Rozdział 4
Właśnie! Zaraz zbiorę wszystkie swoje rzeczy i odejdę! Gdzieś tu leżała stara skórzana teczka Matwieja Iwanowicza… aha, jest! Najważniejsze nie zapomnieć karafki — prezent od starego szefa. A jutro rano, jak się obudzę, pierwszą rzeczą wyślę Goblinowi wypowiedzenie — kurierem. Niech zwalnia, byle więcej nie patrzeć w jego lodowate i uparte oczy!
Już kiedy narzuciłam puchowy płaszczyk, włożyłam czapkę, zawiązałam szalik i zeszłam na ulicę — nagle zatrzymałam się przy boku biurowca. Przede mną, po drugiej stronie ulicy i pół przecznicy w dół, czekał przystanek autobusowy (nie sądził chyba Woronow, że naprawdę z nim pojadę? Jeszcze czego!), a za mną…
A za mną leżało wszystko, co najlepszego przydarzyło się mojej rodzinie przez ostatnie trzy lata.
Dobrze, niech będzie! Niech Woronowa sprzątną jutro, kiedy mnie już tu nie będzie. A dzisiaj, póki wciąż jestem jego sekretarką, ostatni raz popilnuję pięć minut za rogiem i poczekam, aż odjedzie.
A nuż przyda mu się moja pomoc albo świadek?
Przemknąwszy z oświetlonej alejki w cień, podeszłam do ściany budynku i wyjrzałam zza rogu.