złość.
Bo przestałem cokolwiek rozumieć! Sądząc po skromnych ubraniach, niewielkich złotych kolczykach z zielonymi kamieniami, które tak pasowały do jej piwnobłotnych oczu i białej skóry, sądząc po prostej torebce — dużych pieniędzy Kogucik nie miała. A na proste pytania, jak trafiła do recepcji dyrektora generalnego, odpowiadała wymijająco: zatrudniła się przez dział kadr i koniec. Wszystkie pytania do Matwieja Iwanowicza!
No jasne, już uwierzyłem w tę bajkę! Też mi, dziewczyna z ulicy! Niech opowie tę historyjkę ludziom wokół, którym nie da się zamknąć ust. Takim jak Kuprijanow, ale nie mnie.