Rozdział 5
Za co można szanować mojego szefa (przymykając oczy na wszystkie jego pozostałe wady), to za jasną głowę, surową punktualność i odpowiedzialność. Dzięki Bogu, zamarznięcie mi nie groziło.
Nie, oczywiście rozumiałam, że teraz, kiedy recepcja opustoszała, a Woronow został w gabinecie z Neleczką sam na sam, ta ostatnia na pewno zrobi wszystko, byle go zatrzymać i jednak uszczęśliwić „hojnym prezentem”. Ale miałam nadzieję, że szef nie zapomniał o swojej prośbie, żebym poczekała na niego przy samochodzie. Inaczej ostatecznie się na nim zawiodę!
Minęło osiem minut i przez główne szklane drzwi, przez które było widać oświetlony hol „Sezamu”, zobaczyłam, jak Woronow z Przygożewą wyszli z windy i ruszyli ku wyjściu. Minąwszy ochroniarską bramkę obrotową, popchnęli drzwi i znaleźli się na ulicy.
Zamarłam, całym wnętrzem czując rozczarowanie Ludożerki. Na jej twarzy wciąż tkwił uśmiech, ale tak wykrzywiony i żałosny, że brunetki aż można było żałować.
Padał śnieg, zawiewało przy ziemi i musiała zapiąć na piersi drogie futerko. Dalej chichotała i dotykała dłonią wysokiego mężczyzny, ale po jego napiętej sylwetce i ponurej twarzy stało się jasne, że nie zamierza zostać ze swoją analityczką ani minuty dłużej.
A więc Woronow mi uwierzył! Na pewno uwierzył! Przecież urodzie Neleczki rzadki mężczyzna się oprze! A on, wygląda na to, nie zamierzał już nakręcać się na „mocną kawę”.
U, goblin! A ile nerwów mi naszarpał! Prawie osiwiałam!
Parka pod rękę zeszła ze schodów i zatrzymała się. Ciemnoszary kaszmirowy płaszcz świetnie leżał na mocnej sylwetce wnuka Matwieja Iwanowicza i bardzo mu pasował. Ta ostatnia okoliczność najwyraźniej szczególnie poruszała kobietę, bo za nic nie mogła odczepić się od Woronowa. Dalej gładziła szerokie ramię i mężczyzna musiał sam zdjąć z siebie rękę podwładnej. Odsunąć się na bok, krótko się z nią pożegnać, odwrócić i odejść.
Sama się wzdrygnęłam, patrząc, jak szef podnosi kołnierz płaszcza, chowając szyję przed śniegiem bijącym w plecy, i szerokim krokiem idzie w stronę alejki prowadzącej na parking. I jak milcząco, uważnie patrzy za nim Neleczka, nagle zmieniając się na twarzy — jakby coś rozważała.
W przeciwieństwie do pełniącego obowiązki dyrektora generalnego, którego auto stało na dalszym parkingu, ona zdążyła już skończyć pracę i podstawić swoje, a teraz jej niskie czerwone volvo stało naprzeciw centralnego budynku biura, na poboczu jezdni. Do niego właśnie ruszyła brunetka, z irytacją otwierając torebkę.
Gdybym w tamtej chwili wychyliła się zza rogu, na pewno by mnie zauważyła, dlatego zostałam w cieniu, przekładając teczkę i torbę z jednej ręki do drugiej i udeptując butami sypki śnieżek, postanowiwszy zaczekać, aż odjedzie, i dopiero potem ruszyć za Woronowem.
Ale zanim wsiadła do samochodu, Przygożewa zdążyła wyjąć telefon i wykonać połączenie — krótkie i najwyraźniej ważne, bo odpowiedź sprawiła, że dosłownie wpadła do auta i głośno trzasnęła drzwiami. Potem uruchomiła silnik, zapaliła reflektory… i nagle dwa razy nimi mignęła. A sekundę później powtórzyła sygnał.
I może nie zwróciłabym na to uwagi — mało co jej przyszło do głowy — gdyby niespodziewanie w ten sam sposób nie odpowiedział jej nieznajomy kierowca, siedzący w jednym z ciemnych samochodów zaparkowanych dalej przy ulicy — dokładnie w tę stronę, w którą poszedł goblin…
Tfu, to znaczy szef! Ale… O Boże! Co za różnica, kiedy to TO!
Planowana zbrodnia!
Poczułam wręcz, jak naprężyłam się jak struna i wspięłam na palce.
A Woronow tymczasem oddalał się alejką, a reflektory zgasły. Nie włączając ich ponownie, samochód z nieznajomym ruszył z miejsca, zawrócił… i dłużej już nie czekałam.
Budynek „Sezamu” miał jedną wielką przewagę nad innymi znanymi firmami. Okazały i nowoczesny, stał w centralnej części miasta, fasadą prosto na nabrzeże. I jedną ogromną wadę — wspólny parking dla licznych pracowników znajdował się za sąsiednimi budynkami, jakieś trzysta metrów dalej, za zakrętem. I trzeba było dojść do niego pieszo.
Ostatnio władze miasta gorliwie pilnowały, żeby frontowa część nabrzeża była wolna dla pieszych i przejazdu samochodów, dlatego zwykle po pracy na Matwieja Iwanowicza przy głównym wejściu czekał kierowca, a jego wnuk wolał obsługiwać się sam.
Późny wieczór, strefa biurowa i półpusty parking. Woronow po prostu nie zdąży dojść do samochodu! Choćby był po trzykroć mężczyzną, a nie smarkaczem — sam nie poradzi sobie z całą bandą!
Ech, jaka szkoda, że nie mam jego prywatnego numeru telefonu! I jaka szkoda, że policja nie potrafi zmaterializować się na miejscu przestępstwa na pstryknięcie palcami!
Nie myśląc o tym, że może mi się przywidziało, chwyciłam torbę i ciężką teczkę (z karafką, filiżanką i rzeczami osobistymi w środku wyraźnie ciągnęła rękę), odwróciłam się i pognałam wzdłuż ściany ku tylnej stronie budynku, zamierzając obiec go i przechwycić Woronowa na samym końcu alejki, kiedy skręci w boczną uliczkę.
Bardzo się spieszyłam, żeby zdążyć. Pod śniegiem droga złapała lodem i nogi ciągle się ślizgały… Ale i tak się przeliczyłam.
Kiedy wreszcie wypadłam na alejkę jak spieniony diabeł z pudełka, zrozumiałam, że szeroki krok Woronowa zdążył doprowadzić go do parkingu przede mną.
Idąc ku reprezentacyjnemu samochodowi stojącemu samotnie z boku, młody mężczyzna przyhamował i obejrzał się. Nagle wyraźnie usłyszałam swoje imię. I w chwili, gdy już zamierzałam odpowiedzieć (tak, pamiętam, że nie mogę go znieść i że mnie skrzywdził, ale sytuacja jest nadzwyczajna! Potem wszystko sobie przypomnę!), zza jednej z wysokich jodeł posadzonych w rzędzie przy krawędzi parkingu szybko pomknął ku Woronowowi krępy cień.
Jakiś kudłaty facet w szerokim płaszczu, nagle wyskoczywszy spod osłony drzew, bezszelestnie skradając się, dogonił szefa i uniósł nad nim rękę… W świetle bocznych latarni w palcach błysnęło cienkie ostrze noża…
Ratunku! Pomocy! Przecież to zabójca! Tu i teraz zamierza sprzątnąć Woronowa!
A-a-a!
Z przerażenia gardło ścisnął mi taki lęk, że głos od razu zniknął i nie udało się krzyknąć. A co najciekawsze — zatrzymać też nie.
Odrzuciwszy torbę, złapałam teczkę obiema rękami, uniosłam broń zemsty nad głowę i pobiegłam. Kiedy chcę, potrafię być bardzo żwawa i szybka. A pomyśleć można później!
I teraz też pomknęłam z pragnieniem ogłuszenia bandyty…
I na pewno by mi się udało, mówię wam. Nie wymknąłby mi się, gdyby nie ogromny czarny kot.
Z nastroszoną sierścią, żółtooki, z głośnym piskiem wyskoczył spod jodły i rzucił się zabójcy pod nogi. Ten potknął się, jęknął i, sczepiwszy się z kotem, w jednej chwili zwalił się w zaspę.
„Dokąd?!” — chciało mi się wrzasnąć za nim, ale za późno — lecącej zemsty nie dało się zatrzymać.
Z teczką uniesioną nad głową wpadłam na całą trójkę i… ogłuszyłam nią szefa w głowę. A prościej mówiąc, przywaliłam Woronowowi karafką w tył głowy.
Słowo honoru, nie specjalnie! Chciałam go uratować! Ale nawet gdyby ktoś poprosił mnie o powtórzenie tego manewru z rozbiegiem, drugi raz raczej nie trafiłabym celniej.
Ojej, mamusiu! Co ja narobiłam?!
Woronow zachwiał się, ale ustał. Powoli obejrzał się, zdumiony mrugnął…
— Kogucik, pani? — cicho wypuścił powietrze… zamknął błękitne oczy… I runął jak podcięty, prościutko nosem w zaspę.
No proszę, i pogłaskałam szefa po głowie. Zupełnie jak niedawno marzyłam.