Rozdział 3
Matka próbowała, ale nic nie zdołało mnie kupić: ani koneksje, ani znajomości, ani perspektywy.
„Konkurs piękności? Serio? Nauczą mnie chodzić po wybiegu jak żywa lalka, uśmiechać się, jakbym miała paraliż, a nawet, o Boże, zrobią mi modną sesję zdjęciową w kostiumie kąpielowym?! A wszystko dlatego, że jestem ładna?! Ale ja nawet nie mam piersi!
- Agnio, córeczko, ty nie jesteś po prostu ładna, jesteś najlepsza! Wychowywałam cię na pierwszą! Dzięki zwycięstwu w konkursach, a do tego koneksjom naszego taty, otworzy się przed tobą olśniewająca przyszłość! Jak możesz tego nie rozumieć?!
- Gdzie? W kinie czy w małżeństwie?
Matka, w odróżnieniu od ojca i mnie, lubiła podkoloryzować i trochę skłamać, ale wtedy odpowiedziała to, co myślała:
- Niewykluczone, że i tu, i tu. Iskierko, czy nie połechce cię, jeśli ludzie będą się za tobą oglądać i nazwą cię Królową? Właśnie tobie przyznają pierwszeństwo? Dla kobiecego serca to bardzo słodkie, córeczko.
Szczerze się zdumiałam. Nawet prychnęłam:
- Oczywiście, że nie! Co za bzdury! Mamo, wykluczone! To mnie nie interesuje! I nigdy nie wyjdę za mąż z wyrachowania!
W wieku trzynastu lat czytałam dużo literatury romantycznej.
- Masz teraz trudny wiek, nic, wyrośniesz z tego. Miłość ma ślepe oczy, za to bardzo wielkie oczekiwania, które z reguły się nie spełniają. Takie małżeństwa mają skłonność szybko tracić zapał. Po pierwszej miłości przychodzi druga, potem trzecia… A potem nie zdążysz się obejrzeć, jak siedzisz sama przy rozbitym korycie życia. A najbardziej przykre jest to, że niczego nie da się cofnąć. Ani młodości, ani rad!
- Ale ty przecież kochałaś!
- I teraz kocham. Kocham twojego ojca ze wszystkimi jego wadami. Mam premierę spektaklu, a jego nie ma? Nic, kocham! Mam zapalenie płuc, a on regaty żeglarskie na Karaibach? Cóż za urok! Najważniejsze, że Wacław jest kochany, wszyscy go uwielbiają, a mnie zazdroszczą! – matka, piękna szatynka w wieku trzydziestu pięciu lat z figurą dwudziestoletniej dziewczyny, uśmiecha się pewnie i subtelnie. – Uwierz, z tym można nauczyć się żyć. Najważniejszy dla kobiety jest jej komfort.
- Ale dlaczego nie powiesz tacie, jeśli ci się to nie podoba?
- Moje szczęście, że nie znoszę histerii w żadnej postaci. A na każde traktowanie ze strony ludzi wolę odpowiadać lustrzanie. Mężczyzna nigdy nie odejdzie od kobiety, jeśli ona nie urządza mu histerii i przyjmuje go w domu. Właśnie dlatego masz i mamę, i tatę, którzy bardzo cię kochają. Mam nadzieję, Iskierko, że w to akurat nie wątpisz?”
Nie wątpiłam. Nigdy. Rodzice mnie kochali, a ja ich też. I choć ta rozmowa miała miejsce siedem lat temu, moje zdanie o „Show Lalek” od tamtej pory się nie zmieniło. Piersi urosły, i to jeszcze jak (moje poczucie wewnętrznej wolności pozwalało mi w odosobnionych miejscach opalać się topless), ale nadal nie rozumiałam sensu podobnych wydarzeń i odmawiałam udziału w nich.
Mimo to zapamiętałam słowa mamy o niespełnionych oczekiwaniach.
Dorosłam, wokół mnie dziewczyny się zakochiwały, traciły głowy i płakały przez nieodwzajemnioną miłość, a ja czekałam. Patrząc na nie, w duszy miałam nadzieję na wielkie uczucie, próbowałam odpowiadać na zainteresowanie chłopaków… Ale miłość do mnie nie przychodziła. Ani wielka, ani mała, żadna. Najciekawsi chłopacy krążyli jak pszczoły, lecz nudzili i męczyli jak niewygodne buty. W końcu uwierzyłam, że twierdzenie psychologów „Niektórzy ludzie po prostu nie są zdolni do miłości” jest o mnie, i odsunęłam szczęśliwą formułę „komfortowych” relacji na daleką perspektywę.
Bardzo daleką, dopóki nie zobaczyłam oczu i ust Morozowa i nie zrozumiałam, że twierdzenie jest fałszywe.
A jednak jeszcze przed Mrozikiem nie byłam aż tak całkiem bezduszną snobką. Już od siedmiu lat żyła we mnie pasja, której oddawałam cały swój wolny czas.