SOVABOO

Upadł. Ocknął się. Tata!

Ch. 5: Rozdział 5

Rozdział 5

Chapter 5/31 · Page 2 of 314%

Teczka wyślizgnęła się z osłabłych palców i upadła pod nogi. Krew odpłynęła z policzków płonących ze zdenerwowania i zastygła w żyłach. Po tym wszystkim sama byłam gotowa stracić przytomność i runąć bez zmysłów, gdyby nie otrzeźwił mnie męski głos, który z boku burknął z niecierpliwym wyrzutem:

— No i co się gapisz? Szybciej przewracamy, bo się udusi!

— Ojej, mamusiu… Ja co? Zabiłam go?!

— Hm! Najpewniej!

— I co teraz będzie?

— Odpowiedzialność za popełnione przestępstwo będzie, oto co!

Kudłaty facecik pochylił się nad poszkodowanym, objął go za ramiona, a ja pomogłam mu przewrócić Woronowa na plecy. Ocknęłam się, zauważywszy, jak uważnie typ strzepuje śnieg z twarzy i szyi szefa. Jakby zamierzał dobrać się do gardła…

— Stać! — wczepiłam się w rękę nieznajomego, odwracając go ku sobie. — To pan jest zabójcą! Wszystko widziałam! Miał pan nóż i chciał go pan zabić!

— Ciszej, obywatelko! Nie wrzeszczeć! — nie przestraszył się oskarżeń. — Kogo zabić?

— Andrzeja Igorowicza, oczywiście! Proszę nie udawać!

— Woronowa? — zdziwił się facecik w nieokreślonym wieku i niezadowolony prychnął. — A po co miałoby mi to być potrzebne? I proszę mówić ciszej — burknął gniewnie — przecież prosiłem!

— Aha! Widzi pan! Zna pan nawet nazwisko ofiary! I nie zamierzam milczeć! Bo pan jest zabójcą! A dlaczego, to pan wie lepiej!

Facecik z całą pewnością wiedział o wielu rzeczach, ale nawet nie zamierzał się oburzać. Zamiast tego naciągnął na głowę służbową czapkę (skąd ją wziął?), wsunął rękę do wewnętrznej części płaszcza i niespodziewanie rozłożył mi przed twarzą dokument. Bardzo ważny, sądząc po powadze, z jaką podsunął mi go pod nos, i po zręczności palców, z jaką schował legitymację z powrotem do kieszeni.

— Sierżant Łeszenko! Trzynasty komisariat policji, Okręg Leśny! Niech pani wie, obywatelko Kogucik, że ja i mój partner znajdujemy się tutaj na odpowiedzialnym zadaniu! Zlecono nam prowadzenie śledztwa — tajnego! — z osobistej inicjatywy pani szefa. I zamierzam nie popełnić przestępstwa, tylko mu zapobiec! Tak więc pani, Dario, bardzo się co do mnie myli. A jeszcze krzyczy, grożąc, że wsypie nas wszystkich!

— Ja? — wypuściłam powietrze wstrząśnięta. — A pan mnie też zna?

— Oczywiście! — niewzruszenie skinął Łeszenko. — Zapoznałem się z pani aktami osobowymi z obowiązku służbowego!

— To znaczy… nie zamierzał pan go zabijać? Wcale? — całkiem się pogubiłam. — A nóż w pana ręce? Przecież widziałam!

Latarnie ustawione po rogach parkingu zasypywał śnieg i oświetlenie w cieniu wysokich jodeł pozostawiało wiele do życzenia. Trudno było powiedzieć, ile Łeszenko ma lat, ale oczy sierżanta okazały się niespodziewanie dobre. Patrzysz w takie i od razu rozumiesz: temu człowiekowi można ufać.

— To była krótkofalówka, obywatelko. Od dawna prowadzę obserwację budynku „Sezamu” i przez nią kontaktuję się z przełożonymi. Dzisiaj odkryłem, że na polowanie na pani szefa wyszedł zabójca…

— Co pan mówi?! — jęknęłam.

— Niestety! — potwierdził. — Wrogowie zdecydowali się na skrajne środki! Właśnie chciałem go ostrzec! A tu pani ni stąd, ni zowąd wpada ze swoją teczką! Czy przypadkiem nie było u pani w rodzie furii? Z miotłami? Nie zdziwiłbym się. I co teraz każe pani zrobić?

Nie wiedziałam, co robić, i w panice odwróciłam się do szefa. Zdjąwszy rękawiczki i wsunąwszy je do kieszeni, zaczęłam szarpać Woronowa za pierś. Lekko poklepałam go dłońmi po policzkach.

— Andrzeju Igorowiczu! Kochaniutki, niech pan się ocknie! Nie chciałam, słyszy pan? Nie chciałam panu zaszkodzić! No proszę, niech pan otworzy oczy! Nie mogę iść do więzienia, mam dzieci! Troje, rozumie pan? Rita, Stiopka i Soneczka! Andrzeju Igorowiczu…

Woronow leżał biały i blady jak padający na niego śnieg, ciemnowłosy i zdumiewająco piękny w tej zastygłej chwili. I zupełnie nie dawał oznak życia. Żadnych!

Jęknęłam i chwyciłam się dłonią za serce.

— Och, towarzyszu sierżancie, chyba go zabiłam! Co za nieszczęście!

— Proszę poczekać z rozpaczą! — sierżant pochylił się i też poklepał Woronowa po policzku. Przyłożywszy ucho do jego piersi, wsłuchał się w bicie serca.

— A może zrobić mu sztuczne oddychanie? — niespodziewanie zaproponował, zatykając mu nos i puszczając. Spojrzał na mnie z nadzieją. — Może pomoże?

— A dlaczego ja?

Odwróciłam głowę ku przedstawicielowi prawa, ale ten już się odsunął i rzeczowo poprawił czapkę.

— Bo tak! — odpowiedział autorytatywnie. — To pani szef czy mój, Kogucik?.. A poza tym to pani go unieruchomiła, więc pani ma ratować!

No dobrze. Ja. Niech będzie.

Strasznie jak nie wiem, ale co robić. Sierżant ma rację: sama narobiłam bałaganu, sama jestem winna. Trzeba po prostu nie myśleć, że to przypomina pocałunek, którego nie miałam od wieczności, i wszystko się uda!

Wciągnęłam mroźne powietrze, pochyliłam się i przywarłam ustami do chłodnych ust Woronowa.

— Proszę zatkać nos! — zakomenderował Łeszenko, biorąc kierowanie procesem w swoje ręce.

Posłusznie zatkałam goblinowi nozdrza i dmuchnęłam.

— Puścić!

Puściłam.

— Oderwać się od niego i spróbować jeszcze raz!

Odsunęłam się, nabrałam powietrza w płuca i przywarłam znowu, tym razem śmielej.

— Mocniej dmuchać!

Jak to?

— Mhm — wymruczałam w odpowiedzi.

— Hej, Kogucik! Co pani tam wyprawia? Nie prosiłem, żeby go pani całowała! Zapomniała pani zatkać mu nozdrza!

Drgnęły. Pod moimi ustami usta Woronowa nagle drgnęły i zrobiły się cieplejsze. Odsunąwszy się, poczułam na sobie jego oddech i otarłam łzy z oczu. Teraz już z radości pocałowałam szefa w policzek.

— On żyje… Żyje! Hura, towarzyszu sierżancie! — nie myśląc o tym, co robię, rzuciłam się Łeszenko na szyję. — Nie zabiłam go! Widzi pan, on żyje!

Puściwszy sierżanta, znów wróciłam do Woronowa.

— Pilnie potrzebujemy karetki! Andrzeju Igorowiczu, słyszy mnie pan? — spytałam z nadzieją, ale wyraźnie nie słyszał. — Trzeba go zawieźć do szpitala, i to natychmiast! A…

W tej chwili gdzieś za parkingiem na ulicy rozległ się znajomy koci pisk, dźwięk awaryjnego hamowania, głuchy huk zderzających się samochodów, a zaraz po nim szelest tłuczonego szkła i głośny klakson.

— Co to? — przestraszona odwróciłam się w stronę hałasu, nagle przypominając sobie o Ludożerce i tajemniczym kierowcy w ciemnym aucie, który ruszył za Woronowem. — To oni? — nagle się domyśliłam.

— Tak — cicho rzucił Łeszenko, też się oglądając. — A teraz mój partner prowadzi operację wykrycia i dezorientacji przestępców! Niech mi pani pomoże, Kogucik, musimy się spieszyć, jeśli nie chcemy, żeby go znaleźli!

— Aha!

Nie zdążyłam zauważyć, kiedy sierżant wyjął pilot od samochodu mojego szefa, ale czarny SUV nagle mignął światłami i tylne drzwi szeroko się otworzyły, jakby zapraszając nas do środka — ale technika! Niski i krępy Łeszenko, z moją pomocą zarzuciwszy Woronowa na ramię, odciągnął go do auta i wepchnął do środka na tylne siedzenie. Wcisnąwszy nogi, zmęczony stęknął: „Uff, kawał chłopa!” i trzasnął drzwiami.

— Siada pani za kierownicę! — zakomenderował.

— Ja? — zdumiałam się zza jego ramienia, nie wierząc w to, co usłyszałam. — Panie sierżancie, czy pan zwariował? Ja nie umiem!

— Umie pani! Ma pani prawo jazdy. A ja nie mogę z wami jechać — służba!

Chapter 5 / 31 · Page 2 of 3